RSS
 

Informacja

02 wrz

Nie wiem, czy ktokolwiek to czytał, ale jeśli tak to informuję, że od dziś bloga możecie znaleźć pod innym adresem: dark-always-look-at-you.blogspot.com
Serdecznie zapraszam do czytania i komentowania :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozdział 11.- domek jak z horroru

04 sie

Elena rozejrzała się po malowniczej okolicy, wysiadając z auta. Jezioro, w którym kąpała się z bratem, łąka na której urządzali pikniki i puszczali latawce z mamą, tak dobrze jej znany lasek, w którym niegdyś bawiła się z przyjaciółmi i pomost, przy którym łowiła ryby z tatą. A pośród tego wszystkiego mały letniskowy domek, który niósł za sobą tyle ciepłych wspomnień. Elena westchnęła ciężko, wyrwała Damonowi swoje bagaże demonstracyjnie i obejrzała się na Jeremiego, który przytrzymywany przez Bena i Bonnie posyłał w jej stronę nienawistne spojrzenia.

„To będzie ciężki weekend”- pomyślała dziewczyna, wzdrygając się automatycznie i z rezygnacją podążyła za bratem i jego eskortą. Niestety, gdy chciała przekroczyć próg domu napotkała na swojej drodze niewidzialną ścianę, która zatrzymała ją w miejscu.

- Ostatnio byłaś tu jako człowiek- szepnął jej Damon na ucho a ona wzdrygnęła się i podskoczyła gwałtownie, rzucając mu karcące spojrzenie, na co on uśmiechnął się tylko zawadiacko. Czy on zawsze musiał się tak skradać i zbliżać niepostrzeżenie? Próbując powstrzymać drżenie ciała, które w jakiś przedziwny sposób reagowało na bliskość tego pokręconego wampira spojrzała na Jeremiego, który przyglądał się jej z wyrazem głębokiego zadowolenia. Elena głośno przełknęła ślinę i posłała mu błagalne spojrzenie.

- Jeremy, musisz ją zaprosić- ponagliła go Bonnie, uśmiechając się do przyjaciółki uspokajająco- Damon i tak ma już dostęp do tego domu, a przy Elenie będziesz bezpieczniejszy- ciągnęła a Elenę coś aż ścisnęło w dołku. Czy naprawdę potrzebował takich argumentów, by zgodzić się wpuścić ją do własnego domu?

- Mogę jeszcze zabić ich oboje, a wtedy nikt mi już nie zagrozi- odparł z mściwością, uśmiechając się kpiąco i w tym momencie tylko uścisk Eleny na przedramieniu Damona postrzymał go od wparowania do tego domu z morderczym wyrazem twarzy i zrobienia tego… co zrobić właśnie zamierzał.

- To twoja siostra matole!- warknął Ben, tracąc cierpliwość- nie znam jej za dobrze, ale nie wydaje mi się, żeby w ciągu całego twojego nędznego życia kiedykolwiek zagroziła twojemu bezpieczeństwu. Chcesz zabić osobę, którą kochasz tylko dlatego, że jesteście teraz innego gatunku? To się nazywa rasizm.

Bonnie spojrzała na Bena z mieszaniną podziwu i niedowierzania a potem ponownie przeniosła wzrok na bruneta, który w tej chwili wydawał się być zagubiony i jakby niepewny.

- Jer, przecież chciałeś, zeby to się już skończyło- przypomniała mu łagodnie- chciałeś, żeby wszystko wróciło do normy. Wiem, że musisz zabijać wampiry, ale miłość jest silniejsza niż najgorszy instynkt. Kochasz Elenę całym sercem, to dla ciebie najważniejsza osoba pod słońcem, przecież wiem. Nic tego nie zmieni. Pamiętasz o czym rozmawialiśmy w domu zanim tu przyjechaliśmy? Nic nie może zniszczyć twojej więzi z siostrą. Udowodnij mi to i zaproś ją do środka.

Jeremy zawahał, jakby analizując jej słowa a Bonnie uśmiechnęła się do niego zachęcająco i delikatnie ujęła jego dłoń.

- Zaufaj mi- szepnęła- Elena ci nie zagraża a ty wcale nie chcesz jej zabić. Kochasz ją i dlatego wpuścisz ją teraz do środka.

Jeremy spojrzał jej prosto w oczy i wreszcie, po dłużących się minutach uporczywej ciszy westchnął z rezygnacją.

- Niech wejdzie- mruknął z wyraźnym niezadowoleniem. Elena obejrzała się na Damona, który nieznacznie skinął głową i z wahaniem, tym razem bez nadnaturalnych przeszkód pokonała próg domu.

- Dzięki Jer- szepnęła z wdzięcznością, rozglądając się wokół z rozmarzeniem. Kiedyś uwielbiała to miejsce a teraz niosło ono za sobą tyle ciepłych wspomnień, które już nie budziły żalu ani bólu, tylko radość i spokój. Pamiętała ostatni raz gdy tu była, jeszcze jako człowiek. Jako człowiek, ktory wkrótce miał się stać chodzącym workiem krwi, zakochanym w Stefanie. To on uratował ją przed wilkołakami, które jednej nocy ich napadły i to on sprawił, że ból związany ze wspomnieniami o rodzicach przekształcił się w miłość, cały ogrom miłości. Nie można całe życie nienawidzić kogoś, kto odszedł. Czasem dobrze jest pogodzić się z tym, że nie udało nam się takiej osoby zatrzymać i pozwolić jej na to, by podążyła własną, wytyczoną przez życie ścieżką. Dopiero wtedy cierpienie znika a rany się leczą i po wszystkim jestesmy w stanie wspominać tylko te dobre chwile, ciesząc się, że w ogóle mogliśmy je przeżyć.

I pomyśleć, że tego nauczył ją pewien blondyn, który w tej chwili sam nie potrafi poradzić sobie z bólem i poczuciem zdrady, które wywołują w nim gniew i nienawiść. Elena była pewna, że Stefan Salvatore jej nienawidzi. Jak inaczej wyjaśnić jego postępowanie? I dlaczego ona sama nie umiała się na niego złościć za to, że w akcie zemsty przespał się z inną kobietą? Była zła i owszem, ale za to, że tą kobietą była Katherine Pierce- największa dziwka w całym mieście. Przecież wiedziała, że Stefan ją kocha i jeśli chciał o niej zapomnieć to jej sobowtór w jego łóżku na pewno nie bardzo mu w tym pomagał, prawda? A może jednak się myliła? A co, jeśli on już o niej zapomniał? Co, jeśli nie widzi w Kath odbicia swojej kłamliwej ukochanej, tylko kogoś zupelnie innego- dawną miłość? Chciała dla niego jak najlepiej i nie mogła pozwolić, żeby ta zołza znów nim zawładneła i go wykorzystała. Elena chciała tylko, żeby był szczęśliwy, nawet jeśli ją samą miałoby to unieszczęśliwić. Zbyt wiele bólu mu zadała, żeby mieć jakieś złudzenia- dla Stefana była stracona i tak po prawdzie w głębi duszy liczyła na to, że dla Damona też. Chciała wreszcie przerwać to błędne koło, chciała, by każdy z nich znalazł swoją miłość i by obaj osiągnęli w życiu to, czego pragnęli. Czy ich szczęście naprawdę zależało od niej? A jeśli nie to dlaczego obaj zatracali się momentalnie na jedno jej skinienie? Dlaczego ich człowieczeństwo traciło swą wartość, gdy jej nie było obok?

„Bo kochają cię jak szeleńcy, idiotko”- podpowiedział jakiś głosik z tyłu jej głowy, ale natychmiastowo go uciszyła. Oni nie mogła jej kochać a ona nie mogła kochac ich. To było złe, chore, bolesne i nienaturalne a jeśli tak miała wyglądać miłość, to ona nie chciała mieć z tym nic wspólnego. Postanowiła więc sobie solennie, że nie będzie ich kochać. Zamknie swoje serce na miłość i nie pozwoli, by to uczucie kiedykowiek nią zawładnęło i ponownie zaczęło ranić. Nie chciała nikogo kochać w taki sposób, nie chciała musieć tak cierpieć, wybierać, decydować i żyć ze świadomością, ze zniszczyła komuś życia. Nie chciała być nienawidzona i pohańbiona. Chciała po prostu żyć i zająć się sprawami najważniejszymi- swoim bratem i przyjaciółmi czyli ludźmi, którzy byli dla niej wszystkim. Ich również kochała, ale taki rodzaj miłości nikomu nie sprawiał bólu- nie wywoływał zazdrości, rozczarowania, łez, nienawiści.

„A którego z nich w ogóle kochasz?”- zapytał kolejny, złosliwy głosik w jej głowie.”Dobrze wiesz, że nie można kochać dwóch osób jednocześnie. I czy to, co łączy cię z Damonem możesz nazwać miłością? Sex, namiętność, pożądanie- to zawsze gdzieś tam było, głęboko ukryte. Zależy ci na nim, ale on nie jest Stefanem. Czy umiałabyś pokochać kogoś poza nim? Przecież zawsze twierdziłaś, że nigdy nie pokochasz Damona, że ci na nim zależy, ale to i tak zawsze będzie Stefan. Stefan, którego zraniłaś i już nie odzyskasz. A Damon? A Damon już nigdy nie odzyska ciebie”.

- Elena uważaj!- krzyk Bonnie wyrwał ją z zamyślenia, ale już było za późno- tępy ból w okolicy klatki piersiowej niemal ściął ją z nóg i sprawił, że przed jej oczami zatańczyły czarne mroczki. Elena straciła równowagę i z głośnym okrzykiem upadła, ale nim doznała przykrego spotkania z podłogą Damon z furią odepchnął od niej Jeremiego, który po raz kolejny próbował zamachnąć się na nią długim na pół metra kołkiem, w wyniku czego chłopak wylądował w drugim końcu domu, a sam w wampirzym tempie podbiegł do niej i w ostatniej chwili uratował ja przed upadkiem. Dziewczyna osunęła się w jego ramionach, ciężko łapiąc oddech i spojrzała mu prosto w oczy zbolałym wzrokiem.

- Jest taki silny i szybki…- wycharczała, ponad jego ramieniem dostrzegając wściekłe spojrzenie brata, którego Ben i Bonnie próbowali na próżno uspokoić i powstrzymać przed ponownym rzuceniem się na wampiry.

- Już dobrze- szepnął Damon, płynnym ruchem biorąc ją na ręce i nie pytając o zdanie zaniósł do dawnej sypialni jej rodziców. Delikatnie ułożył ją na miękkich poduszkach na łóżku małżeńskim i usiadł obok, opuszkami palców przebiegając cały owal jej twarzy i wzdłuż szyi, ostrożnie unosząc jej podbródek.

- W porządku?- spytał z troską, kciukami gładząc delikatną skórę jej twarzy. Elena głośno przełknęła ślinę i podniosła na niego zamglone spojrzenie czekoladowych oczu, zwykle pogodnych i pełnych życia, teraz przepełnionych jedynie niebotycznym cierpieniem.

- Mój brat próbował mnie zadźgać- przypomniała mu z bólem- wszystko mnie boli… Mój brat mnie nienawidzi, Damon!

- Witaj w klubie- mruknął a kąciki jej ust mimowolnie uniosły się w górę. Zadrżała, gdy wampir pod wpływem jakiegoś nienazwanego impulsu kontynuował wędrówkę swoich palców, gładząc jej ramię, talię aż wreszcie, podwijając cieniutką koszulę, którą miała na sobie dotarł do płaskiego brzucha i linii jej koronkowego stanika. Nie protestowała a jedynie przygryzła dolną wargę, próbując powstrzymać jęk przyjemności, który chciał opuścić jej usta. Damon bacznie przyglądał się jej reakcjom, gdy delikatnymi ruchami palców pogładził wrażliwe miejsce tuż pod żebrami.

- Rana już się zagoiła- szepnął i z wyraźnym wysiłkiem odjął dłonie od jej gładkiej skóry i poprawił jej koszulę pozwalając, by zakryła jej idealne ciało. Wampir ciężko przełknął ślinę i spojrzał jej prosto w oczy, mrużąc je delikatnie.

- Powinnaś ją zmienić- poradził, wymownie spoglądając na sporą dziurę w materiale, jaką pozostawił po sobie kołek Jeremiego, na brzegach zabarwioną na kolor krwi a na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.

- Jesteś niemożliwy- Elena wywróciła oczami i spróbowała się podniesć do pozycji siedzącej, ale ból sprawił, że szybko się poddała i z rezygnanacją opadła na poduszki.

- Jesteś jeszcze osłabiona- Damon podał jej woreczek ze szpitalną krwią- w takich warunkach najlepiej byłoby, gdybyś zaczęła polować, bo tylko krew prosto z żyły może dać ci pełnię sił, których niestety przy tym nastoletnim mordercy będziesz potrzebować.

Elena zmarszczyła brwi i posłała mu spojrzenie pełne urazy. Jego słowa ją otrzeźwiły. W jednej chwili przypomniała sobie dlaczego miała być na niego zła i te emocje wróciły ze wzdwojoną siłą. Dziewczyna odskoczyła na drugi brzeg łóżka, mrużąc oczy niczym rozwścieczona kotka.

- Zapomnij- burknęła i patrząc na niego spode łba wgryzła się w plastikowy woreczek, czując jak do jej gardła spływa życiodajny płyn, napełniając ją nową energią. To bogactwo smaków, ta siła, to poczucie spełnienia… Nektar bogów, prawdziwa ambrozja.

- Mogę wejść?- Bonnie niepewnie wkroczyła do pokoju, a Elena przełknęła pospiesznie ostatni łyk tego cudownego daru od bogów i niechętnie oderwała się od na wpół pustego woreczka, uśmiechając się do przyjaciółki nieśmiało, z lekkim zawstydzeniem. Bonnie podejrzliwie zmrużyła oczy,  przyglądając się dwójce wampirów. Odkąd dowiedziała się o ich małej przygodzie w Nowym Jorku bacznie obserwowała każdy ich gest, ruch czy słowo a już samo to, że znajdowali się w jednym łóżku, mimo, że w takiej odległości od siebie napawało ją niepokojem. – Chciałam tylko powiedzieć, że od dzisiaj śpicie tutaj razem- powiedziała na jednym wydechu, patrząc jak szok wstępuje na twarz jej przyjaciółki.

- Co?! Niby dlaczego?!

- Ja i Ben będziemy pilnować Jeremiego, ale dla własnego bezpieczeństwa nie powinniście się teraz odstępować na krok a już na pewno nie powinniście tracić czujności- wyjaśniła- nie wiadomo, co może mu strzelić do głowy a razem będziecie bezpieczniejsi. To tylko tymczasowo, dopóki nie wymyślę, jak to wszystko naprawić.

Elena westchnęła zrezygnowana, za to na twarzy Damona pojawiły się już pierwsze oznaki zadowolenia i satysfakcji. Wampir z uwodzicielskim uśmiechem na ustach przybliżył się do brunetki i otoczył ją ramieniem.

- To będzie prawdziwa szkoła przetrwania dla naszej silnej woli, prawda?- mruknął ze złośliwym błyskiem w oku, ale Elena odepchnęła go od siebie brutalnie i zeskoczyła z łóżka.

- Muszę się przewietrzyć- wyjąkała  i pędem opuściła pokój. Bonnie spojrzała z dezaprobatą na Damona, który z szerokim uśmiechem na ustach rozłożył się na łóżku.

- Naprawdę nie masz umiaru?- fuknęła- Elena ma tyle na głowie a ty jak zwykle nic, tylko dokładasz jej problemów. Czy mógłbyś razem z tym swoim seksownym ciałem i prześmiewczym, aroganckim „ja” przez pięć minut udawać, że cię tu nie ma? Wszyscy byśmy odetchnęli.

- Ojej, nie sądziłem, że jesteś aż taka naiwna- Damon  w sekundę znalazł się centymetry od jej twarzy- każdy, kto choć raz miał styczność z moim seksownym ciałem lub z moim prześmiewczym i aroganckim „ja” wie, że nie da się tak po prostu ignorować mojej obecności i o mnie zapomnieć. Zapytaj Eleny- rzucił jeszcze przez ramię, uśmiechając się łobuzersko po czym opuścił pokój w ślad za brunetką. Bonnie tylko przewróciła oczami i wróciła do Jeremiego, który został w pokoju z Benem i tylko z Benem. Niby chłopak nie był wampirem i powinien być przy nim bepieczny, ale wolała ich obu pilnować. Tak na wszelki wypadek.

**************************
Abby Bennett-Wilson spojrzała na rozmówcę spod przymrużonych powiek z wyraźnym zaskoczeniem.
-Masz krew sobowtóra?- powtórzyła a na jej twarzy pojawił się uśmiech, nie wróżący niczego dobrego. W odpowiedzi Podróżnik wyciągnął w jej stronę dłoń, w której trzymał fiolkę, zapełnioną brunatnym gęstym płynem. Wampirzyca uniosła ją do oczu, oglądając z każdej strony z niedowierzaniem.
- Jak to działa?- spytała zaciekawiona.
-Krew sobowtóra ma wiele niezbadanych właściwości- zaczął Podróżnik, przeczesując palcami kruczoczarne włosy- łamie klątwę, rzuconą na Pierwotną hybrydę, jest jednym z elementów, potrzebnych do znalezienia lekarstwa i wielu innych rzeczy. Dzięki niej możemy zdjąć ciążącą na nas klątwę a wtedy odzyskamy moce i przywrócimy światu właściwy porządek. A On nam w tym pomoże. Ma do tego niezbędną moc, a raczej miał i mieć będzie, o ile tylko nam w tym pomożesz.

- Znasz mój warunek- przypomniała mu mulatka.

- A ty znasz moje możliwości- mężczyzna uśmiechnął się szeroko i delikatnie ścisnął jej ramię- wiesz, że jeśli ty będziesz uczciwa, my także będziemy. Znam ten ból, gdy tracisz coś, co stanowiło całą twoją historię, tożsamość. Będziesz postępować tak jak dotychczas a obiecuję, że jako pierwsza posmakujesz lekarstwa.

Abby głośno przełknęła ślinę i zmrużyła oczy, jakby zastanawiała się nad tym, czy warto mu ufać. W końcu, po dłużących się minutach uporczywej ciszy na jej twarz wstąpił pełen zadowolenia uśmiech.

- Zadzwonię- zawyrokowała ostatecznie i chwyciła za swoją komórkę, leżącą dotychczas na stole po czym wybrała numer, z którego od tak dawna nie korzystała.

- No i jak idzie sprawa z Łowcą?- spytała na wstępie.
**************************

- Dziwne, jeśli to wampir to dlaczego go nie wyczuliśmy na samych obrzeżach miasta?- zastanawiał się Stefan- chyba powinien zostawić po sobie jakieś ślady- osuszone ciała, krew, cokolwiek. A tu pustka.

- To, że go nie wyczuliśmy oznacza, że póki co jesteśmy bezpieczni- odparła Katherine, uśmiechając się diabelsko- może wyczuł, że łowcy nie ma w mieście i także się wyniósł. A skoro tak- kobieta zatrzymała blondyna i delikatnym gestem przejechała paznokciami po guzikach jego koszuli, oblizując lubieżnie wargi- to może porozmawiamy o ostatnim, zaskakującym „tygodniu wspomnień”?

- Było minęło- odparł szorstko wampir i odepchnął dziewczynę od siebie, ruszając na umówione wcześniej spotkanie- nie ma o czym mówić, Kath.

- Ależ jest- wampirzyca bez trudu go dogoniła i teraz zastąpiła mu drogę z przebiegłym uśmieszkiem, błądzącym po wargach- oboje wiemy, dlaczego to zrobiłeś. Twój cel został osiągnięty- zapomniałeś o problemach i wywołałeś zazdrość w Elenie. Daj spokój- ciągnęła i przejechała językiem po jego dolnej wardze- było nam razem dobrze, po co to kończyć? Pomyśl o reakcji tej swojej lafiryndy, gdy zrozumie, że już nie jesteś jej pieskiem na posyłki.- kusiła, uwieszając się na jego szyi i ściśle przycskając się do jego ciała- Pomyśl o jej zazdrości… Ile radości sprawia ci myśl, że to ty teraz jesteś górą i rozdajesz karty? Że to ty, nie ona, rządzisz własnym życiem? Że wciąż jej na tobie zależy a być może nawet spróbuje cię odzyskać? Czy to bie byłby zabawne i ekscytujące, zobaczyć jak to ona się stara dla odmiany?

- Ona starała się przez cały ten czas- odparł Stefan, mrużąc oczy z wściekłości- robiła wszystko, by mnie odzyskać od Klausa, ryzykowała nawet własne życie i nie poddała się nawet wtedy, gdy wyłączyłem uczucia, raniąc ją i jej bliskich na każdym kroku. To, co wydarzyło się między nią a moim bratem było tylko i wyłącznie moją winą. Dobrze wiedziałem, jaki jest Damon i wiedziałem, co do niej czuje i czego pragnie. Mimo to zostawiłem ich razem, potem ją odpychałem a na końcu niemal samodzielnie wepchnąłem ją w jego ramiona. A gdy stała się wampirem było jeszcze gorzej… Zresztą nieważne. Nie będę z tobą o tym rozmawiać.

- Stefan…

- Daruj sobie, Kath- warknął wampir, uwalniając się z jej żelaznego uścisku- nie będę twoim pionkiem w zemście na Elenie. A ty nigdy nie będzie jak ona. Nigdy mi jej nie zastąpisz. Nie możemy tego dłużej ciągnąć. Nie kocham cię, ale mimo to cię szanuję i nie będę dłużej ranić ani ciebie ani siebie…

- Ani Eleny- podpowiedziała wampirzyca z przekąsem- wiesz, jaka jest między nami różnica? Ja nigdy bym cię nie zostawiła, chyba, że poprosiłbyś mnie o to tak, jak teraz. Wiesz, dlaczego? Bo uczę się na włąsnych błędach. Ona najwyraźniej ma  z tym pewien problem…

- To wy?- jęknęła Rebekah przeciągle, niespodziewanie pojawiając się na drodze, na której stali- no nic, liczyłam na kogoś zabawnego, ale w ostateczności możecie iść ze mną. W końcu zmierzamy w to samo miejsce.

Kath i Stefan wymienili spojrzenia, ale ostatecznie ruszyli za wampirzycą. W tej chwili lepiej było nie drażnić Pierwotnej.

*****************

Caroline westchnęła ciężko, przyspieszając kroku. W tej chwili naprawdę nienawidziła tego iście kretyńskiego pomysłu, by podzielić się w pary a już w szczególności Stefana, który postanowił, że to ona razem z Pierwotnym ma patrolować las i boczne drogi, przez od jakichś dwóch godzin nieustannie musiała słuchać jego doprawdy szatańskiego zrzędzenia. Naprawdę wątpiła w istnienie istoty równie cynicznej, podłej, wyrachowanej i okrutnej włączając w to samego Damona, którego swoją drogą, szczerze nie cierpiała.

-Elena, Damon, Ben  i Bonnie wyjechali z Jeremiem a my musimy patrolować teren- powtórzyła  chyba po raz dziesiąty tego dnia- ktoś zmienia mieszkańców w bestie, potem wysyła ich do Jera tylko po to, żeby zostali brutalnie zamordowani… Shane i najlepsza lekarka w mieście, Meredith Fell w ten sposób zginęli a ty dalej nie potrafisz tego zrozumieć?- jej irytacja sięgnęła zenitu- jeśli ci to aż tak przeszkadza, to bardzo proszę, możesz odejść.

- Mówił ci już ktoś, że jesteś piękna, gdy się złościsz?- spytał Klaus, uśmiechając się z lubością a Caroline prychnęła i przyspieszyła kroku.

- Ktokolwiek to robił, zostanie złapany i ukarany- zawołał Pierwotny i dogonił ją- nie ma ze mną szans.

- Ach tak?- Caroline spojrzała na niego kpiąco- tak samo, jak ten wasz cały Marcel?

Klaus spiął się od razu na sam dźwięk imienia dawnego przyjaciela a na twarzy blondynki pojawił się wyraz satysfakcji.

- Kim on właściwie jest?- ciągnęła, zmniejszając dzielącą ich odległość do minimum i spojrzała  prosto w te jego błękitne, mroczne oczy- kto jest na tyle silny, by przestraszyć Pierwotnych do tego stopnia, aby zapragnęli uczynić go człowiekiem i poświęcić tyle czasu, zamiast od razu go zabić?

- Uzurpatorem- odparł Klaus a w jego oczach pojawił się złowieszczy błysk- którego kiedyś mylnie zwałem przyjacielem.

 

Nowy Orlean, 1815 rok

- Bądź łaskawy Niklaus- szepnął Elijah, widząc wściekłość brata, który nie mógł już usiedzieć w miejscu. Wszystko przez Rebekah i Marcela, którzy mimo, że znajdowali się w pewnej odległości od siebie zerkali na siebie niemal bez przerwy i wymieniali znaczące uśmiechy. Czy naprawdę sądzili, że on tego nie widzi? Czy naprawdę wydawało im się, że jest aż taki głupi? Och, gdyby tylko nie znajdowali się w teatrze, w sali pełnej ludzi, oglądając sztukę, którą najlepsi aktorzy w mieście wystawiali na cześć jego rodziny…

- Myślałem, że dwieście lat to dosyć czasu, by wyleczyć się z kolejnego beznadziejnego zadurzenia- westchnął blondyn.

- To nie jest kolejne zadurzenie ani kaprys, Niklaus- Elijah delikatnie ścisnął ramię brata, chcąc przywrócić go do porządku- musisz to wreszcie przyjąć do wiadomości, nim stracisz ją na zawsze.

Klaus zacisnął usta w wąską linię i skinął głową, jakby się nad czymś zastanawiał. Gdy na scenę weszła kobieta w blond peruce i turkusowej sukni, mająca grać jego siostrę Pierwotny zerwał się z miejsca i głośno zaklaskał, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.

- Wspaniały spektakl- oznajmił a słysząc w odpowiedzi pełen aprobaty pomruk uśmiechnął się nikle- jestem pewien, że nasi cudowni aktorzy potrzebują odrobinę wytchnienia, podobnie jak my wszyscy. W ramach przerwy zapraszam wszystkich do bufetu.

Widzowie jak jeden mąż zerwali się z miejsca i ruszyli za Pierwotnym, odprowadzanym zdziwionymi spojrzeniami rodzeństwa.

- Co jest?- usłyszał szept Marcela i bezradne westchnienie swojej siostry.

„Zaraz się przekonacie”- pomyślał, uśmiechając się chytrze.

Bufet w jednej chwili przeobraził się w cudowny bankiet, kelnerzy nie nadążali z obsługą, ale to nie powstrzymało ludzi od zamawiania kolejnych kieliszków wina i przekąsek, które umilały im czas oczekiwania do drugiej części przedstawienia. Klaus uśmiechnął się przebiegle, sięgnął po kieliszek szampana i stanął pośród tego zbiorowiska, skupiając na sobie spojrzenia wszystkich obecnych.

- Uwaga- rzekł a jedno to słowo starczyło, by w sali zaległa kompletna cisza- chciałbym z tego miejsca wznieść toast- Elijah posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, przewidując jego zamiary a Rebekah jedynie zmarszczyła brwi i zerknęła na Marcela, który zdawał się być równie zdezorientowany co ona. Klaus zdusił w  sobie chichot i spojrzał wprost na nich z miną dobrej wróżki tuż przed wyczarowaniem pięknej sukni Kopciuszkowi.

- Na cześć mojej cudownej siostry, Rebekah- ciągnął i uniósł kieliszek z szerokim uśmiechem- i mojego najlepszego przyjaciela, Marcela. Życzę wam wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia i…

- Co ty wyprawiasz?- syknęła Rebekah, w kilku susach znajdując się tuż przy nim.

- Przyznaję ci rację i błogosławię twój związek- odparł uśmiechając się niewinnie- bądź szczęśliwa siostrzyczko, tylko tego pragnę i zawsze pragnąłem. Dopiero teraz zrozumiałem, że nie muszę cię chronić przed osobą, której ufam najbardziej na świecie, zaraz po tobie oczywiście.- mężczyzna pochylił się i delikatnie ucałował rumiany policzek zdezorientowanej blondynki. Zewsząd rozległy się oklaski a Klaus, patrząc siostrze prosto w oczy, upił łyk szampana z kieliszka i uśmiechnął się do niej zachęcająco.

- Idź pocałować swojego księcia- szepnął i dopiero teraz na jej twarzy pojawił się wyraz głębokiej ulgi i nieopisanego szczęścia. W dwóch susach znalazła się w objęciach Marcela i wpiła się w jego usta z żarliwością i prawdziwą miłością. Blondyn uśmiechnął się pod nosem i zerknął na brata, który pokręcił głową z niedowierzaniem i pobłażaniem. On również był szczęśliwy. Jeden prosty gest, na który Klaus nie potrafił sie zdobyć od dwustu lat na nowo scalił ich rodzinę. Kto by się spodziewał, że w ten sam wieczór, w który wreszcie Rebekah dostała przyzwolenie, by kochać, miłość zostanie jej brutalnie odebrana?

 

- To nie wyjaśnia, czemu cię nienawidzi- zauważyła Caroline- zabranialeś mu spotykać się z Rebekah, rozumiem, ale przecież do tej pory to znosił zwłaszcza, że w końcu przejrzałeś na oczy…

- Tego samego wieczoru pojawił się mój ojciec i wszystko zniszczył- Klaus wzdrygnął się na samą myśl o Mikealu- zamordował wszystkich naszych poddanych, jednego po drugim. Wszystkich służących, przyjaciół… a gdy zostaliśmy tylko my i ci ludzie w teatrze podpalił budynek i unieruchomił nas kołkami z białego dębu zmusząc, byśmy patrzyli jak torturuje Marcela i powoli rujnuje to, co z takim mozołem budowaliśmy. Ja najszybciej doszedłem do siebie i pomogłem Elijah, ale gdy chciałem uratować Rebekah i Marcela, Mikeal mnie zaatakował. Wiedział, że ona zawsze stanie po mojej stronie, wiedział, że Marcel jej pomoże… Widziałem jego cierpnienia i nic nie mogłem zrobić… a gdy ogień zaczął zbliżać się do mojej siostry musiałem wybierać: ona lub Marcel. Wybrałem ją i mimo jej protestów uciekłem z nią i Elijah. Nie miałem pojęcia, że ten czarny fagas przeżył. Gdybym tylko wiedział…

- To nie twoja wina- blondynka pod wpływem impulsu położyła dłoń na jego ramieniu i uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco- nie zadręczaj się.

- Ja nie… Czujesz?- wyraz twarzy Klausa diametralnie się zmienił. Pierwotny odepchnał ją od siebie delikatnie i rozejrzał się wokół niczym dzikie zwierzę uwięzione w klatce a na widok jego miny po plecach Caroline przebiegł zimny dreszcz.

- Co…

- Krew- powiedziała Rebekah, która właśnie wyłoniła się  zza drzewa w towarzystwie Stefana i Katherine- szliśmy właśnie na umówione miejsce spotkania naszej uroczej grupy wsparcia, gdy…

- Ciii- Klaus ruszył w stronę ruin dawnej posiadłości Lookwoodów a zdezorientowani przyjaciele ruszyli tuż za nim.

Wreszcie Caroline, Stefan i Katherine poczuli to. Krew, bynajmniej nie ludzka. Ale do kogo mogłą należeć?

- Słuchajcie, ktoś wie, co się dzieje z Mattem i Tylerem?- spytała Caroline szeptem, głośno przełykając ślinę i odruchowo ścisnęła ramię Klausa na co ten uśmiechnął się szelmowsko.  Blondynka zadrżała, gdy usłyszała dźwięk, który przypominał cichy szloch.

- Spokojnie, na pewno już są koło ratusza- uspokoił ją Stefan i w tym momencie Caroline potknęła się o coś, co przypominało piłkę. Piłkę obleczoną czarnymi, oblepionymi brunatną cieczą włosami, z parą czarnych jak noc oczu, zastygłymi w niemym wyrazie przerażenia i ustami, które jeszcze kilka dni temu całowały ją tak czule, wyznając miłość…

-NIE!!!!!!!!!- ten krzyk odbił się echem od drzew i skał, przepędzając leśną zwierzynę i płosząc ptaki, gdy Caroline osunęła się na kolana krzycząc, płacząc, błagając, kopiąc i rozdrapując ziemię wokół siebie. Wpadła w szał, nic do niej nie docierało poza faktem, że jej przyjaciel, jej ukochany, być może jedyna miłość jej życia umarła. Tyler został zamordowany i to w bestialski sposób.

- Nie!- powtórzyłą dziewczyna, wtulając się w pierwszy lepszy obiekt, który jakimś cudem okazał się być pierwotnym wampirem. Łzy przesłoniły jej wszystko, były teraz całym jej światem. Nie cierpiała tak bardzo nawet po śmierci ojca. W tamtej chwili marzyła o śmierci, marzyła, by po prostu zasnąć i już nigdy więcej się nie obudzić. Nie chciała żyć ze świadomością, że Tylera już nie ma, że nie udało jej się go ocalić, że już nigdy go nie zobaczy. Rzucała się, usiłując się wyrwać z mocnego uścisku Klausa, ale wszystko na marne. W końcu wyczerpana pozwoliła mu się tulić i gładzić po plecach pocieszająco, choć nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, że Pierwotny jest zdolny do czegoś podobnego. Co więcej to naprawdę działało. Jego kojące ciepło,  metodyczny dotyk i kuszący, zmysłowy zapach w jakiś przedziwny sposób działały na nią uspokajająco.

Rebekah zignorowała zawodzącą Caroline, moczącą koszulę Nika słonymi łzami oraz Katherine, niespokojnie rozglądającą się wokół a nawet Stefana, przyglądającego się przyjaciółce i bólem i jawnym współczuciem. Nie było tu przecież miejsca na sentymenty, zresztą po prawdzie to i tak nie bardzo lubiła tego upierdliwego wilczka. Próbował zabić jej brata i to nie raz a choć ona sama często miała na to ochotę nikt inny nie miał prawa go tknąć.

„Cóż, prawa dżungli bywają okrutne”- pomyślała blondynka z niejakim rozbawieniem, gdy ujrzała ukryty za drzewem korpus Tylera, rozszarpany i cały we krwi. Hm… Nie był to zbytnio nęcący widok, jednak nie to sprawiło, że uśmiech spełzł z jej twarzy. Tuż obok kulił się Matt zalany łzami i ściskał dłoń przyjaciela, jakby chciał, by ten ocknął się, choć przecież wiedział, że to z wiadomych względów było niemożliwe.

- Matt…- szepnęła Rebekah, ale chłopak tylko zakwilił cicho w odpowiedzi i odsunął się pod drzewo, gdy dziewczyna spróbowała się do niego zbliżyć.

- Matt, to ja, Bex- blondynka uśmiechnęła się do niego niepewnie i wyciągnęła przed siebie dłonie niczym policjant, pragnący pokazać, ze nie ma złych zamiarów- Matt- powtórzyła i ostrożnie dotknęła jego ramienia a gdy chłopak jej nie odtrącił śmielej zbliżyła się do niego, krok po kroczku i w końcu objęła do delikatnie, niemal nieśmiało.

- Widziałem, jak go zabijał- wyjąkał blondyn wprost do ucha Pierwotnej- Tyler stanął w mojej obronie, on…

- Kto, Matt?- spytała Rebekah, marszcząc brwi ze zdziwieniem. Jedynymi znanymi jej nadprzyrodzonymi istotami w okolicy  była Drużyna Światła a wiadomo, że oni nie występowali przeciw swoim. W oczach Matta lśniło prawdziwe przerażenie a po jego policzkach ciekły gorzkie łzy. Ten widok wstrząsnął całym jej jestejstwem, ścisnął za serce i sprawił, że jej oczy gwałtownie zwilgotniały. Rebekah zamrugała kilkakrotnie, usiłując się uspokoić i mocno go do siebie przytuliła pozwalając, by jej ramiona choć częściowo stłumiły jego rozpaczliwe szlochy.

- Nie pamiętam- wydusił z siebie pomiędzy skurczami przepony- nie pamiętam, nie wiem…

- Ktoś cię zahipnotyzował- szepnęła blondynka, gładząc go po głowie uspokajająco- a ktokolwiek to zrobił, wiedział, że masz przy sobie werbenę i sprytnie ci ją odebrał. Zapłaci za to. Przysięgam.

Tak, to było juz pewne. Rebekah Mikealson nie rzucała słów na wiatr.

W tym samym momencie obok szlochów Matta i zawodzenia Caroline pojawił się inny głos- krzyk, przepełniony bólem. Rebekah wyjrzała zza drzewa, przy którym siedziała z blondynem w chwili, w której Stefan podnosił z ziemi obolałą Katherine. Dziewczyna spojrzała na niego, mrużąc drapieżnie oczy a potem wyrwała się z jeg objęć i pognała gdzieś w wampirzym tempie.

„Uciekła, jak zwykle”- pomyślał blondyn z żalem, wbijając wzrok w miejsce, w którym przed chwilą stała.

Dlaczego sądził, ze teraz będzie inaczej? Przecież ona dbała tak naprawdę tylko o siebie, nawet jeśli czasem przejawiała jakies ludzkie odruchy. Zostawiła go, choć zarzekała się, że nigdy tego nie zrobi. I mimo, że stefan już od dawna jej nie kochał poczuł się zdradzony i zraniony. Nie mógł nie dostrzec tej podejrzanej zbierzności.

Kath go opuściła.

Elena go opuściła.

Brat przeleciał jego dziewczynę (nawet dwie).

Przyjaciele powoli zaczynali się wykruszać.

Co w takim razie mu zostało?

***********************

Elena spacerowała przez las, ciesząc się spokojem i odgłosami natury, które koiły jej nerwy i zagłuszały wzburzone myśli, gdy zorientowała się, że słońce już dawno skryło się na neboskłonie, zdobionym teraz przez wielki, okrągły, srebrny księżyc.

Pełnia. Kiedyś była nią zafascynowana i zachwycona a teraz wzbudzała w niej tylko strach i niechęć,wywołując przykre wspomnienia. Wilkołaki nie należały do przyjemnych istot, zwłaszcza teraz, gdy ona przemieniła się w wampira. I choć wiedziała, że niemal wszystkie zniknęły z Mystick Falls, to jednak jakby nie patrzeć zagrożenie zatrucia wilkołaczym jadem wciąż pozostało jak najbardziej realne. Był przecież Tyler, jej przyjaciel, niegdyś kontrolowany przez Pierwotnego teraz usiłujący mu się przeciwstawiać, oraz Klaus- jej najgorszy  wróg. Dwie niemal niepokonane hybrydy, zdolne do okrucieńtwa i działania pod wpływem impulsu. Czy życie naprawdę musi się tak chrzanić, byśmy przez pryzmat jego brutalności  mogli dostrzec piękno i dobro, jakie nas spotkało? Dlaczego każdy problem, który ją dotykał musiał być wynikiem sił nadprzyrodzonych?

Rozmyślając o tym nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się na pomoście przed domem. Kolejne wspomnienia uderzyły w nią ze wzdwojoną siłą, wyciskając z jej oczu pojedyncze łzy. Spokojna tafła wody odbijała blask księżyca i jej wykrzywioną smutkiem twarz. Wiedziała, że po każdej burzy świeci słońce, po każdej nocy następuje dzień a po cierpieniu pojawia się szczęście. Taki był naturalny cykl życia a choć sama do natury już nie należała wciąż miała nadzieję, że ją także to dotyczy. Czekała na lepsze jutro.

- Kiedy byłam tu ostatnio byłam śmiertelnie zakochana w Stefanie- szepnęła, wyczuwając za plecami jego milczącą obecność. Nic nie mówił, jedynie przysunął się bliżej ledwie zauważalnie, otaczając ją swoim zmysłowym zapachem- tak dobrze to pamiętam. Każdą pieszczotę- delikatnie przejechała palcami po swoim policzku- każdy uścisk- potarła ramiona i zadrżała na samo wspomnienie- każdy pocałunek- dotknęła swoich ust, przymykając powieki- żyłam w bajce i nawet tego nie zauważyłam.

- Żyłaś zamknięta w wieży, Eleno- Damon delikatnym ruchem odgarnął jej włosy na lewe ramię, opuszkami palców muskając jej kark a nie dostrzegłwszy u niej żadnych oznak protestu  pochylił się nad nią nieznacznie- dalej żyjesz, odgradzając się murem od tego co czujesz.- szepnął jej wprost do ucha, delikatnie przygryzając jego płatek- widzę, co się dzieje między nami i ty to też widzisz. Przestań się tego wypierać i bać- zbliżył się jeszcze bardziej i rozkoszując się dreszczem, który przebiegł przez jej ciało otoczył ją ramionami, delikatnie ściskając jej palce- pragniesz mnie tak samo jak ja ciebie- wtulił twarz  w zagłębienie jej szyi a ona odruchowo odchyliła głowę w drugą stronę, gdy zaczął składać na niej delikatne, zmysłowe pocałunki- powiedz mi- poprosił szeptem.

- Co takiego?- spytała Elena słabym głosem.

- Powiedz mi, że to co robimy ma sens- wyjaśnił, mocniej ją do siebie przyciskając- powiedz prawdę. Przestań żyć przeszłością i przyznaj wreszcie, że jego pocałunki nie mogą się równać z moimi- językiem zatoczył krąg na jej zaróżowionym z emocji policzku- przyznaj, że czujesz się lepiej, gdy cię obejmuję. Przyznaj, że nigdy nie czułaś przy nim tego, co czujesz przy mnie- ciągnął, coraz bardziej zbliżając się z pocałunkami do jej ust- Tej pasji. Tej namiętności. Tej energii. Tej odrobiny niebezpieczeństwa i nieprzewidywalności, których potrzebujesz. Tylko ja mogę ci to dać.- delikatnie przyssał się do kącika jej ust zmuszając ją, by obróciła głowę w jego stronę- to, czego życzyłem ci na tamtej drodze, gdy po raz pierwszy się spotkaliśmy odnalazłaś we mnie.

Postawił wszystko na jedną kartę i teraz czekal tylko na jej reakcję. Chciał doprowadzić ją na skraj, bo tylko wtedy zdradzała mu swoje prawdziwe emocje a w tej chwili chciał je poznać jak nigdy wcześniej. Miał dosyć tych podchodów i gierek, dość niepewności. Pewnie w innych okolicznościach by go to podniecało, ale nie gdy chodziło o jego brata, który w każdym momencie mógł odebrać mu dziewczynę jego marzeń- miłość życia, bez której już nie umiał funcjonować. A on był zdeterminowany, by ją zdobyć raz na zawsze i działał według zasady: „wszystkie chwyty dozwolone”.

- Chciałeś, żebym zobaczyła Stefana z Katherine- szepnęła Elena wprost w jego usta a on odruchowo przymknął powieki, rozkoszując się jej słodkim oddechem na swojej skórze- dlatego nie powiedziałeś mu, że przyjeżdżam. Chciałeś go skompromitować i chciałeś, żebym cierpiała. Żeby on cierpiał.

- A cierpiałaś?- Damon zmarszczył brwi, spoglądając na nią z niedowierzaniem. Elena prychnęła i wyrwała się z jego objęć.

- Oczywiście!- w jej oczach pojawiły się łzy- Dałeś Kath satysfakcję a nas zmieszałeś z błotem i postawiłeś w sytuacji bez wyjścia! Za każdym razem, gdy mi się wydaje, że udało mi się pokonać drzemiący w tobie mrok ty wbijasz mi nóż w plecy w najmniej spodziewanym momencie! Wybaczyłam ci tak wiele, ale ty wciąż starasz się badać granice mojej cierpliwości i patrz, wreszcie je znalazłeś!

- On cię zdradził a ja jestem ten zły, bo go zdemaskowałem?- zawołał za nią, gdy gniewnym krokiem ruszyła w stronę domku.

- Tak- warknęła odracając się twarzą do niego i ukazując tym samym podpuchnięte od płaczu oczy- to ja zdradziłam jego a przynajmniej tak się czuję mimo, że nie byliśmy już parą. Za to ty  jesteś wyrachowanym, złośliwym i mściwym intrygantem, ale nie mam zamiaru się w to dłużej bawić. Chciałeś się zemścić i gratuluję- Stefan mnie znienawidził a ja znenawidzę jego. To niczego nie zmienia, wiesz? Nie będę żadną pieprzoną nagrodą i  wiecznym źrodłem waszego konfliktu. Ja się wycofuję. Daj mi już wreszcie spokój i odpuść.

- Zachowujesz się jak dziecko- w dwóch susach Damon zmniejszył dzielącą ich odległość do kilku centymetrów i zmierzył ją gniewnym spojrzeniem- nie potrafisz znieść uczuć do mnie, więc uciekasz?

- Nie potrafię znieść ciebie!- wydarła się i nie zważając już na to, czy ktokolwiek usłyszy ich kłótnię ciągnęła dalej- Stefan przespał się z Kath a ty zabijałeś ludzi. Stefan powiedział mi kilka przykrych słów a ty zamordowałeś na moich oczach tamtą dziewczynę i mojego brata, który na szczęście dla ciebie ożył, bzykałeś Rebekah, Rose, Caroline i nie zliczę, kogo jeszcze, bo próbowałeś przelecieć nawet matkę Matta…

- Raczej ona mnie…- mruknął ale Elena przerwała mu, rozwścieczona.

- Damon!- krzyknęła oburzona- nie masz hamulców, gdy tylko coś ci się nie podoba, zrani albo zdenerwuje rzucasz się i niszczysz wszystko dookoła! Niszczysz mnie! Niszczysz nas oboje! Stefan się zapętlił przez nas! Bo zrobiliśmy coś strasznego…

- Cholera, kobieto to był najpiękniejszy i najgorętszy seks w moim życiu- warknął Damon i nie zważając na jej protesty przybliżył się do niej i niemal zmiażdżył jej wargi w zaborczym, namiętnym pocałunku. Czując, jak jego język wdziera się do jej ust i wyczynia cuda z jej podniebieniem i językiem, który zmusza do współpracy chciała się wyrwać i krzyczeć, ale nim zdołała zrobić którąkolwiek z tych rzeczy  brutalnie ja od siebie odepchnął i za chwile przytrzymał w miejscu za ramiona nie pozwalając się ruszyć i mierząc ją wściekłym spojrzeniem. Jego oczy ciskały błyskawice i błyszczały niczym dwa roznamiętnione ogniki.

- Nie pogrywaj ze mną księżniczko- wysyczał wściekle- doskonale wiem co czujesz, ale chcę to usłyszeć od ciebie. I jeszcze usłyszę. Masz mnie za wyrachowanego, aroganckiego drania, który bierze to czego pragnie, nie przejmując się niczym i nikim? W porządku, skoro jako taki cię zdobywałem. I jeszcze zdobędę. Będziesz moja. Tego właśnie pragnę. Oboje pragniemy.

Elena zaniemówiła na moment a dreszcz, który ją przeszedł tłumaczyła strachem o to, co ten nieobliczalny psychopata może jeszcze wymyślić. Nie mogła czuć z tego powodu podniecenia czy ekscytacji. Nie mogła, po tym wszystkim po prostu nie mogła… To był przecież Damon, do cholery!

Damon, który w tej chwili uśmiechał się z satysfakcją, dostrzegając każdą  jej najdrobniejszą reakcję i ciesząc się nią. Czy dręczenie jej sprawiało mu aż tyle radości?

- Do zobaczenia w NASZEJ sypialni- mruknął  wielce zadowolony z siebie i podążył do domku, zostawiając ją samą ze swoimi myślami.

************************

Szukając przyjaciół Elena dotarła za dom, gdzie Jeremy rąbał drewno w ramach swojego, jak Damon to określił, detoksu od zabijania , w chwili, gdy Bonnie właśnie kończyła rozmowę przez telefon. Jej zalana łzami twarz mówiła sama za siebie.

- Co się stało?- spytała przerażona wampirzyca.

- Tyler nie żyje- wyszlochała czarownica i rzuciła się zdezorientowanej i zszokowanej przyjaciółce na szyję. Elena objęła ją niepewnie, nie mogąc przetrawić tych kilku prostych słów.

- Jak to… Jak to nie żyje… Przecież…

- Ktoś odrąbał mu głowę i to na pewno nie był Jer, bo byłam z nim niemal przez cały czas a poza tym rzuciłam zaklęcie na wasz dom i nie miałby szans się z niego wydostać- wyjąkała Bonnie- to musieli być Pierwotni, tylko oni… lub ktoś, kto w rownym stopniu nas nienawidzi.

- Musimy wracać…- Elena myślała w tej chwili już tylko o przyjaciołach a zwłaszcza o Caroline, która musiała niesamowicie cierpieć w tej chwili i zapewne czuła się osamotniona. Brunetka aż nazbyt dobrze znała to uczucie i nie życzyła tego nikomu, nawet najgorszemu wrogowi.

Carownica energicznie pokręciłą głową w geście zaprzeczenia.

- Stefan tam z nią jest a my musimy tu działać dalej- powiedziała, dzielnie ocierając łzy- nie możemy się rozklejać, na to przyjdzie czas później. Teraz najważniejszy jest Jer, jego anty-wampirze i anty-siostrzane nastawienie i mapa, która tworzy się na jego ciele. Jeśli nie doprowadzimy sprawy do końca Pierwotni zrobią to za nas i na pewno nie będą subtelni. Zrobimy to, co do nas nalezy, tak?

Mulatka spojrzała na  Bena, Damona i Elenę nagląco a oni, mimo oporów zgodnie skinęli głowami.

Jedynie Jeremy nie był zadowolony z takiego obrotu spraw. Miał spędzić najbliższe minuty, godziny, dni, tygodnie a być może nawet miesiące w towarzystwie dwójki wampirów? Niedoczekanie. Damon był złem wcielonym a Elena mimo, że zgrywała ideał święta wcale nie była. W dodatku nie była nawet jego rodzona siostrą. Co w takim razie miałoby go powstrzymać przed zabiciem ich?

***

- Panie…

- Nie teraz Lukas!- warknął rozwścieczony Marcel- muszę się zastanowić, co dalej. Straciłem wiedźmę…

- Panie…

- Powiedziałem, żebyś…

- Przybyła panienka Davina- przewał mu chłopak a gdy do pomieszczenia dostojnym krokiem wkroczyła postać, odziana w powłuczysty płaszcz zmarłej czarownicy mulat rozdziawił usta ze zdziwienia.

Na twarzy kobiety pojawił się kpiący uśmieszek, gdy powoli zrzuciła kaptur a następnie pozwoliła, by jedwabista materia opadła na posadzkę, ukazując ją w pełnej okazałości.

- Sobowtór…- wyjąkał samozwańczy król Nowego Orleanu, delikatnie gładząc jej policzek- skąd mam wiedzieć…

- Pamiętasz nasz plan?- kobieta odezwała się szorstko, przybierając rzeczowy ton głosu- słyszałam, że masz jednego z braci… Ja mam władzę nad drugim- kobieta uśmiechnęłą się chytrze i niespodziewanie wycisnęła na ustach mulata długi, mocny pocałunek.

- Od dziś mów mi Katherine- wyszeptała mu wprost do ucha.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozdział 10.- ból istnienia

04 sie

- Pospiesz się Caro- ponagliła Elena przyjaciółkę, w pośpiechu zakładając duże, koliste kolczyki.
- Jesteś pewna, że tego chcesz?- spytała blondynka z powątpiewaniem- nie widziałaś ich od tygodnia i zaczęłaś w miarę normalne życie…
- Zaczęłam normalne życie- potwierdziła dziewczyna, kładąc duży nacisk na przedostatnie słowo- i nic tego nie zmieni.  Daj już spokój. Chodzę normalnie do szkoły? Wróciłam do drużyny chearladerek? Spotykam się ze znajomymi, biorę udział w imprezach i uczę się w międzyczasie?
- Nie ma za co- Caroline wyszczerzyła do niej śnieżnobiałe zęby a Elena pokręciła tylko głową z rozbawieniem. Pewnie miałaby spory problem z rozpoczęciem tego swojego „normalnego życia”, ale hipnoza potrafiła naprawdę zdziałać cuda. Z pomocą przyjaciółki wmówiła wszystkim znajomym i nauczycielom, że wyjechała do rodziny na zaledwie dwa tygodnie i choć nie było to uczciwe, dopisała kilka ocen w dzienniku, by być bardziej wiarygodnym. Teraz robiła co w jej mocy, by zasłużyć sobie na te wszystkie pozytywne stopnie, które się tam znalazły i mogła być z siebie naprawdę dumna, bo szło jej coraz lepiej. Jedyną rzeczą, która w ostatnim czasie spędzała jej sen z powiek był nieuchronnie zbliżający się koniec roku szkolnego i konieczność wyboru dalszej drogi życiowej. Jako człowiek miała tyle planów- kariera gimnastyczki, tancerki, pisarki lub archeologa zdawała stać przed nią otworem. Zawsze miała w sobie zbyt wiele energii, by usiedzieć dłużej w jednym miejscu, ale teraz gdy została wampirem te wszystkie marzenia legły w gruzach i nic nie mogła na to poradzić. Nie mogła zdobyć sławy i robić tego co kocha zawodowo, bo musiała żyć w cieniu i ukrywać swoje prawdziwe oblicze. Może martwiła się na zapas, ale przecież czas i tak kiedyś ją dogoni a wszystko co teraz zrobi, odbije się echem na jej wiecznej przyszłości.
Elena ze smutkiem zrozumiała, że to tyczy się nie tylko jej studiów i kariery. Chodziło także o milość. Dawniej wydawało jej się, że powoli zaczyna rozumieć o co chodzi w tym uczuciu, ale teraz po tym wszystkim miała kompletny mętlik w głowie. To, co łączyło ją ze Stefanem było czystym, stabilnym i silnym uczuciem, wynikającym z dzielenia  wspólnych pasji, pragnień  i światopoglądu . Przy nim nie musiała się niczym martwić, bo on zawsze zapewniał jej spokój i poczucie bezpieczeństwa, na każdym kroku traktując ją jak swoją prywatną księżniczkę, którą należy kochać, chronić i uwielbiać.
Z Damonem było inaczej. To, co było między nimi było czymś bardziej skompikowanym, magicznym, niczym niewidzialne połączenie, które sprawiało, że rozumieli się bez słów mimo oddzielnych poglądów na życie. Uczucie, które on do niej żywił było silne, gwałtowne, namiętne… Właściwie wszystko, co Damon robił, było namiętne. Namiętnie kochał, namiętnie nienawidził, namiętnie całował, namiętnie pieścił i jak najbardziej namiętnie ją chronił, pragnąc tylko jednego- wzajemności w uczuciach. Szybko okazało się, że największy egoista i drań pod słońcem nie potrafi być samolubny wobec niej. Pragnął nie tylko jej ciała- pragnął jej duszy, umysłu, pragnął zawładnąć jej sercem i uczynić z niej swoją księżniczkę. Gwałtowność jego uczuć zawsze ją przerażała tym bardziej, że wiedziała do czego ona tak naprawdę prowadzi.
Stefan potrafił żyć z nią w związku platonicznym i czułe gesty i słowa przez pewien czas wystarczyły mu do szczęścia natomiast seks był dla niego okazją do  okazania swoich uczuć względem niej a nie zaspokojenia się i poddania się własnym dzikim pragnieniom i to  pewnie dlatego zawsze był taki czuły i delikatny.
Oczy Damona zdradzały prawdę a każdy jego gest, słowo czy spojrzenie prowadziły w taki czy inny sposób do tematów seksualnych. Był niczym wiecznie niezaspokojony wampirzy żigolak, który mając uwielbienie i ciała wszystkich dziewczyn jak na tacy pragnie uwagi jedynej dziewczyny, która mu się opiera. Elena przyzwyczaiła się do jego sprośnych żarcików, flirciarskich spojrzeń i frywolnych komentarzy, wiedząc, że on zwyczajnie się zgrywa. W końcu byli przyjaciółmi a przyjaźń między Damonem Salvatore a ładną dziewczyną zapewne właśnie tak wyglądała zwłaszcza, gdy relacja z tą łądną dziewczyną mogła zdenerwować jego brata. Dopiero po tym, jak zabił jej brata zrozumiała, że to ma swoje drugie dno, którego wcześniej nie chciała zauważyć. Facet zwyczajnie jej pragnął jak nigdy nikogo i to pragnienie nie było wywołane jedynie fizycznym przyciąganiem czy nawet zadziornym charakterem i szeregiem innych cech, które go w niej pociągały, w kazdym razie nie tylko. To była miłość. A co ona do niego czuła?
- Ziemia do Eleny- głos Caroline sprowadził ją z powrotem na ziemię. Dziewczyna zamrugała kilkukrotnie i spojrzała na przyjaciółkę półprzytomnie.
- Co?
- Zawiesiłaś się- zaśmiała się blondynka na widok jej zdezorientowanej miny- o czym myślałaś?
- Ja… O niczym- odparła dziewczyna wymijająco, ale Caroline uniosła brwi wysoko w górę, kręcąc głową z politowaniem- to czego chciała Bonnie?- zapytała pospiesznie, nie chcąc dłużej drążyć tego tematu, co blondynka zrobiłaby niewątpliwie, gdyby jej na to pozwoliła.
- Nie mam pojęcia- przyznała Caroline- mówiła, że chodzi o Jeremiego i kazała ci przekazać, żebyś  się nie martwiła, bo to nic złego. Mamy się wszyscy spotkać w Pensjonacie i wtedy nam wyjaśni. Rozumiesz, była badzo tajemnicza.
- Okey- westchnęła Elena i ujęła dłoń przyjaciółki- to chodźmy.
Blondynka uśmiechnęła się zadziornie i po chwili obie opuściły przytulny pokoik panny Forbes w wampirzym tempie.

*******
„To były wspaniałe chwile, Stefan. Przykro mi. Przykro mi, że cię zawiodłam. Przykro mi, że sama zniszczyłam szansę na naszą wspólną przyszłość. Przykro mi, że wcale tego nie żałuję.”- te kilka słów od tygodnia wciąż krążyło po jego głowie, powodując tępy ból. W takich chwilach, gdy cierpienie nie pozwalało mu oddychać a w oczach pojawiały się łzy miał tylko jedno pragnienie: przestać czuć cokolwiek. To był najtrudniejszy okres w jego życiu, bo teraz wiedział, że wszystko zmieniło się na dobre i nieodwracalnie. Jego wielka, epicka miłość odeszła bezpowrotnie, zabierając ze sobą całe szczęście i światło, a przecież egzystował przez te półtora wieku po to tylko, by móc ją spotkać i nauczyć się żyć. Została po nim jedynie wydrążona, pusta skorupa i to ta skurupa zdecydowała, że nie pozwoli panience Gilbert determinować swojego życia. Zraniła go i teraz nie miała już na niego żadnego wpływu, absolutnie żadnego. Po tym co mu zrobiła nie zasługiwała na to, by przez nią się zabijał, zadręczał albo ponownie wyrzekał się swojego człowieczeństwa. Znalazł o wiele lepszy sposób na odreagowanie sytuacji i zdecydowanie o wiele lepszy sposób na to, by choć odrobinę zagłuszyć ból.
Poranny seks z kimś, kto do złudzenia przypominał jego byłą dziewczynę był ciekawym doświadczeniem zważywszy, że przecież dostrzegał pewne różnice między nimi a nawet, gdy udało mu się stać na to zarówno ślepym jak i głuchym,  odmienne reakcje wciąż ukazywały prawdę. Nauczył się więc i to ignorować, zatracając  się w przyjemności, jaką ciało jego prywatnej „Eleny ” mu zapewniało.
Słyszał jej przyspieszony puls, nierówny oddech i urywane jęki rozkoszy, gdy raz za razem zatapiał język w czeluściach jej kobiecości. Mamrotał imię Eleny z każdym swoim wdechem, ale kobieta była zbyt pochłonięta doznaniami, by chociażby to zauważyć. Wplotła palce w jego włosy, ciągnąc je delikatnie w przepływie ekstazy aż wreszcie rytmiczne skurcze w najintymniejszej części jej ciała wydobyły z jej ust głośny krzyk, przepełniony dziką i nieopisaną rozkoszą. I wtedy ją pocałował, namiętnie i brutalnie a następnie wszedł w nią głęboko i zaczął poruszać się szybko, zmuszając jej serce do kolejnego wysiłku a mięśnie jej ciepłej i wąskiej kobiecości do kolejnych skurczy, które niemal rozerwały ją od środka. Wpadł jakby w trans i już nie mógł przestać się poruszać, wchodząc w nią raz za razem w wampirzym tempie. Nie przestawał nawet wtedy, gdy kobieta zawyła dziko, sygnalizując nadchodzący orgazm ani wtedy, gdy skurcze jej jaskini rozpusty spowodowały, że wlał się w nią w kilku spazmach, pojękując z przyjemności i przedłużając ich chwile spełnienia.
I dokładnie wtedy, gdy był pod wpływem pierwotnych, drapieżnych instynktów trzaśnięcie frontowych drzwi i  krzyk jego brata sprowadziły go na ziemię.
- Stef, rusz wreszcie swój tyłek, zanim osobiście wykopię cię z łóżka!

***

Elena zawahała się przed drzwiami, ale ostatecznie zdecydowała się zapukać. W końcu to nie był już jej dom a nawet nie był to dom jej chłopaka i nie miała prawa wdzierać się do środka, kiedy tylko naszła ja taka ochota. Musiała uszanować ich prywatność i to bolało ją chyba najbardziej- ten dystans, który powstał z jej winy.

Nie minęła sekunda, gdy drzwi otworzył jej Damon z tym swoim zawadiackim uśmiechem, opierając się nonszalancko o framugę. Lustrował ją od stóp do głów, gdy pewnym krokiem przemknęła obok niego i dopiero wtedy zamknął drzwi, zaprowadzając dziewczyny do salonu, gdzie, ku ich wyraźnemu zdziwieniu siedzieli już Matt, Bonnie, Tyler i Rebekah z Klausem, który na widok kwaśnej miny Gilbertówny roześmiał się gardłowo.

- Spokojnie skarbie, jestem tu w celach pokojowych a powiedziałbym nawet, że towarzyskich- rzekł wesoło, wciąż spoglądając na Caroline, która pospiesznie odwróciła od niego wzrok i usiadła obok Matta na kanapie. Pierwotny zawsze wywoływał w niej mieszane uczucia, z którymi nie umiała sobie poradzić. W dodatku była na niego zła, że przez tyle czasu się do niej nie odzywał, choć przecież powinno ją to cieszyć. Mimo wszystko źle czuła się ze świadomością, że nie odbiera jej telefonów a jeszcze gorzej z tym, że w jakiś dziwny sposób ją to zabolało. Prawda była taka, że powoli zaczynała się o niego martwić, zwłaszcza po tym, jak podczas ich ostatniej rozmowy uslyszała te dziwne wrzaski, które praktycznie ją przerwały. Po tym, jak jej przyjaciele zatrzymali jego serce a potem wpakowali go do trumny po czym Alarick go zakołkował wiedziała już, że nawet Klaus nie jest niepokonany. Wmawiała sobie, że jej zaniepokojenie wynika jedynie z tego, że w razie jego śmierci ona i jej przyjaciele podzieliliby jego los, ale wiedziała przecież, że to nie do końca prawda. Była zła na siebie i na niego, że w ogóle dał jej powód do zmartwienia, bo wydawało jej się, że zrobił to specjalnie i doprowadzało ją to do szału. Sama już nie wiedziała co myśleć ani jak się wobec niego zachować, więc postawiła na chłodną obojętność i liczyła, że to zniechęci Pierwotnego do zaczynania jakiejkolwiek rozmowy z nią.

Dziewczyna była tak zamyślona, że kobiece zawodzenia i skomlenia dotarły do niej ze sporym opóźnieniem. Zdziwiona spojrzała na przyjaciół, ale jedynie część z nich obdarzona wampirzym słuchem podzielała jej zaskoczenie. Nikt nie miał pojęcia, co to za dźwięk, wyrażający uczucia oscylujące między nieopisanym bólem a dziką rozkoszą.

- Stef, rusz wreszcie swój tyłek, zanim osobiście wykopię cię z łóżka!- wrzasnął Damon a Caroline aż poskoczyła w miejscu. Po piętnastu minutach do salonu wkroczył Stefan a na jego widok Elena rozdziawiła usta.

Chłopak miał na sobie jedynie dżinsy i biały ręcznik, przewieszony przez ramię. Jego umięśniony tors i jasne włosy wciąż lśniły od wody natomiast twarz wyrażała kompletną dezorientację i szok. Nie spodziewał się jej tutaj a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Był na siebie zły, bo nie potrafił ukryć swego rodzaju zachwytu nad tą śliczną brunetką, ubraną w koktajlową, kwiecistą sukienkę przed kolano, dżinsową kurteczkę z rękawami trzy czwarte i rzymianki na wysokim obcasie. W jej pięknych czekoladowych oczach dopatrzył się odrobiny leku i niepewności, które za wszelką cenę starała się ukryć, gdy odruchowo poprawiła lśniące włosy, spływające gęstą falą na ramiona i plecy. Zawsze tak robiła gdy była zdenerwowana. Sam był zdenerwowany, gdy uświadomił sobie w jakim znalazł się położeniu. Jeszcze niedawno był pewien, że opinia Eleny Gilbert na jego temat już nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, jednak teraz pragnął tylko, by ta ulotniła się stąd jak najszybciej, nim pozna o nim prawdę.

- Wiedziałeś, że ona tu będzie?- syknął rozwścieczony w stronę brata, a przyjaciele wymienili zaskoczone i zdezorientowane spojrzenia. Stefan nigdy się tak nie zachowywał a napięta atmosfera nie służyła nikomu z tu obecnych. Elena zmarszczyła brwi, probując powstrzymać cisnące się do oczu łzy.

- Ty też byś wiedział, gdybyś nie spędził ostatniego tygodnia w łóżku, tylko wśród ludzi którzy choć trochę zasługują na twoją uwagę- odparł Damon, nawet nie próbując ukryć złosliwego uśmiechu. Stefan zacisnął mięśnie szczęki z siłą imadła, ale gdy już zamierzał się na bruneta niespodziewanie obok niego pojawiła się Katherine w samym ręczniku, spogladając na niego z wyraźnym wyrzutem.

- Nie dość, że zostawiasz mnie samą bez wyraźnego powodu to jeszcze nie dotrzymujesz danej obietnicy- mruknęła naburmuszona- mieliśmy wziąć WSPÓLNY prysznic, pamiętasz? Teraz będziesz musiał mi to jakoś wynagrodzić- dodała uwodzicielsko, przejeżdżając poznokciami po jego nagim torsie. Stefan spróbował się od niej odsunąć i rzucił spanikowane spojrzenie w stronę zszokowanej Eleny. Dopiero teraz Katherine zauważyła, że nie są sami i jej twarz rozciągnęła się w drapieżnym uśmiechu. Wszyscy spoglądali na rozgrywającą się scenę z szokiem wymalowanym na twarzy, jedynie Damon i Klaus przyglądali się temu z żywym zainteresowaniem i rozbawieniem.

- Ups, niezręczna sytuacja- mruknęła Katherine, udając zawstydzenie- cześć przyjacielu!
- Katerina- Klaus skinął jej głową a na widok zdziowionego spojrzenia Caroline dodał- uratowała mnie przed twoim nadgorliwym wilczkiem, tym samym spłacając swój dług.
Tyler, który siedział jak na szpilkach poruszył się niespokojnie a Caroline spiorunowała Pierwotnego spojrzeniem.
- Zraniła mojego przyjaciela, ty go torturowałeś- warknęła, usiłując pohamować złość- jak możesz być jej z tego powodu wdzięczny? Tak po prostu, po pięciuset latach ścigania i powolnego niszczenia jej życia nagle odpuszczasz jej wszystkie grzechy i zwracasz wolność?
- Chowanie urazy jest przereklamowane- odparł Klaus tonem, który Caroline zawsze doprowadzał do szału- powinnaś to poważnie przemyśleć, kochanie.
- I pomysleć, że kiedyś zdawało mi się, że jest w tobie choć odrobinę dobra- prychnęła dziewczyna a Rebekah zakrztusiła się bourbonem, który zabrała z prywatnego zapasu Damona, ignorując jego protesty. Gdy zaczęła prychać i parskać a potem wybuchnęła niepowstrzymanym śmiechem, brat zmroził ją groźnym spojrzeniem.
- Wybaczcie- odchrząknęła, starając się ukryć rozbawienie- kontynuujcie.
- Powinnaś się cieszyć, że jestem taki wspaniałomyślny- ciągnął Klaus, ponownie przenosząc spojrzenie na niemal czerwoną ze złości Caroline- gdyby nie to twój wierny piesek już dawno straciłby serce i wcale nie chodzi mi tu o ciebie.
- Z tego co wiem, Tyler jest ostatnim z twoich mieszańców- Caroline uśmiechnęła się chytrze- jedynym dowodem na to, że istnieje coś, co potrafisz zrobić od początku do końca. Zabicie go byłoby czystą głupotą.
- Jest tym mieszańcem, który mi się sprzeciwił i próbował zakołkować za pomocą białego dębu- poprawił ją blondyn- zabicie go byłoby przejawem niebywałego miłosierdzia.
Dziewczyna już coś chciała na to odpowiedzieć, ale wtedy jej uszu doszedł roztrzęsiony głos Stefana.
- Eleno…- blondynka spojrzała na swojego przyjaciela i dopiero teraz przypomniała sobie, w jakiej jednoznacznej sytuacji go zastali. Wszyscy wstrzymali oddech i w skupieniu obserwowali Elenę i Stefana, którzy od momentu pojawienia się Katherine nie zamienili ze sobą ani słowa, wciąż wpatrując się w siebie z mieszaniną niedowierzania, wściekłości, smutku i bólu. Elena przeniosła wzrok na Kath, która uśmiechnęła się chytrze i popędziła na górę zapewne się ubrać, odprowadzana spojrzeniem swego sobowtóra a dopiero potem znów na Stefana, który raz po raz to otwierał to zamykał usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili z tego rezygnował. Damon obserwował ich z diabelskim uśmieszkiem i chyba jako jedyny w pokoju był całkowicie rozluźniony. Napiętą atmosferę możnaby było kroić nożem, jednak jemu zdawało się to w ogóle nie przeszkadzać a wręcz przeciwnie- był całkiem zadowolony z biegu wydarzeń.
- Gratuluję, czyżby powrót pierwszej milości sprzed lat?- zakpiła Elena zakładając ręce na piersi i przybierając na twarz chłodną maskę opanowania. Mina Stefana stężała a jego oczy przesłoniła pajęczyna mrozu. Elenę przebiegł niekontrolowany dreszcz. Nigdy, nawet gdy ponownie obudził się w nim Rozpruwacz nie widziała u niego takiego chłodu.
- To już raczej nie twoja sprawa- odparł beznamiętnie- nie po tym, jak dałaś się przelecieć mojemu własnemu bratu a potem poinformowałaś, że cytuję:”wcale tego nie żałujesz”.

Wszyscy zamarli, zszkowani i wytrzeszczyli oczy na Elenę, która automatycznie oblała się rumiencem i Damona, którego wargi rozciągnęły się w  szatanskim, przepełnionym arogancją uśmiechu. Pierwotni zachichotali cicho, ale nikt nawet nie zwrócił na nich uwagi, wszyscy byli pochłonięci sceną, która się tu rozgrywała. Elena i Damon? Czy to jakiś żart? Ona nie mogła… Ale jedno spojrzenie na minę Caroline wystarczyło, by potwierdzić tę straszną prawdę. Ona wiedziała, od początku wiedziała. Musiała wiedzieć, w końcu Elena mieszkała z nią już od tygodnia i na pewno się jej zwierzyła, nie mogąc czegoś takiego dłużej w sobie dusić. Ani Bonnie, ani Matt czy Tyler nie rozumieli jedynie, dlaczego i z nimi nie podzieliła się tą informacją- przecież byli jej  przyjaciółmi i wspieraliby ją mimo wszystko, zamiast teraz wychodzić na idotów, nie mogących nawet porządnie zamknąć ust i zrobić jakiegokowielk innego ruchu. Szok był obezwładniający.
- Martwię się o ciebie Stefanie, ale sam powinieneś to wiedzieć- wyjaśniła spokojnie Elena- podczas naszej rozmowy powiedziałam ci także, co do ciebie czuję, jednak ty postanowiłeś zapamiętać tylko to, co było dla ciebie wygodne. W porządku, nie mam żalu. Rozumiem, że to dla ciebie trudne, że cierpisz. Nie potrafię jedynie zrozumieć, czemu postanowiłeś odreagować z kimś, kto zranił cię tyle razy. Aż tak za mną tęsknisz, że pocieszasz się kimś, kto wygląda jak ja, czy chciałeś wzbudzić moją zazdrość?
- Nie schlebiaj sobie- prychnął Stefan- minęły czasy, gdy wszystko w moim życiu było podporządkowane tylko i wyłącznie tobie. Ta twoja scena zazdrości naprawdę nie była moją intencją, ale miło, że choć raz możesz postawić się na moim miejscu. Może to oduczy cię ranienia innych i bawienia się ich uczuciami.
Cios prosto w serce… Stefan widział, jak po twarzy Eleny przemyka grymas bólu i wiedział, jak bardzo ją te słowa zraniły. Nie chciał tego, ale mimowolnie porównał ją do Katherine i dziewczyna doskonale zrozumiała tą aluzję. W jej oczach pojawiła się wyraźna odraza, gdy do salonu powróciła jego „kochanka” z tym swoim zadowolonym, pełnym wyższości i arogancji uśmieszkiem a to z kolei sprawiło, że on także poczuł ten ból.
- Sprzedałeś się Stefanie- stwierdziła Elena a w jej głosie pobrzemiewała pogarda i żal-uważasz, że postąpiłam źle, ale sam zachowujesz się jak rasowa męska dziwka.

Po tych słowach dziewczyna odwróciła się na pięcie i z założonymi rękami usiadła obok Caroline, które ścisnęła jej dłoń w geście pocieszenia. Damon posłał bratu pełne wyższości spojrzenie, jednak gdy chciał przemknąć obok niego ten złapał go zdecydowanym gestem za ramię i odciągnął na bok.

- Wiedziałeś, że ona tu będzie- syknął wściekły- wiedziałeś, a mimo to mnie nawet nie uprzedziłeś. Zrobiłeś to celowo, przyznaj się. Chcesz ją zdobyć w taki sposób i myślisz, że ona nagle ci padnie w ramiona a oboje wiemy, że ona taka nie jest i nawet ty nie jesteś w stanie tego zmienić.

- Po pierwsze zrobiła to już dwa razy- zaszydził Damon z aroganckim uśmieszkiem, wyrywając się z jego uścisku- poza tym myślałem, że zdanie Eleny już cię nie obchodzi. To przecież dlatego obracasz jej sobowtóra, prawda? Bo jej nienawidzisz.

Stefan zaniemówił na moment podczas gdy jego brat, usatysfakcjonowany, dołączył do zgromadzenia, które otoczyło Bonnie i jednocześnie przeszywało Elenę spojrzeniami do tego stopnia, że dziewczyna wbiła wzrok w dywan, byle tylko ich nie widzieć. Po chwili obok niego stanęła Katherine z chytrym uśmiechem na ustach i również zaczęła przysłuchiwać się wiedźmie.

- Mówiłam ci to przez telefon Caro. Chodzi o Jeremiego a właściwie o jego moce łowcy wampirów, które wymykają się spod kontroli- powiedziała Bonnie na jednym wydechu a choć starała się by nie brzmiało to aż tak strasznie, Elena pobladła gwałtownie. W tej chwili jej problemy osobiste nagle stały się bardzo banalne i niemal roześmiała się głośno, rozbawiona faktem, że kiedykolwiek się nimi przejmowała, gdy obok działy się takie straszne rzeczy. Jej brat był prawdziwym utrapieniem, przez które wszystko inne traciło znaczenie.

- Co dokładnie masz na myśli?- spytała, ciężko przełykając ślinę. Nim jednak Bonnie zdołała cokowiek powiedzieć, głos zabrał Klaus, z którego twarzy nie schodził ten jego irytujący, tajemniczy uśmieszek.

- W wielkim skrócie: twój ślamazarny braciszek wymordował pół miasta, które powoli zamienia się w krwiożercze potwory, średnio co minutę pukające do waszych drzwi, jakby tylko czekały na śmierć. Przepowiednia głosi, że potrzeba siedemdziesiąt ofiar, by stworzyć mapę do lekarstwa a mały Gilbert ma na swoim koncie dopiero dwadzieścia trzy morderstwa. Powoli jego znak się rozrasta, ale chyba rozumiesz, że nie mamy aż tyle czasu.

- Zaraz: dlaczego nikt mi o tym wcześniej nie powiedział?!- warknęła Elena, zrywając się z miejsca i zaczęła krążyć po pokoju, nerwowo mierzwiąc włosy- i jakie wampiry zabijał? Bonnie, przecież miałaś go pilnować! Jak mogłaś na to pozwolić?! I skąd te wampiry się tu znalazły? Przecież w Mystick Falls nie ma istoty nadnaturalnej, której byśmy nie znali!

- Eleno…- zaczęła wiedźma ostrożnie podchodząc do przyjaciółki- on zabił Shane’a, Meredith Fell, kilka innych osób, spokrewnionych z członkami Rady…

Elena zamarła i zakryła usta dłonią, jakby próbowała stłumić krzyk lub szloch, choć była  zbyt skołowana, by zrobić którąkolwiek z tych rzeczy. Mulatka otoczyła ją ramionami i szeptała do ucha słowa pocieszenia, ale nawet to nie przynosiło ulgi. Po policzkach wampirzycy stoczyło się kilka słonych łez, których nie umiała powstrzymać a których wstydziła się nade wszystko widząc, jaką ma widownię.

- Gdybym wiedziała, że tak zareagujesz dawno temu bym ci o tym powiedziała- wymruczała Kath prowokacyjnie, na co wszyscy spiorunowali ją wzrokiem a sama Elena spojrzała na przyjaciół z dziką furią w oczach, gwałtownie odsuwając się od przyjaciółki.

- Ona o tym wiedziała?!- wykrzyknęła wstrząśnięta.

- Oczywiście, że nie- prychnął Damon i niby to przypadkiem godził łokciem w żebra wampirzycy na co ta warknęła z bólu i zmroziła go spojrzeniem.

- Nie wiedziała- zapewnił Stefan dziewczynę i chyba pierwszy raz od ich feralnej wymiany zdań na nia spojrzał. Elena uśmeichnęła się do niego nieśmiało a ten tylko skinał jej głową i natychmiast odwrócił wzrok. W głowie huczała jej jedna myśl:”Straciłam go na zawsze? Straciłam ich oboje?”.

- Dajcie spokój tym waszym prywatnym melodramatom- warknął Klaus, tracąc nagle cały swój spokój i opanowanie- potrzebujemy tego lekarstwa na gwałt i jeśli będzie trzeba, to zmuszę Gilberta do kolejnych czterdziestu siedmiu brutalnych morderstw, żeby je zdobyć, więc lepiej, żebyście z nami współpracowali.

- Czy do tego twojego zakutego łba nie dociera, że ktoś najwyraźniej również chce dostać się do tego lekarstwa i wykorzystuje w tym celu mieszkańców miasta, zmieniając ich w dzikie bestie i nasyłając pod sam nos Jeremiego?- tym razem to Caroline wpadła we wściekłość- a może to twoja sprawka?

- Rozczarowujesz mnie, kochanie- mruknął Klaus z udawaną urazą- jak możesz sądzic, ze posunąłbym się do czegoś takiego?

- To byłoby w twoim stylu- odparła blondynka, zakładając ręce na piersi- jesteś najpodlejszą kreaturą, jaka chodzi po tej ziemi.

- Dość- przerwała im Rebekah- do jasnej cholery, tu chodzi o Elijah, Nik! Opanuj się, albo sama cię do tego zmuszę! Odstawiasz większy teatrzyk niż nasz Odwieczny Trójkąt, a uwierz, to wielki wyczyn.

- Hej!- Matt posłał dziewczynie karcące spojrzenie, na co ta przygryzła dolną wargę a Elena dopiero teraz zauważyła, że pomiędzy tą dwójką również jest jakieś niewytłumaczalne napięcie, którego nie umiała jednak do końca określić. Czuła, że to jakaś grubsza sprawa i obiecała sobie solennie, że gdy tylko choć na moment odetchną pełną piersią, zamiast bez przerwy przeciwstawiać się problemom weźmie przyjaciela na spytki i nie odpuści, dopóki ten nie wyśpiewa jej całej prawdy.

- Co jest z Elijah?- zapytała zaniepokojona, kierując spojrzenie na wyraźnie podenerwowaną Pierwotną. Ta spojrzała jej głęboko w oczy tak jak wtedy, gdy odbijali Tylera i miała zdecydować, czy warto jej zaufać a potem westchnęła ciężko.

- Oto, co możecie wiedzieć: nie mamy pojęcia, gdzie jest nasz brat, bo jakiś niemal nastoletni samozwańczy król porwał go i więzi nie wiadomo gdzie i dlaczego.

- Co za problem?- Damon zmarszczył brwi skonsternowany- odbijcie go, jesteście Pierowtnymi do cholery.

- Świetny pomysł- prychnęła Rebekah, posyłając mu pogardliwe spojrzenie- w końcu Marcel na do dyspozycji jedynie czarownicę, równającą się swoją potęgą z naszą matką i sadzonki z białego dębu.

- Układ jest prosty- rzekł Klaus- wy pomagacie nam na waszych zasadach ale możliwie jak najszybciej zdobyć mapę do lekarstwa a potem je odnaleźć, a my wykorzystujemy je, by unieszkodliwić Marcela i uratować brata. W zamian wszyscy pozostaniecie przy życiu i będziecie mogli użyć jednej dawki leku w dowolnym celu, zastrzegam jednak, że jeden z sobowtórów musi stać się człowiekiem tak czy inaczej i to  przez starciem z Marcelem- będę potrzebował moich hybryd, żeby złamać jego linię obrony.

- A co, jeśli się nie zgodzimy?- spytał Damon arogancko, na co Klaus uśmiechnął się półgębkiem.

- Wtedy i tak znajdziemy lekarstwo, zabierzemy sobowtóra i pokonamy Marcela ratując Elijah, z tym, że wszyscy stracicie przy tym głowy łącznie z Jeremiem i resztą tego paskudnego miasteczka.

- Jesteś odrażający- syknęła Caroline.

- Zgadzam się- powiedziała Elena w tym samym czasie a wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni- nie mam nic przeciwko temu, żeby uratować Elijah a skoro mój brat nie pozbędzie się tego morderczego zapędu chciałabym, żeby chociaż skierował go w dobrym kierunku i wykorzystał w dobrym celu.

- No to ustalone- Klaus klasnał w dłonie i zerwał się z fotela, na którym dotąd siedział- musimy tylko ustalić plan…

- Ja mam plan- wtrąciła Bonnie- musimy się tylko rozdzielić. Caroline, Damon, Rebekah, Matt, Klaus i Tyler zostaną w mieście i spróbują ustalić, kto zamienił mieszkańców w wampiry a ja, Ben, Jeremy, Stefan i Elena pojedziemy do domku nad jeziorem Gilbertów i tam na spokojnie zadziałamy tak, by ofiary Jera nie były przypadkowe. Może uda mi się nawet spróbować zwalczyć jego chęć zabicia ciebie, Eleno.

Dziewczyna uśmiechnęła się do przyjaciółki z wdzięcznością, ale wtedy odezwał się Stefan.

- Nigdzie nie jadę- oświadczył twardo, wbijając w Elenę świdrujące spojrzenie.

- Słucham?- Bonnie zmarszczyłą brwi ze zdziwieniem.

- Powiedziałem, że nigdzie nie jadę- powtórzył blondyn głośniej- zostanę w Mystick Falls i pomogę prowadzić to śledztwo, Kath z resztą też się przyda a mam pewne obawy co do tego, czy gdybym zostawił ją z wami sam na sam po powrocie zastałbym ją żywą. Ale spokojnie, jestem pewien, ze Elena chętnie pojedzie z Damonem. Ostatnio tak miło spędza im się razem czas.

Elena wstrzymała oddech i stanęła ze Stefanem twarzą w twarz.

- Właściwie to z chęcią z nim pojadę- wysyczała- z chęcia też bym ci coś na to odpowiedziała, ale zwyczajnie nie mam ochoty marnować na to swojego czasu ani energii. To było żałosne i poniżej pasa.- to mówiąc szybkim krokiem opuściła Pensjonat.

- Jak mozesz?- warknęła Caroline, podchodząc do Stefana i zamachnąwszy się uderzyła go w twarz z taką siłą, że po jego policzku pociekła krew- Stefan jakiego znam nie pozwoliłby, żeby wlasny ból i cierpienie przysłoniły mu zdrowy rozsądek. Ona ma rację, zachowujesz się jak męska dziwka. Męska dziwka, która nigdy nie zazna miłości, bo nie umie o nią zawalczyć i straci wszystkich na których jej zależy. Gratuluję, jesteś bardziej podobny do Damona niż sądziłam- dodała i wybiegła w ślad za przyjaciółką.

- Komedia, prawdziwa komedia- skomentowała Rebekah kąśliwie, ostentacyjnie wywracając oczami.

***

- Zatarłeś wszystkie ślady?- zapytał Ben, wyglądając przez okno. Był wściekły. Nie sądził, że wampiry potrafią być aż tak głupie, by jego instrukcje potraktować aż tak dosłownie. No bo który idiota uwierzyłby, że sąsiedzi, znajomi i przyjaciele po przemianie tak po prostu pukają do drzwi łowcy wampirów bez wyraźnego celu? Owszem, chciał się pozbyć ewentualnych przeszkód, jakie mogliby stanowić członkowie Rady i ci wtajemniczeni, spoufaleni z Drużyną Światła, jak w myślach zaczął nazywać przyjaciół Bonnie i cieszył się, że dzięki niemu znak Jeremiego już niedługo będzie skończony, ale przez tego palanta wszyscy nabrali podejrzeń i zabierają młodego do jakiegoś domku nad jeziorem, by tam zapanować nad jego morderczymi zapędami i tym samym ocalić jego udręczoną duszyczkę. Wszystko pięknie, tylko to znacznie opóźni tworzenie się „mapy mistycznego świata” a przecież dla Bena teraz, gdy machina znów ruszyła liczyła się każda sekunda!

- Zatarłem- potwierdził wampir po drugiej stronie słuchawki a w tym samym momencie za oknem Ben ujrzał nadjeżdżającego sedana Bonnie.

- Obyś tym razem mnie nie zawiódł- syknął do telefonu i rozłączył się, po czym przybrał na twarz wymuszony uśmiech i pomachał do czarownicy. Szczęście w nieszczęściu, że zaprosili go na ten cały wyjazd.

„Hmmm, szczęście? No na pewno nie dla nich”- pomyślał i opuścił swój dom, po raz ostatni zerkając na beżowe ściany salonu, w którym niegdyś tak często przesiadywał z Abby. Gdyby ona tylko wiedziała… Ale oczywiście nie wiedziała i to zapewniało jej chwilowe bezpieczeństwo. Chwilowe, bo nie wiedział, co jeszcze może wymyślić jej córeczka i ci jej psychiczni przyjaciele.

- Wsiadaj- powiedziała Bonnie, gdy dotarł do jej auta i przywitał się z Jeremiem niewyraźnym mruknięciem- musimy wrócić do Mystick Falls, nim tamci wyjadą.

„Żegnaj Los Angeles”- pomyślał blondyn z niejakim rozrzewieniem.

***

Kilkanaście godzin później Elena krążyła po pokoju przyjaciółki, wyjmując swoje rzeczy z szafek, które ta wspaniałomyślnie przeznaczyła do jej swobodnego użytku.

- Nie powinnaś się tym tak przejmować- powiedziała Caroline i nerwowo przygryzła dolną wargę obserwując, jak Elena z furią wrzuca swoje ubrania do torby podróżnej- i wcale nie musisz tam jechać z Damonem.

- Nie chodzi o niego tylko o mojego brata- odparła dziewczyna, zamykając walizkę- nie mogę całe życie siedzieć ci na głowie i może uda mi się wreszcie wrócić do domu.

- Daj spokój- Caorline wywróciła oczami- dobrze wiesz, że moj dom to także twój dom a moja mama uwielbia cię i nie ma nic przeciwko, że z nami mieszkasz. Ja też się  z tego cieszę. Z resztą dopiero co wróciłaś i znowu wyjeżdżasz? Co ze szkołą i…

Elena spojrzała na nią z pobłażaniem a Caroline tylko westchnęła z rezygnacją.

- Czasem przeklinam te swoje wampirze zdolności- mruknęła- tak Eleno, oczywiście, że z przyjemnością zauroczę miasteczko i obiecuję, że nikt nie zauważy nawet twojej nieobecności. W końcu zajmie mi to zaledwie kilka dni, co to jest w obliczu wieczności?

- Dzięki- zawołała Elena wesoło i przelotnie pocałowała ją w policzek po czym wybiegła z domu, gdy rozległ się dźwięk klaksonu. Tak, Damon do cierpliwych nie należał. Caroline wyjrzała przez okno w chwili, gdy przyjaciółka zajmowała miejsce pasażera po czym wampir odpalił silnik i z piskiem opon odjechali.

„Będą z tego kłopoty”- pomyślała blondynka z niesmakiem.

***

Jechali już od jakichś dziesięciu minut pogrążeni w ciszy, gdy Elena zorientowała się, że samochód Bonnie jedzie tuż za nimi. W bocznym lusterku dostrzegła uśmiech przyjaciółki i Bena, pogrążonych w rozmowie oraz posępną minę Jeremiego. Westchnęła ciężko i znów wbiła wzrok w przednią szybę. Od tygodnia w przerwach między nauką a zamartwianiem się o swoje życie uczuciowe po głowie krążyła jej jedna myśl:”Nie mogę go stracić”. Tak bardzo chciała, by wszystko się ułozyło i by każdy z bliskich jej ludzi zaznał szczęścia i prawdziwego, życiowego spełnienia. Chciała, by jej brat miał normalne życie, by mógł żyć na własnych zasadach i cieszyć się każdym dniem. Jak on musi się czuć ze świadomością, że zabił tylu bądź co bądź ludzi, że zamordował osoby, które znał i cenił? Jak mógł się czuć z myslą, że omal nie pozbawił życia własną siostrę? Tak bardzo chciała go w tej chwili przytulić i powiedzieć, że się wcale nie gniewa, że wszystko będzie dobrze. Nie mogła tego zrobić i to ją bolało. Nie wiedziała, czy jeszcze kiedykolwiek będzie jej dane przebywać z Jeremiem  w jednym pomieszczeniu a co dopiero zbliżyć się do niego. Nie umiała żyć bez niego a on nie umiał żyć bez niej. Byli rodzeństwem a ona potrzebowała brata, tak samo jak on siostry, jedynego zywego członka swojej rodziny. Był jeszcze chłopcem, zagubionym nastolatkiem, który nie umiał poradzić sobie bez wsparcia najbliżeszj osoby. Tylko czy tą najbliższą osobą wciąż była ona? Przecież on teraz pragnął jej śmierci, znienawidził ją z całego serca a ona nie mogła nic na to poradzić. Może już było za późno? Może już go straciła?

- Stawiam dolara za każdą twoją myśl- odezwał się Damon niespodziewanie a Elena pokręciła głową z roztargnieniem.

- Wciąż to samo- odparła, wzruszając ramionami- Jer, Klaus… ten cały Podróżnik, który zabrał wtedy moją krew… Tak właściwie to do czego mu ona potrzebna? I jeszcze ta czarownica, która była taka potężna i przed którą ostrzegał nas tamten facet… A jeśli to ma jakiś związek z tym całym tajemniczym Marcelem?

- Też o tym myślałem- przyznał Damon i uśmiechnął się półgębkiem na widok jej zaskoczenia- nie patrz tak na mnie, ja też kiedyś układałem puzzle i umiem łączyć fakty. Klaus mówił, że Marcel ma po swojej stronie czarownicę równie potężną, co pierwotne wiedźmy a ten cały Podróżnik, Jake, Jack… Nie ważne, w kazdym razie twierdził, że nawet po śmierci jest w stanie nas skrzywdzić i jeszcze ta jej moc, o której mi opowiadałaś…  Próbowała dostać się do twojego umysły, ale przecież żadna czarownica tego nie potrafi.

- Z tego będą jeszcze kłopoty, zawsze gdy w grę wchodzi magia sobowtóra przeradza się to w…

- Kłopoty?- Elena tylko pokiwała głową ze smutkiem- obiecuję, że nikt cię nie skrzywdzi Eleno- oświadczył z mocą i sięgnął po jej dłoń, ściskając jej palce w geście pocieszenia. Dziewczyna spuściła wzrok na ich splecione dłonie a on obserwował w lusterku jej reakcję. Początkowo zmarszczyła brwi, jakby analizowała swoje uczucia, związane z tą niespodziewaną bliskością i jego dotykiem. Słyszał przecież przyspieszone bicie serca, czuł szybko bijący puls i nierówny oddech. Potem jednak pokręciła głową jakby z niezadowoleniem zmieszanym z niedowierzaniem, zacisnęła usta w cienką linię i z zaciętym błyskiem w oczach wyrwała rękę z jego uścisku. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem aż w końcu Damon ponownie spojrzał na drogę a Elena znów zapatrzyła się przed siebie, jakby udając, że nic podobnego nie miało miejsca.

- Znów bawimy się w udawanie nienawiści?- spytał wampir z szelmowskim uśmiechem na ustach.

- Ja w nic się nie bawię, Damon- odparła Elena uparcie- jedyne czego chcę to odzyskać brata i pozbyć się Pierwotnych z naszego życia raz na zawsze. To, że z tobą jadę wynika tylko z tego, że nie mam wyboru- ty i Bonnie w jednym aucie to zły pomysł a ja i Jeremy w drugim chyba jeszcze gorszy. To nie znaczy, że ci wybaczyłam.

- Chyba mam deja vu- westchnął wampir, kręcąc głową z politowaniem- z chęcią przekonam się, jak długo tak wytrzymasz- dodał, przeciągając głoski i wbił w nią świdrujące spojrzenie swoich zmrużonych seksownie, niesamowitych oczu, ale Elena wciąż uparcie patrzyła przed siebie, zacisnęła usta i rozsiadła się w fotelu, zakłądając ręce na piersi jakby ten swój bunt i upór chciała wyraźnie zamanifestować.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozdział 9.- koniec nie wróży początku

04 sie

Dobra zabawa, alkohol i krew jakoś dziś nie przynosiły ukojenia. Mimo tylu wypitych drinków nie mógł wyrzucić z pamięci obrazu swego brata i Eleny, obściskujących się w taki czuły sposób na powitanie. Mimo tylu rozerwanych tętnic wciąż nie mógł pozbyć się tego cholernego bólu, który rozprzestrzeniał się od miejsca w którym biło jego wampirze serce i opanowywał całe jego ciało i umysł. Mimo tylu pięknych kobiecych ciał i tylu pocałunków wciąż nie mógł zapomnieć smaku warg Eleny i kształu jej powabnego ciała ani tym bardziej tego przyjemnego uczucia, gdy mógł trzymać ją w objęciach i kosztować za każdym razem, gdy naszła go taka ochota. A nachodziła go bardzo często… Cholera.

Nie mógł już tego dłużej znieść. Musiał się znieczulić, bo powoli tracił zmysły. Opuścił bar około godziny pierwszej w nocy i ruszył ulicą w drodze donikąd. W pewnym momencie mrok rozświetliły migączące w oddali światła jakiegoś samochodu a twarz Damona rozciągnęła się w drapieżnym uśmiechu, gdy połozył się w poprzek jezdni sprawiając, że stała się nieprzejedna. On był łowcą a te naiwne, skamlące owieczki były ofiarami, których zyły z łatwością i bez żadnych sprupułów osuszył do cna. Miały pecha, że trafiły akurat na niego- bezdusznego krwiopijcę, nieczułego na krzyki i błagania. Po wszystkim czuł się lepiej, o wiele lepiej. Z ironią stwierdził, że z przyjemnością wróci teraz do domu i być może nawet spotka się ze słodką Eleną. Niech dziewczyna ma satysfakcję z tego, że choć raz  w życiu miała rację, przynajmniej co do niego. Uśmiechając się złośliwie ruszył w drogę powrotną, zbroczoną krwią i ciałami jego dzisiejszych ofiar. W tej chwili miał gdzieś Radę i całe to zakichane miasteczko. Ból zniknął. Wszystko inne także.

****************************************************************

- Wiedźma, która cię uprowadziła chciała mnie?- zdziwił się Jeremy, siadając na kanapie obok siostry- ale po co? – Nie mam pojęcia- przyznała Elena niechętnie- ale przysięgam się dowiedzieć- dodała z mocą, ściskając jego dłoń. Podskoczyła w miejscu w momencie, w którym Stefan ujął jej drugą dłoń i ucałował jej zewnętrzną stronę, chcąc dodać jej otuchy. Gdy odsunęła się od niego niepewnie, wszyscy obecni posłali jej zdziwione spojrzenia. Ona sama nie bardzo wiedziała, co nią w tym momencie kierowało. Od momentu, w którym zobaczyła przeszywający ją na wskroć, pełen ukrytego cierpienia wzrok Damona nie mogła spojrzeć Stefanowi w oczy, ba, ona po raz pierwszy w życiu czuła się w jego towarzystwie niepewnie i tak bardzo nie na swoim miejscu jak to tylko możliwe. Pod wpływem świdrującego spojrzenia Stefana i pozostałych przyjaciół spuściła wzrok i kilkukrotnie otworzyła usta, ale nie wydobyły się z nich żadne słowa wyjaśnienia. Wreszcie dziewczyna pokręciła głową, jakby próbowała pozbyć się jakichś natętnych myśli i zerwała się na równe nogi. – Muszę odpocząć- wyjąkała ze wzrokiem wbitym w dywan i w wampirzym tempie wbiegła na piętro, zatrzaskując się w jednym z gościnnych pokoi. – Co ją ugryzło?- zapytał Tyler, marszcząc brwi. Matt bezradnie pokręcił głową na znak, że nie ma pojęcia a Caroline tylko uśmiechnęła się niepewnie. – Pewnie jest bardzo zmęczona- mruknęła- jak tylko wydobrzeje wszystko wróci do normy. – Właśnie- poparł ją Stefan, wstając z kanapy- jak my wszyscy. Za nami trudny okres, musimy odpocząć a potem pomyślimy co dalej. – Będzie dobrze- uśmiechnęła się Bonnie, widząc jego kwaśną minę i żegnając się z przyjaciółmi wraz z Benem opuściła Pensjonat. Jeremy patrzył za nimi z mściwością, podczas gdy powoli reszta rozchodziła się do domów. Tyler zaoferował się podwieźć Caroline, która ochoczo przystała na jego propozycję i po chwili już ich nie było a Matt miał nocną zmianę w Grillu, więc czym prędzej popędził do pracy, zostawiając nadnaturalne problemy za sobą. Po chwili  Stefan i Jeremy zdecydowali się zażyć odribinę odpoczynku i  ruszyli na piętro. Mijając pokój, w którym zatrzymała się Elena Stefan cudem oparł się pokusie, żeby do niej zajrzeć. Chciał ją chociaż przytulić, zobaczyć jej uśmiech, dotknąć jej i usłyszeć, że wszystko będzie dobrze, choćby miało być to największym kłamstwem w historii świata. Odkąd Damon wyszedł nie wiadomo dokąd Elena wydawała się jakaś taka przygaszona i nieobecna, mimo, że starała się to ukryć za tym swoim zniewalającym uśmiechem. Stefan sądził, że teraz uda im się to wszystko jakoś wyjaśnić i poskładać w całość, ale ona odgrodziła się od niego niewidzialnym murem, którego nie potrafił sforsować. Wybrała osobny pokój, daleko od jego pokoju mimo, że tam zostawiła wiele swoich, zapewne potrzebnych rzeczy. Wyraźnie chciała być sama i to bolało najbardziej. Bo przecież była sama przez ostatnie trzy miesiące i wciąż nie było jej dość. ****************************************************************************************

- Myślisz, że wszystko się ułoży?- zapytała Caroline, gdy zaparkowali przed jej domem, spoglądając na Tylera wyczekująco. Brunet westchnął ciężko, przygryzając dolną wargę. – Nie wiem- szepnął, bezradnie wzruszając ramionami- ale bardzo bym tego chciał-dodał, spoglądając na nią z bólem. To spojrzenie sprawiło, że po jej plecach przebiegł jakiś dziwny prąd, który zmusił jej serce niemal do galopu. Tyler patrzył na nią chyba przez wieczność, stopniowo się do niej zbliżając a ona nie miała w sobie dość siły, aby zaprotestować. Jego oczy mówiły wszystko. Zaglądały w najskrytsze zakamarki jej duszy a ona nie umiała się przed tym bronić. Gdy przycisnął swoje usta do jej warg była przegrana- przywarła do niego całą sobą, oddając się temu słodkiemu jak miód pocałunkowi całym swoim osiemnastoletnim sercem, zapominając o bożym świecie. Wplotła palce w jego ciemne włosy, wzdychając z ekscytacji. Przez chwilę wszystko było tak jak dawniej- byli po prostu zakochaną w sobie parą szczeniaków, które jakimś cudem miały przed sobą całą wieczność na spory i nastoletnie kłótnie i pragnęły cieszyć się chwilami pierwszych miłosnych zawirowań. Ale Caroline dobrze wiedziała, że oszukuje samą siebie, pragnąc przywrócić czasy, które już dawno minęły. Może i wtedy było łatwiej, ale to nie znaczy że lepiej. Zbyt wiele się wydarzyło, zbyt wiele spraw przestało mieć znaczenie na rzecz innych, ważniejszych. Caroline dorosła, wiele zrozumiała i wiele nauczyła się przez ten czas, stając się niezależną i odpowiedzialną młodą kobietą, jednak Tyler nie był obecny w procesie jej ewolucji. Każdy ruch jego warg i języka, który delikatnie podrażniał jej podniebienie przypominał o tym, że nie było go przy niej, gdy najbardziej go potrzebowała i gdy on najbardziej potzrebował jej. Przypominał o tym, że zemsta była dla niego ważniejsza od ludzi, którzy go kochali, była ważniejsza od wszystkiego, w co oboje przecież wierzyli. Był gotowy, by to stracić i chyba właśnie tak się stało. Nie mogła tak po prostu o tych wszystkich nieporozumieniach i cierpieniach zapomnieć. Nie byłaby w stanie spojrzeć w lustro, gdyby to zrobiła. Gdy więc ciepłe dłonie Tylera delikatnie wsunęły się za materiał jej koronkowej bluzeczki, muskając gładką skórę brzucha i pleców, dziewczyna zdecydowanym ruchem odsunęła go od siebie i ignorując jego zdziwione spojrzenie zapatrzyła się w przestrzeń, nerwowo przygryzając dolną wargę.

- Caroline, ja…- zaczął Tyler, jednak blondynka powstrzymała go ruchem ręki.

- Martwię się o naszych przyjaciół, o naszą przyszłość. O Elenę, Stefana, Bonnie i Matta. Wszystko się pokomplikowało i nie ma już odwrotu, musismy sobie z tym poradzić razem- podkreśliła dobitnie- jednak to, że jestem rozbita, niepewna i smutna nie oznacza, że masz prawo, by pocieszać mnie w taki sposób. Straciłeś je z chwilą, gdy z własnej woli mnie zostawiłeś. Jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu i chyba bym umarła gdyby coś ci się stało, jednak nic więcej. Walczę o ciebie, bo jesteś moim przyjacielem, ale nie mogę być z kimś, kto postępuje w ten sposób. Jeżeli kiedyś dojrzejesz, zrozumiesz mnie, ale wiem, że w tej chwili to boli. Bardzo mi przykro, ale to ty pierwszy zadałeś mi cios i teraz musisz zmierzyć się z konsekwencjami jak dorosły facet.  Nie mam w zwyczaju całować się albo iść do łóżka z kimś, z kim nie jestem w związku. To była dawna Caroline, a ty nie miałeś jeszcze okazji poznać mojego nowego wcielenia. Mam do siebie minimum szacunku i ty też musisz się nauczyć opierać własnym żądzą i pragnieniom, bo to już nie raz cię zgubiło. A teraz wybacz, ale mama na pewno się o mnie martwi. Dobranoc.- Dziewczyna zakończyła swój monolog głośnym zaczerpnięciem tchu i już miała wysiadać, gdy Tyler chwycił ją za ramię, odwracając w swoją stronę i przybliżył się do niej ponownie na odległość pocałunku.

- Ja kocham cię w każdym wydaniu- wyznał i zbliżył się jeszcze bardziej, składając na jej policzku delikatny, ale za to bardzo sugestywny pocałunek- a gdy już będziesz leżeć w łóżku i zadręczając się tym, że być może powiedziałaś za dużo, albo w zbyt gorzkich słowach, wiedz, że to wszystko było piękne i prawdziwe. Właśnie dlatego cię kocham- jesteś moim aniołem stróżem, który chroni mnie przed popełnieniem największych głupot i zawsze jest obok, by skopać mi tyłek, gdy coś sknocę. Nie mogę cię stracić, nie ważne czy jako dziewczynę czy też po prostu przyjaciółkę. Caroline na moment zamarła, spiorunowana wrażeniem, jakie wywarło na niej to wyznanie, ale chwilę potem otrząsnęła się z szoku i bez słowa opuściła auto, zostawiając Tylera samego, pogrążonego we własnych myślach. Gdy tylko dotarła do swojej sypialni natychmiast rzuciła się do okna i odkryła, że wóz chłopaka wciąż stoi w tym samym miejscu co wcześniej a sam kierowca spogląda prosto w jej stronę znad uchylonej szyby. Nie potrafiła się cofnąć, toteż trwała w bezruchu do momentu, w którym Tyler ostatecznie odpalił silnik i z piskiem opon odjechał, pozostawiając po sobie poczucie pustki i osamotnienia. Blondynka z ciężkim westchnieniem rzuciła się na łóżko nawet nie raczywszy zdjąć butów. Skurczybyk miał rację- zadręczała się.

„Dziś już raczej nie zasnę”- pomyślała z rezygnacją.

*************************************************************

Drogi pamiętniku! Jestem idotką. Teraz mam już stuprocentową pewność, że nie ma we mnie za grosz moralności i inteligencji.  Nie sądziłam, że prawda może być tak bolesna i trudna do przyjęcia. Prawda powinna wyzwalać, dawać poczucie bezpieczeństwa i szczęście, a tymczasem sprawia ból większy od kłamstwa, w którym dotąd starałam się żyć. Damon przeze mnie cierpi, Stefan przeze mnie cierpi. Wszyscy moi przyjaciele przeze mnie cierpią. A to wszystko dlatego, że jestem największą idiotką w dziejach świata. Żałosne. Nie mogę spojrzeć w oczy Damona. Nie umiem patrzeć na jego ból, choć po tym co zrobił powinno mi to sprawiać przyjemność. Boję się, co teraz zrobi, boję się zbliżyć do Stefana. Za chwilę zacznę bać się własnego cienia a nie chcę tego. Zaczynam popadać w paranoję. Wiem do czego zdolny jest skrzywdzony Damon. Wiem, do czego w ogóle jest zdolny a ostatnimi czasy udowodnił mi tylko, że wcale nie zmienił się tak bardzo, jak starał się to pokazać. Jego zachowanie i nastroje zależą ode mnie a ja go zraniłam. Czy będzie chciał się mścić? Już sobie wyobrażam te jego niewybredne aluzję i niby to luźne żarciki, które będą miały za zadanie zranić mnie albo wzbudzić moje poczucie winy. Będzie mnie tak katował przez wieczność sprawiając, że stracę tych, na których opinii zależy mi najbardziej aż ostatecznie zdepcze moją relację ze Stefanem, niszcząc to na co tak ciężko pracowaliśmy. Jego również stracę- czegoś takiego się nie wybacza. Żaden z nich mi nie wybaczy. Chyba właśnie popadłam w paranoję. Elena podskoczyła gwałtownie, słysząc pukanie w szybę, ale odetchnęła z ulgą widząc roześmianą twarz Caroline. Schowała pamiętnik pod poduszkę i podeszła do okna, wpuszczając przyjaciółkę do środka.

- Co tu robisz?- spytała zaciekawiona, siadając na łóżku obok blondynki.

- Stęskniłam się- oznajmiła dziewczyna szeptem- postanowiłam cię odwiedzić.

- Serio Caro, powiedz co się dzieje- Elena zawsze perfekcyjnie wyczuwała, gdy z którymś z jej przyjaciół działo się coś niedobrego. Ta umiejętność często postrzegana była jako dar, jednak konkretnie w tym momencie to było najgorsze przekleństwo z możliwych. Caroline westchnęła ciężko, pocierając skronie.

- Całowałam się z Tylerem- wyznała w końcu, przygryzając dolną wargę nerwowo i z ironią godną samego Damona zauważyła, że dzisiejszego dnia zdażyło się to więcej razy, niż w ciągu całego jej życia.

- To nic złego- powiedziała brunetka, ścierając samotną łzę, spływającą po policzku przyjaciółki i uśmiechnęła się do niej delikatnie- wciąż się kochacie a Tyler już i tak wiele przeszedł i zrozumiał swoje błędy. Po co karać go dwa razy i przy okazji jeszcze siebie?

- A ty? Dlaczego każesz Stefana?- odbiła pałeczkę blondynka, wnikliwie badając twarz Eleny z której zniknęły wszelkie oznaki rozbawienia.

- Nie o tym chciałaś ze mną rozmawiać- odparła dziewczyna wymijająco.

- Ale ja tak bardzo bym chciała, żeby wam się ułożyło!- wykrzyknęła nagle blondynka z przejęciem- jesteście dla siebie idealni, niczym Romeo i Julia. Nie pozwól, żeby jakiś tam Parys to zniszczył.

Elena zmarszczyła brwi, spoglądając na dziewczynę jakby zwiariowala.

- Okej, po pierwsze ciszej, bo gdzieś tu śpi Jeremy a Stefan i Damon mają wampirzy słuch- odparła, siłą woli powstrzymując się przed warknięciem- po drugie nie mam zielonego pojęcia o czym ty mówisz. Rozumiem, że jesteś postrzeloną romantyczką, ale żeby…

- Doskonale wiesz o czym mówię- prychnęła Caroline- chodzi o to wszystko, co robi Damon, aby was rozdzielić. Wiem, że jest pociągający, seksowny i Bóg wie co jeszcze, ale nie zapominaj, że on marzy jedynie, żeby cię przelecieć a to dlatego, że jesteś tą, która mu się opiera.

- A więc uważasz, że jego zaangażowanie w odzyskanie Stefana było jedynie pretekstem do tego, żeby zaciągnąć mnie do łóżka?!- warknęła Elena, zrywając się z miejsca- Myślisz, że tyle razy narażał dla mnie i przy okazji dla moich przyjaciół życie ze zwykłego kaprysu, albo żeby zaspokoić jakieś swoje wygórowane ambicje?! Myślisz, że troszczył i troszczy się o mnie, bo ma nadzieję na nagrodę?! Myślisz, że tyle czasu zmarnował po to, żeby mnie przelecieć?! A co, gdybym ci powiedziała, że już to zrobił a mimo to trwa przy mnie, wciąż twierdząc, że mu na mnie zależy?!

- Nie mówisz poważnie!- teraz to Caroline podniosła głos, stając z przyjaciółką twarzą w twarz. Gdyby spojrzenia mogły zabijać w tej chwili obie padłyby trupem.

- Nie, nie mówię poważnie- wysyczała Elena- a teraz wynoś się. Jestem zmęczona.

Caroline otworzyła usta szeroko, zszokowana, ale w końcu pod naciskiem spojrzenia Eleny odwróciła się na pięcie urażona, po czym ulotniła się z Pensjonatu w wampirzym tempie. Elena opadła na łóżko, kręcąc głową z niedowierzaniem. Teraz już wiedziała, że na pewno tej nocy nie zaśnie. Nie miała pojęcia, co tak ją rozwścieczyło, chyba chodziło o samą perspektywę Damona, jako podłego intryganta. To znaczy wiedziała, że był podłym intrygantem, ale nigdy nie względem niej a przynajmniej nie w taki perfidny sposób, w jaki przedstawiła to Caroline. Powinna być już przyzwyczajona do tego, w jaki sposób jej przyjaciele odnoszą się do Damona, bo często sama miała do niego podobny stosunek. Mimo to nie spodziewała się tylu ostrych słów i to w jakiś przedziwny sposób godziło bezpośrednio w jej osobę. Czuła się zraniona, choć wcale nie powinna. W gruncie rzeczy Caro powiedziała samą gorzką prawdę, w końcu przed swoim porwaniem sama oskarżyła Damona o podobny fałsz i zakłamanie. Co się z nią działo? Elena westchnęła ciężko i wstała, postanawiając iść do kuchni- jedynego nieużywanego pomieszczenia w tym domu. Potrzebowała szklanki wody i chwili świętego spokoju. Na to drugie niestety nie miała co liczyć.

- Uuu.. gorąąco – ktoś za nią zamruczał, przeciągając głoski  a ją aż przeszły ciarki pod wpływem tych kilku prostych słów i upuściła szklankę z wodą, która rozbiła się w drobny mak. Dziewczyna wzięła głęboki oddech i odwróciła się przodem do Damona, który lustrował ją od stóp do głów, uśmiechając się uwodzicielsko i zatrzymując spojrzenie na dłużej na głębokim dekolcie jej zwiewnej, sięgającej połowy ud jedwabnej koszuli nocnej. Siła tego spojrzenia sprawiała, że Elena czuła się niemal naga i zapragnęła czym prędzej zniknąć z jego pola widzenia. Nie mogła mu jednak dać tej satysfakcji.

- Widzisz, co narobiłeś?- spytała chłodno, zabierając się za wycieranie mokrej plamy na podłodze i zbierania potłuczonego szkła. Żmudna praca, ale przynajmniej miała pretekst, by nie patrzeć mu w oczy. Mimo to czuła jego przeszywający wzrok dosłownie w każdej częsci swojego ciała i to wystarczyło, aby zrobiło jej się nieznośnie gorąco. To z kolei wprawiło ją w jeszcze gorszy nastrój a świadomość, że ma prawo bezkarnie wyżyć się na Damonie przynosiła ukojenie. Czy to już podpada pod chorobę psychiczną?

- Nie moja wina, że z ciebie taka sierota- prychnął wampir- ups, wybacz. To chyba wciąż za wcześnie- dodał złośliwie, gdy dziewczyna zmroziła go wzrokiem. Ta zareagowała instynktownie- chwyciła całą garść drobinek szkła, które zostały po rozbitej szklance i rzuciła w Damona. Brunet zasyczał dziko, gdy wbiły się w jego ciało, powodując tępy ból. Czerpała satysfakcję z myśli, że aby je usunąć będzie potrzebował mnóstwo cierpliwości, której o dziwo nie posiadał w nadmiarze.

- Dupek- wycedziła, wprost do jego warg. Już chciała odejść, gdy Damon chwycił ją pod ramię, przyciągając do siebie.

- Muszę być dupkiem, skoro mnie nienawidzisz- zauważył, uśmiechając się chytrze- w końcu jestem jak ten Parys, który marzy tylko o tym, żeby cię przelecieć… ups, chyba jednak już to zrobiłem.

- Podsłuchiwałeś !- wykrzyknęła dziewczyna w świętym oburzeniu. O dziwo ten fakt mocniej nią wstrząsnął niż te jego tandetne żarciki, dotyczące ich wspólnych… przygód, to chyba dobre określenie.

- Wróciłem do domu i usłyszałem twoją rozmowę z blondi na temat Stefcia… Wiesz, że mam naturę odkrywcy- uśmiechnął się czarująco, ale na niej nie robiło to wrażenia. Nie wtedy, gdy była taka wściekła.

- Na twoim miejscu kupiłabym sobie pinsetę- odparła złośliwie- pozbywanie się tych odłamków może zająć ci trochę czasu… Jak dobrze, że masz na to całą wieczność.

- Nie myśl, że to pozostanie bez echa- z jego twarzy wciąż nie schodził ten jego irytujący uśmieszek- czy Stefan wie o naszych nowojorskich przygodach? Jesteś pewna, że chcesz wskrzesić ten związek, ponownie budując go na kłamstwie?

- To nie twoja sprawa!

- Jak to nie? To przecież mój kochany braciszek i nie mogę pozwolić, żebyś go raniła. Ja tu jestem jedynym, który powinien dostawać od ciebie po głowie, zapomniałaś? Jestem jedynym, który ma prawo cierpieć. Jestem w końcu wielkim, złym wampirem pozbawionym uczuć. Bez skrupułów zrujnuję Stefanowi jego bajeczkę, uświadamiając, że już wiem, jaka jego dziewczyna potrafi być niegrzeczna w łóżku. Jak myślisz, jak zareaguje? Podejrzewam, że on nie miał okazji w pełni przetestować wszystkich twoich zdolności manualnych i hm… ustnych, chyba mogę to tak nazywać? Biedny chłopczyk, nie wie, co stracił- dodał, lubieżnie oblizując wargi. W tym samym momencie jego głowa gwałtownie odskoczyła do tyłu pod wpływem zetknięcia z rozpędzoną dłonią Eleny. Wampir z niedowierzaniem potarł nabiegły krwią policzek, piorunując dziewczynę spojrzeniem.

- Wykorzystałeś to, że byłam pijana a potem rozdarta i roztrzęsiona i teraz śmiesz mnie obrażać i szantażować?- warknęła brunetka, zbliżając się do niego na odległość pocałunku. Jej oczy ciskały błyskawice a wargi zaciśniete były w cienką linię, co mogło oznaczać, że była wściekła. Bardzo, bardzo wściekła. Czy to normalne, że poczuł z tego powodu dziką satysfakcję i pożądanie, które w jednej chwili opanowało całe jego ciało? Nie mówiąc już o tym ciepłym, rozkosznym uczuciu, ktore ogarnęło go na myśl o tym, jaka ona jest śliczna i słodka, gdy się złości.

- Czy takie wytłumaczenie choć trochę cię uspokaja i ucisza wyrzuty sumienia?- spytał Damon spokojnie, przekrzywiając głowę z zainteresowaniem- bo prawda jest taka, że zwyczajnie poddałaś się swoim pragnieniom. Nawet ty od czasu do czasu potrzebujesz seksu a z tego co wiem od wyjazdu Stefana nie miałaś okazji zaspokoić swoich żądz. Powinnaś się cieszyć, że znalazł się ktoś, kto z przyjemnością ci pomógł. Twoja frustracja zaczynała już powoli działać mi na nerwy.

Elena otworzyła usta szeroko, osłupiała, jednak na szczęście lub też nie od odpowiedzi uratował ją donośny krzyk, mogący należeć jedynie do jej brata. Dziewczyna momentalnie zapomniała o wszystkim innym i rzuciła się w kierunku, z którego dochodził owy hałas. Damon bez słowa popędził za nią. Razem wbiegli po schodach i zapewne dziewczyna przewróciłaby się, gdyby nie silne ramiona Damona, które jak zwykle uchroniły ją przed upadkiem. Gdy tylko złapała równowagę jak burza wpadła  do pokoju Jeremiego, jednak nikogo w nim nie zastała.

- Jer?- zawołała donośnie, a wabiona  odgłosem  tłuczonych naczyń i dzikich, niemal zwierzęcych okrzyków biegała po całym piętrze, by w końcu dotrzeć do jednego z gościnnych pokoi, gdzie ujrzała swojego brata, szamoczącego się w silnym uścisku Stefana. Chłopak krzyczał i warczał, wierzgając nogami na wszystkie strony i zrzucając w ten sposób  znajdujące się na półkach przedmioty a wampirowi z trudem udawało się go ujarzmić. Biała pościel na łóżku była skotłowana i poplamiona czymś, co pachniało jak wampirza krew. Na podłodze leżał drewniany kołek, przy którym klęczała… Zaraz, czy to nie jest….

- Katherine?- warknęła Elena z niedowierzaniem, odpychając wampirzycę, by ostatecznie dotrzeć do brata. Chłopak sprawiał wrażenie jakby oszalał- krzyczał i rzucał się, nawet nie dostrzegając jej obecności i jakby nie słysząc jej kojącego  głosu.

- Co się dzieje?!- zapytała Elena Stefana, na którego czoło wstąpiły już kropelki potu co było dziwne jak na wampira, starając się jednocześnie przekrzyczeć wrzaski brata. – Zaatakował mnie- krzyknęła Katherine, rozwścieczona, próbując jednocześnie rzucić się w kierunku nastolatka, co okazało się niemożliwe za sprawą silnego uścisku Damona na jej poranionym przedramieniu. Wampirzyca syknęła z bólu i posłała mu nienawistne spojrzenie. Ten tylko uśmiechnął się chytrze, mocniej wbijając paznokcie w jej ranę.

- To tylko zadrapanie, nie dramatyzuj- powiedział z miną niewiniątka- do wesela się zagoi. Choć na to, że ktoś zechce ci przysiądz miłość aż po grób nie masz co liczyć, no chyba że ten ktoś będzie zwykłym samobójcą- dodał ze złośliwym uśmiechem. Tymczasem Elena spróbowała przejąć od młodszego Salvatore’a swojego brata, co okazało się wcale nie takim prostym przedsięwzięciem. Nawet nie wiedziała, że Jeremy miał w sobie tyle siły i skrywanej agresji. Gdy warknął na nią po jej ciele przebiegł zimny dreszcz. Przytuliła go do siebie, próbując uspokoić, ale on wciąż nie mógł powstrzymać targających nim konwulsji. – Co się stało?- spytała łagodnie, głądząc go po plecach i mierzwiąc nieco przydługie już włosy- braciszku, proszę powiedz mi. Wszystko przecież będzie dobrze. Proszę, powiedz mi co się dzieje.

- Śni…Śniło mi się, żeeee….żee cię zabijam- wyjąkał chłopak ledwo słyszalnie, w tej samej chwili poddając się uściskowi siostry i chowając twarz w jej włosach- jaaa… jaaa wiem…. wiedziałem, że to było coś dobrego i… i czułem, że powinienem zakończyć twoje życie, bo…. bo ty jesteś zła… czułem, że jesteś… – I dlatego próbowałeś mnie zabić?- warknęła Katherine, ale została gwałtownie uciszona przez Damona.

- Ciii- wyszeptała Elena- to był tylko sen. Zły sen, nic więcej. Przecież ja cały czas będę przy tobie. Nigdy cię nie zostawię, słyszysz? Nie pozwolę cię skrzywdzić. Jesteśmy rodzeństwem, oprócz ciebie nie mam już nikogo. Kocham cię, już dobrze…

W tym momencie wszelkie hamulce puściły i Jeremy wybuchnął rozpaczliwym płaczem. Gdzieś z boku Damon prychnął pogardliwie, ale Elena zignorowała go, mocniej przytulając brata, który na jej ramię wylewał wszystkie swoje żale, które przez tyle czasu kotłowały się w jego siedemnastoletnim sercu. Opłakiwał nie tylko swój zatrważająco realny sen- opłakiwał swoją relację z Bonnie, każdą sekundę, gdy myślał, że stracił siostrę na zawsze i każdą chwilę, gdy czuł się kompletnie niepotrzebny podczas poszukiwania wampirzycy. Stefan wymienił z Eleną delikatny uśmiech i zabrał się za porządkowanie tego małego bałaganu, który zrobił jej brat ciesząc się jednocześnie, że burzę mają już za sobą. – Lądujesz w piwnicy- warknął Damon, ciągnąc opierającą się Katherine za sobą, ale dokładnie w tym samym czasie zdarzyło się kilka rzeczy- Stefan odwrócił się tyłem, chcąc postawić figurkę żołnierza na miejsce i dokładnie w tym momencie oczy Jeremiego zapłonęły i nim ktokolwiek zdołał go powstrzymać chłopak zerwał się na równe nogi, chwycił za wciąż  leżący na ziemi kołek i wbił go głęboko w plecy Stefana sprawiając, że ten osunął się na kolana z głośnym jękiem.

- Jeremy!- zawołała Elena z przerażeniem, podczas gdy Damon w przeciągu sekundy znalazł się tuż przy nim, rozbrajając go doszczętnie i rzucając na podłogę.

- Przestań!- warknęła dziewczyna, przerażona tym morderczym wyrazem twarzy brata. Chłopak obnarzył zęby niczym najprawdziwsze zwierzę i syczał na nich, jakby byli jego wrogami. Zachowywał się jak ktoś obcy.

- Jer…- szepnęła Elena niepewnie, wyciągając przed siebie dłoń, ale gdy chciała zrobić krok w jego stronę, ramię Damona skutecznie jej to uniemożliwiło. – To mój brat- przypomniała mu brunetka- nie jest sobą, ale mnie nie skrzywdzi.

Wampir niechętnie, z ociąganiem się przesunął a ona kleknęła przy młodym Gilbercie, podchodząc do niego powoli, ostrożnie niczym do dzikiego zwierza, którym w tej chwili zdawał się być. Chłopak patrzył na nią nieufnie a gdy przekroczyła niewidzialną, ustanowioną przez niego granicę rzucił się na nią, ściskając z całej siły za gardło. Niemal natychmiast dziewczyna zaczęła się dusić, mimo, że jako wampir nie musiała oddychać, a przed jej oczami zatańczyły czarne mroczki. Jak przez mgłę ujrzała, jak Damon i Stefan odciągają od niej Jeremiego, który z dziką furią rzucił się tym razem na Katherine, powalając ją na ziemię. Szamotali się na miękkim dywanie, ale ku zaskoczeniu wszystkich szanse na zwycięstwo w tym pojedynku zdawały się być wyrównane mimo, że chłopak był przecież tylko człowiekiem.

- Jest taki silny…- wyjąkała Elena do Stefana, rozcierając obolałe gardło. Tymczasem Damon dołączył do walki, ściskając Gilberta za nadgarstki, jednak ten jakimś cudem oswobodził się, zadając wampirowi dosyć bolesne jak na zwykłego śmiertelnika ciosy. Ten w furii odrzucił go na przeciwległą ścianę, ale chłopak otrząsnął się w zadziwiającym tempie i chwyciwszy kawałek rozbitego w szale krzesła zamachnął się na siostrę, która w ostatnim momencie chwyciła go za ramię, uniemożliwiając wbicie morderczego narzędzia w swoje serce.

- Ocnij się, Jeremy to przecież ja!- krzyknęła dziewczyna czując, że powoli traci przewagę w tym starciu. Chłopak jednak ani myślał jej posłuchać. – Zdechniesz jak pies- warknął, patrząc na nią z obrzydzeniem. Elenę aż zmroziło a Jeremy wykorzystał chwilę jej nieuwagi, żeby ją zaatakować i zapewne gdyby nie Damon, wampirzyca juz dawno byłaby martwa. Brunet posunął się do ostateczności i jednym ruchem skręcił mu kark.

- NIE!- wrzasnęła Elena, zakrywając usta dłonią  i z przerażeniem patrzyła, jak bezwładne ciało jej brata osuwa się na podłogę. – Nie, nie…- mamrotała, klękając przy nim i ujeła jego prawą dłoń, na ktorej widniał zdobiony pierścień Gilbertów- gwarancja powrotu do życia. Po jej policzkach spływały słone łzy, gdy  szlochając cichutko przytuliła do siebie nieruchome ciało brata. Stefan spróbował objąć ją ramieniem, ale Elena odkoczyła od niego, zupełnie jakby jego dotyk ją palił i nawet zraniony wyraz jego twarzy w tej chwili nie zrobił na niej wrażenia.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że ona tutaj jest?!- krzyknęła, głosem nabrzmiałym z emocji- wiedziałeś?!- warknęła tym razem na Damona, który uniósł ręce w obronnym geście.

- Nic a nic- zapewnił ją wampir- nie jestem jak mój pacyfistyczny braciszek i z pewnością nie stałaby tu przed tobą, gdybym tylko o tym wiedział. Wierz mi, lochy to zdecydowanie lepsze lokum dla takich szmat jak ona.

- Świetnie- prychnęła Elena, zrywając się na równe nogi- zadzwonię do Bonnie: Jeremy zachowuje się jakby był opętany. Czy mogę was tu zostawić samych bez obawy, że gdy wrócę ktoś będzie o głowę krótszy?- spytała całkowicie poważnie, a Damon posłał w stronę Katherine znaczące spojrzenie, uśmiechając się niczym dziecko na widok lizaka. Elena pokręciła głową  i opuściła pokój, wykręcając numer do przyjaciółki, która odebrała już po pierwszym sygnale.

- Bonnie? Mamy problem.

*****************************************************

- Jak mogłeś nie powiedzieć mi o tym, że ona tutaj jest?!- spytała Elena, obrzucając Stefana oskarżycielskim spojrzeniem. Blondyn aż skulił się w sobie pod naporem jej spojrzenia i zerknął na przyjaciół, którzy posyłali mu współczujące uśmiechy.  Była trzecia w nocy i wszyscy, włącznie z niechcianą wampirzycą i Benem siedzieli w salonie Salvatore’ów, czekając aż Jeremy powróci do życia. Katherine prychnęła cicho.

- Wciąż tu jestem, w razie gdybyście jeszcze tego nie zauważyli- warknęła, dumnie unosząc podbródek- niegrzecznie obmawiać kogoś, w dodatku w jego towarzystwie.

- Widzisz? Oboje zgadzamy się, że powinnaś wylądować w lochach- oznajmił Damon, posyłając jej czarujący uśmiech, ale wampirzyca odkoczyła od niego, posykując groźnie. – Przepraszam Eleno- szepnął Stefan ze skruchą- nie chciałem cię martwić, przecież dopiero co wróciłaś…

- Widzisz?! Dokładnie o to chodzi.  Nie potrafisz być ze mną szczery?!- dziewczynę powoli ogarniała dzika furia. Nie umiała nad sobą zapanować, miała wszystkiego powyżej uszu a to był przecież dopiero początek.

- Przepraszam- powtórzył Stefan tak cicho, że tylko wyczulone wampirze zmysły mogły wyłapać poszczególne dźwięki, spajając je w jedną całość- nie chciałem cię urazić, z resztą byłem pewien, że niedługo ona się ulotni i nikt z nas nie będzie musiał jej więcej oglądać. Przepraszam- dodał i bez ostrzeżenia zamknął ją w niedźwiedzim uścisku. Elena nie opierała się- wtuliła się w niego ufnie, oddychając głęboko. Jego obecność wciąż działała na nią kojąco i dziewczyna powoli uspakajała się, czując w całym ciele przyjemne ciepło. To chyba nazywało się poczucie bezpieczeństwa- to wspaniałe uczucie, o którym już dawno zdołała zapomnieć. Ponad ramieniem  Stefana ujrzała wpatrującego się w nią Damona, który natychmiast odwrócił twarz w drugą stronę, gdy tylko ich oczy się spotkały. Udawał, że nic go nie rusza, a przecież Elena znała go zbyt dobrze, by uwierzyć, że nie cierpi. Głośno przełknęła ślinę, spoglądając w drugą stronę, gdzie jej oczom ukazał się delikatny uśmiech Caroline, zapatrzonej w obejmującą się parę jak w obrazek. Elena nieśmiało odwzajemniła uśmiech i ruchem ust przekazała jedno słowo:”Przepraszam”. Blondynka najwyraźniej to zrozumiała, bo posłała w jej stronę całusa. W tej chwili Elena czuła się naprawdę dobrze i niemal zaczęła wierzyć w lepsze jutro. Poddając się magii chwili spojrzała Stefanowi prosto w oczy i pochyliła się w jego stronę, zerkając na jego kształtne, lekko rozchylone usta. Blondyn bezwiednie przybliżył się do niej i pochylił głowę, gotowy do upragnionego pocałunku, który nigdy nie nastąpił, bo dokładnie w tym samym momencie Jeremy głośno zaczerpnąwszy powietrza do płuc zerwał się z kanapy, roglądając się po salonie zdezorientowany i zagubiony.

- Jer…- szepnęła Elena, ale gdy tylko chłopak na nią spojrzał w jego oczach pojawiły się niebezpieczne błyski i ten zacięty wyraz, którego nigdy u niego nie widziała. Przeraziła się, gdy jej własny, ukochany braciszek warknął na nią niczym zwierzę i rzucił się do przodu z morderczym wyrazem twarzy. Zanim udało mu się do niej dotrzeć jej przyjaciele unieruchomili go w silnym, wampirzym uścisku, broniąc jej przed atakiem. Chłopak szarpał się na wszystkie strony, ale nie udało mu się wyswobodzić.

- Zabiliście mnie!- ryknął- Mordercy! Zasługujecie na potępienie! Mordercy!

- Wszystko ci wyjaśnię, tylko się uspokój- jęknęła załamana Elena. Nie wiedziała, co wywołało w nim aż tak silną żądzę mordu. Nie miała pojęcia, że istnieje siła, zdolna popchnąć Jeremiego do zaatakowania jej. Była przerażona i przede wszystkim zraniona. Musiała to przyznać- czuła się opuszczona i oszukana. Własny brat pragnął jej śmierci. Kiedy zdołał ją znienawidzić?

- Jeremy uspokój się!- Caroline starała się być stanowcza i pokazać chłopakowi, że jego zachowanie jest nie na miejscu, ale jej tłumaczenia nie przynosiły rezultatów- przecież nikt nie chce ci zrobić krzywdy!

- Powiedziała morderczyni- prychnął młody Gilbert- zasługujecie na serię wymyślnych tortur i śmierć! Nienawidzę każdej chwili w waszym towarzystwie i zrobię wszystko, żebyście przed śmiercią jak najbardziej cierpieli.

- Zmyślnie- pochwalił Damon, uśmiechając się leniwie, niczym kot dybający na swoją ofiarę- mogę go adoptować i  udawać, że to on jest moim bratem?- mruknął do Eleny i Stefana, którzy zmrozili go spojrzeniem. Wampir uniósł ręce w geście kapitulacji, wciąż uśmiechając się w ten swój irytujący sposób. Ale czy to doprawdy była jego wina, że nawet młody Gilbert czasem potrafił pokazać jaja, podczas gdy jego własny brat zachowywał się non stop jak rozpieszczona panienka? Oczywiście gdy miał te swoje „lepsze” momenty. W tych gorszych stawał się bezdusznym potworem, potrafiącym za jednym zamachem naćpać się krwią i zapominać całe dnie. Jego rzekoma odwaga wówczas polegała jedynie na tym, że nie czuł strachu. Nie czuł zupełnie nic. Czy to więc aż takie dziwne, że Damon jako starszy brat chciał mieć choć raz w życiu jakiś powód do dumy?

- Nienawidzę cię- wycedził Jeremy, patrząc jedynie na swoją siostrę, która pobladła gwałtownie na te słowa, o ile u wampira to w ogóle możliwe.

- Jer…- wychrypiała, gdy pod powiekami zapiekły ją gorzkie łzy. Walczyła z nimi, nie chciała okazywać słabości. Tak bardzo starała się być silna…

- O mój Boże- wyszeptała Bonnie, zbliżając się do Jeremiego na odległość pocałunku. Zajrzała mu głęboko w oczy sprawiając, że nie był w stanie odwrócić wzroku, po czym delikatnie dotknęła jego klatki piersiowej, pocierając ją i mamrocząc jakieś łacińskie frazesy. Wszyscy zamarli gwałtownie, wstrzymując oddech.

- Możesz dokończyć ten wasz nieudolny masaż erotyczny z dala od mojego domu?- zażartował Damon, gdy cisza zaczęła się przedłużać w nieskończoność- patrzę na to i aż burbon podchodzi mi do gardła, a to niedobry znak.

- Więc po prostu na to nie patrz- poradziła Elena zgryźliwie, rzucając mu jedno krótkie, karcące spojrzenie i znów przeniosła wzrok na czarownicę i swojego brata, który zamarł na dobrą minutę, powoli uspokajając oddech i roszalałe z emocji serce. Po chwili, która Elenie zdawał się być wiecznością Bonnie spojrzała na przyjaciół, po czym delikatnie zdjęła koszulkę chłopaka przez głowę (w tym momencie Damon zagwizdał przeciągle, imitując zachowanie rozszalałych fanek na rockowych koncertach). Ich oczom ukazała się jego dobrze zbudowana klatka piersiowa, naznaczona dziwnymi symbolami, przypominającymi runy.

- Co to jest?- spytała zszokowana Elena. Nie miała pojęcia o co chodzi, ale przeczuwała, że to wszystko zwiastuje kłopoty. Gdzieś obok Katherine ze świstem wciągnęła powietrze do płuc, ale Elena  nie zwracała na nią uwagi. Wciąż wpatrywała się w brata, którego ciało pokrywały te przedziwne tatuaże.

- Jesteście potomkami nadnaturalnych łowców wampirów- maszyn do zabijania- wyjaśniła cicho Bonnie- Jeremy zabił wampira w mojej obronie i rozpoczął tym proces przemiany. Wydaje mi się, że te napady to skutek uboczny- nienawiść do wampiryzmu i wszystkiego, co nienaturalne jest przypisana osobom takim jak on, nie może tego kontrolować, musi „oczyścić” świat z istot wam podobnych. Teraz już nie ma odwrotu a te symbole, to najprawdopodobniej mapa do lekarstwa…

- NIE!- wrzasnęła Katherine, rzucając się do przodu- on musi zginąć! Nie możecie tego zrobić! Nie możecie tam dotrzeć!

Wampirzyca chwyciła za pogrzebacz, znajdujący się przy kominku i w wampirzym tempie podbiegła do niespodziewającego się ataku Jeremiego. Chłopak z pewnością by zginął, gdyby nie interwencja Bonnie, która zafundowała sobowtórowi „tętniaka mózgu”, jak to określał Damon. Kath opadł na kolana, ciężko dysząc i pojękując z bólu, ale przed upadkiem uchroniły ją ramiona Damona, który brutalnie pociągnął ją do góry, zmuszając do szybkiego marszu, prosto w stronę piwnicy.

- Zaczekaj!- zawołał za nim Stefan, a gdy Damon marszcząc brwi odwrócił się w jego stronę, ciągnąc za sobą słaniającą się na nogach Katherine, blondyn zbliżył się do wampirzy i spojrzał jej prosto w oczy.

- Dlaczego tak naprawdę jesteś temu przeciwna Kath?- zapytał, zaskakująco łagodnie- chodzi ci tylko o możliwość przywrócenia wszystkim wampirom z  linii Klausa człowieczeństwa? Boisz się, że użyjemy lekarstwa na tobie? Brunetka nie odpowiedziała, spuszczając wzrok. – Dlaczego nie wyjechałaś, gdy tylko zwróciłem ci wolność?- drążył Stefan- dlaczego zostałaś? Co cię tutaj trzyma?

- Nie rozumiesz?- spytała wampirzyca i delikatnie, opuszkami palców pogładziła jego policzek- wszystko, co powiedziałam ci wtedy jako Elena było prawdą. Wszystko, co do słowa. Czy tak trudno ci uwierzyć w to, że wszystko co robię w tej chwili, robię bezinteresownie, z myślą o tobie? Wszystkich na moment zamurowało, nawet Jeremiego, który przez chwilę, podobnie jak reszta przyjaciół, przyglądał się reakcji Eleny. Tylko, że w nim  w przeciwieństwie do Tylera, Caroline, Bonnie czy Matta jej łzy i zraniony wyraz twarzy wywołały jedynie dziką satysfakcję.

- W twoim słowniku nie ma takiego słowa jak „bezinteresowność”- powiedział Stefan, odsuwając dziewczynę od siebie gwałtownie- samo udawanie Eleny było egoistyczne, Kath. Może nigdy tego nie zrozumiesz, ale to co było między nią a mną było magiczne i nieporównywalne do tego uczucia, jakie dawniej z tobą dzieliłem. Już nigdy nie nabiorę się na twoje gierki. Nie nienawidzę cię, ale nie jesteś kobietą, z którą mógłbym być.

- Wcześniej mówiłeś co innego- zauważyła z właściwą sobie złośliwością i brutalnie ciągnięta za ramię przez Damona opuściła salon. Nawet, gdy zniknęła z pola widzenia napięcie, które wywolała nie opadło. Elena, unikając wzroku Stefana spojrzała na brata, którego Bonnie siłą wyprowadziła z Pensjonatu, mamrocząc coś o tym, że teraz przez kilka dni pomieszka razem z nim w domu Gilbertów, gdzie Elena nie powinna się na razie pokazywać ze względu na swoje bezpieczeństwo. Jeremy posłał siostrze ostatnie, nienawistne spojrzenie nim zatrzasnął drzwi, odcinając się od niej brutalnie. To bolało, tak starsznie bolało, rozywając jej serce na kwałeczki. Ben uśmiechnął się do niej niepewnie i podążył śladami czarownicy a reszta przyjaciół spojrzała na Elenę, która osłupiała wciąż stała w bezruchu, wpatrując się w jeden nieokreślony punkt na ścianie. Tymczasem do salonu wrócił Damon, ignorując krzyki i groźby Katherine, dochodzące z piwnicy i rozchodzące się po całym domu. Stefan spróbował znów objąć brunetkę, ale ta odsunęła się od niego niepewnie i powoli zaczęła wspinać się po schodach.

- Eleno…- zaczął ostrożnie, spoglądając na nią błagalnie.

- Stefan, w porządku- przerwała mu dziewczyna spokojnie i uśmiechnęła się nikle- ja odeszłam, zostawiłam cię a ty cierpiałeś przeze mnie. Byłeś zraniony i zagubiony a cokolwiek stało się pomiędzy tobą a Katherine gdy mnie nie było, nie jest moją sprawą. Nie byliśmy razem i miałeś prawo podejmować własne decyzje. Przykro mi jedynie, że udawała mnie, bo wiem, że dała ci nadzieję a potem brutalnie ją odebrała.- tu spojrzenia jej i Damona się skrzyżowały, wywołując w niej nienaturalne uczucie gorąca i przede wszystkim palący wstyd- nie zadręczaj się, to w końcu Katherine. Jak zwykle wykorzystała nas wszystkich, by osiągnąć własne korzyści. A teraz wybacz, ale jestem zmęczona- to mówiąc czym prędzej popędziła na górę i zatrzasnęła się w zajmowanym przez siebie pokoju. Chwilę potem Damon również ruszył do swojej sypialni, uśmiechając się przy tym tajemniczo.

- Wybierzcie sobie pokój i idźcie się przespać, nie ma sensu, żebyście po raz kolejny jechali do domu. Możemy was tu jeszcze dziś w nocy potrzebować- powiedział Stefan i spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego raczej grymas niż cokolwiek innego. Tyler i Matt skinęli głowami, ruszając na górę, ale Caroline kompletnie zignorowała propozycję, bacznie obserwując Stefana, który podszedł do barku i nalał sobie szklaneczkę whysky, którą jednym haustem opróżnił, marszcząc brwi.

- Ona jest zagubiona, Stefan- powiedziała łagodnie, trafnie odgadując powód jego zmartwienia- nie ma się co dziwić. Jej własny brat usiłował ją zabić. Dowiedziała się, że jej brat stał się teraz jej wrogiem, rozumiesz? Stefan- szepnęła, kładąc dłoń na jego ramieniu- powinieneś być teraz przy niej mimo wszystko. Pokazać jej, co do niej czujesz, powiedzieć jej o tym. I być szczerym w sprawie Katherine, ona zrozumie. Kocha cię.

- A ja kocham ją- westchnął wampir, pocierając skronie sfrustrowany- i byłem szczery, między mną a Katherine do niczego nie doszło. Przejrzałem ją zanim zdołała wciągnąć mnie w tę swoją gierkę.

- Dobrze i to powinieneś powiedzieć Elenie. Zdeklarować się i wyznać wszystkie swoje uczucia- poradziła Caro- będzie zachwycona.

- No nie wiem…- powątpiewał Stefan- tyle ostatnimi czasy przeszła, jeszcze ta sprawa z Jeremiem… nie chcę jej się narzucać, ani niepotrzebnie mącić w głowie, skoro teraz ma ważniejsze rzeczy na głowie…

- Wierz mi, Elena tego potrzebuje- zapewniła go blondynka- ona potrzebuje wsparcia i poczucia bezpieczeństwa a tylko ty możesz jej to dać. Utknęliście w bardzo dziwnym punkcie, ale któreś z was powinno zrobić pierwszy krok, żeby nie stracić tego, co was łączy.

- Masz rację- westchnął Stefan- jutro z nią porozmawiam…

- Czemu nie od razu?- zawołała natychmiast Caroline a Stefan mimowolnie uśmiechnął się z pobłażaniem. Była spontaniczna i popędliwa i chyba właśnie za to ją kochał.

- Bo teraz zapewne śpi, odreagowując ten koszmarny dzień- wyjaśnił, całując dziewczynę w policzek i skierował się do swojej sypialni.- dobranoc Caroline- rzucił na odchodne, z uśmiechem na ustach. Miał już cel i teraz tylko liczył na to, że jutro nie zbaraknie mu odwagi, aby go zrealizować. Tymczasem Caroline, mimo kuszącej propozycji Stefana postanowiła jednak wrócić do domu. Nie mogła tu zostać wiedząc, że jedynie kilka pokoi dalej śpi Tyler. Czuła przecież to dziwne napięcie między nimi od chwili tego feralnego pocałunku i nie wyobrażała sobie, że mogłaby spać spokojnie mając go praktycznie na wyciągnięcie ręki a z drugiej strony nie chciała przecież, by między nimi doszło do czegoś ponownie. W głębi serca pragnęła wrócić do etapu tej wielkiej, bezinteresownej przyjaźni, jaka ich łączyła jeszcze zanim zostali parą. Wiedziała jednak, że po tym wszystkim on nie mógłby jej zacząć traktować znów jak siostry, jak Bonnie czy Elenę. Wciąż bardzo się kochali i Caroline nie mogła zaprzeczyć, że taki układ cholernie ją irytował. Odkąd wrócił do domu a właściwie od momentu, gdy otworzył się przed nią i na powrót stał się tym czułym facetem, jakim był przed wyjazdem marzyła tylko o tym, by mu wybaczyć i zerwać z niego ubrania, obcałowując namiętnie. W końcu tak bardzo się za sobą stęsknili. Wiedziała jednak, że ten etap minął bezpowrotnie a gdyby pozwoliła sobie na tę chwilę zapomnienia bardzo by tego żałowała. W końcu była teraz silną, niezależną i szanującą się kobietą a nie jakąś wątłą, pozbawioną charateru dziewczynką wierzącą, że tylko mężczyzna może zapewnić jej pełnię szczęścia. „Caroline Forbes, zmieniasz się w jakąś pieprzoną feministkę”- pomyślała z niesmakiem, odjeżdząjąc swoim srebrnym volvo w stronę domu.

***********************************************

- Siedź spokojnie Jeremy- poprosiła Bonnie, ściskając jego dłoń i przymykając oczy. Wykorzystała pełnię swojej mocy, by zrozumieć co się z nim dzieje, ale rezultaty nie były zbyt optymistyczne. Gdy byli sami zachowywał się normalnie, a nawet był przerażony tym, co powiedział i próbował zrobić Elenie. Co by nie mówić, była jego siostrą i kochał ją nad życie. Mimo to w jej obecności oraz przy innych wampirach tracił nad sobą kontrolę- opanowywała go dzika furia, napędzana nieuzasadnioną nienawiścią. Gdy tylko opuścili Pensjonat niemal błagał Bonnie, by nie dopuszczała go w pobliże siostry, bo nie chciał zrobić jej krzywdy i teraz dziewczyna była skłonna spełnić jego prośbę. Przynajmniej do czasu, gdy nie znajdzie sposobu na to, by mu pomóc. Właśnie miała mu o tym wszystkim powiedzieć, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Zdziwiona dziewczyna zerknęła na zegar, wiszący na ścianie. Kogo do cholery niesie tu o drugiej w nocy? Ostrożnie otworzyła drzwi, ale ku jej zaskoczeniu w progu stał profesor Shane.

- Co się stało?- spytała mulatka zszokowana, wpatrując się jak zahipnotyzowana w jego zakrwawiony T-shirt, ubroczone krwią usta i podpuchnięte od płaczu oczy.

- Musisz mu pomóc- poprosił błagalnie- nie wiem, co się stało… Nie wiem, co się ze mną dzieje. Proszę, musisz mi pomóc…

- Wejdź- odparła dziewczyna krótko, otwierając szerzej drzwi. Na twarzy profesora odmalowała się niewyobrażalna ulga, ale gdy zrobił krok do przodu zatrzymał się gwałtownie, napotykając niewidzialną barierę.

- Co do…- i wtedy nagle Bonnie wszystko zrozumiała. Ślady krwi, to, że nie mógł przekroczyć progu tego domu… Nie ona była właścicielem, więc nie mogła go zaprosić. Potrzebował zaproszenia, bo…

- Stałeś się wampirem- wyszptała osłupiała- kto cię przemienił?

- Nie mam pojęcia- jęknął Shane załamany. – Co się dzieje?- usłyszeli wołanie i po chwili obok pojawił się Jeremy, marszcząc brwi- co on tu robi? Kolejny fagas, który się za tobą ugania?

- Jeremy…- zaczęła Bonnie. Chciała go poprosić, by zaprosił go do środka, ale chłopak już z powrotem zniknął w salonie, nie dając jej dojść do głosu. Bonnie posłała Shane’owi przepraszający uśmiech.

- To trudny dla niego okres a ty…- ale nie dane jej było dokończyć, bo tuż obok niej śmignął kołek, wbijając się brutalnie w klatkę piersiową mężczyzny, w miejscu gdzie znajdowało się jego serce. Ten nie zdążył nawet mrugnąć, gdy  jego skóra gwałtownie poszarzała a on padł na ziemię bez życia. W oczach czarownicy stanęły łzy, gdy zszokowana obejrzała się do tyłu, na Jeremiego, dzierżącego kuszę odziedziczoną po Alaricku. Z jego twarzy mogła wyczytać jedynie żądzę mordu- zero współczucia, smutku czy poczucia winy. To ją  przeraziło, jednak nim zdołała cokolwiek powiedzieć na ten temat ten niespodziewanie zawył z bólu i padł na podłogę, rozrywając swoją koszulkę. Na oczach oniemiałej i przerażonej Bonnie znaki na jego piersi zaczęły się rozrastać. Kolejny wampir zginął z jego ręki. **************************************

Elena obudziła się bardzo wcześnie, ale mimo zmęczenia wiedziała, że już nie da rady zasnąć. Rozmyślając o poprzednim dniu sięgnęła po pamiętnik, w którym dokładnie opisała targające nią emocje. Głośno przełknęła ślinę, zagłębiając się w lekturze. Musiała upewnić się, że to wszystko nie było jedynie koszmarnym snem, ale wydarzyło się naprawdę. Z każdym przeczytanym słowem jej ból tylko się wzmagał, ale gdy już zaczęła czytać nie mogła przestać. To wszystko zdawało się być takie odległe i surrealistyczne…

Drogi Pamiętniku!

Znów piszę do ciebie, tonąc w rozpaczy. Mój własny brat chce mnie zabić, dasz wiarę? Ten sam, który zawsze mnie chronił i narażał swoje życie dla mnie. Ten sam, który bez przerwy działał mi na nerwy a jednocześnie był jedną z najważniejszych osób w moim życiu, zwłaszcza po śmierci rodziców i Jenny. Nie mogę w to uwierzyć. Bonnie twierdzi, że teraz zmienia się w jakiegoś łowcę wampirów z prawdziwego zdarzenia, stąd ta nienawiść do wampirów- Jer nad tym nie panuje, musi nienawidzić i zabijać. To teraz jego powołanie a na własne nieszczęście ja jestem  jednym z jego głównych celów. Czy to oznacza, że jesteśmy teraz wrogami? Bynamniej nie. Wolałabym zginąć z jego ręki, niż sama zadać śmiertelny cios. Ale i tak to jeden z najgorszych dni w moim życiu. W dodatku cały czas boję się, że teraz gdy wróciłam, do miasta przybędzie Klaus z tą swoją psychodeliczną rodzinką i zechce się mścić. Chciałam wszystkim oszczędzić bólu, więc wyjechałam. Wiedziałam, że nie odmówi sobie tej przyjemności i podąży za mną. To była jego zemsta, w końcu zrobiłam to samo co Katherine- stałam się wampirem. I co, że nie z własnej woli? Początkowo  Klaus nie stanowił poważnego zagrożenia, bo dążył tylko do tego, by uwolnić się z ciała Tylera, w które wpakowała go Bonnie. Gdy jednak odzyskał własną postać jego głównym celem znów stało sie stworzenie lojalnej armii, a skoro ja nie byłam już człowiekiem o kolejnych hybrydach mógł jedynie pomarzyć. Zaczął więc terroryzować mieszkańców miasta, moich przyjaciół. Nie mogłam na to pozwolić. Walczyliśmy, odpieraliśmy jego ataki, negocjowaliśmy. Próbowalismy wykorzystać nawet jego słabość do Caroline, jednak wszystko na nic. Chciał, żebym cierpiała i zaczął grozić moim bliskim. Próbował nas zmusić do tego, byśmy odnaleźli legendarne lekarstwo na wampiryzm, choć nikt tak naprawdę nie wiedział, czy ono naprawdę istnieje a ja, mimo że za całego serca pragnęłam je zażyć nie mogłam tego zrobić z dwóch powodów: po pierwsze nie chciałam, by odbudował swoją potęgę a po drugie zwyczajnie bycie żywym workiem z krwią jakoś mi się nie uśmiechało.  Gdy Klaus zabił matkę Tylera zrozumiałam, że nie mogę być dłużej taką egoistką. Wyjechałam, błagając przyjaciół w esemesach, by mnie nie szukali. Damon jak zwykle mnie nie posłuchał, ale to akurat nie powinno mnie dziwić. On nigdy nie słuchał nikogo. Najgorszy w tym wszystkim był strach i to potworne osamotnienie. Tu zostawiłam wszytkich przyjaciół, tych, za których byłam gotowa oddać życie. Wolałam być dręczona przez Klausa przez całą wieczność niż pozwolić na to, by cierpieli albo co gorsza ginęli za mnie a do tego by zapewne doszło, gdyby tylko Klaus spędził w mieście więcej czasu. Ocaliłam ich a sama uciekałam przez bite dwa miesiące, dopóki Damon mnie nie znalazł. Między nami wydarzyło się tak wiele rzeczy, których nie mogę cofnąć, choćbym nawet tego chciała… To mnie przeraża. I w dodatku dowiedziałam się, że między Katherine a Stefanem również do czegoś doszło. Nie mam mu niczego za złe, jestem tylko smutna. Przykro mi, że myślał, że to ja, że znów przeze mnie cierpiał. Nigdy tego dla niego nie chciałam a ta podła suka go wykorzystała. Mój kochany Stefan cierpi a ja nie wiem, jak mu pomóc, bo nawet boję się spojrzeć mu w oczy. Prawda jest taka, że sama nie wiem czego chcę i co czuję. Nie mam pojęcia, czy to co jest dobre dla mnie jest również dobre dla niego, czy możemy do siebie wrócić, czy mamy szansę i czy on jeszcze w ogóle tego chce. W końcu tyle się wydarzyło, a ja wciąż nie mogę zapomnieć o tym, że Katherine udawała mnie i próbowała uwieść faceta, którego tak bardzo kochałam, choć sama przecież robiłam gorsze rzeczy. Przecież wiedziałam, że Damon nie jest Stefanem a mimo to pozwoliłam sobie na chwile zapomnienia. To były bardzo długie i przyjemne chwile. Czemu to zrobiłam i dlaczego do cholery nie mogę o tym tak po prostu zapomnieć? Czy chodzi tylko o to, że nie chcę być egoistką  i nie mogę patrzeć na cierpienie Damona? Nie mogę udawać, że wszystko w porządku, bo żaden z nich nie zasługuje na kłamstwo. Tylko jak ujawnić tak bolesną prawdę?

Elena westchnęła ciężko, odłożyła pamiętnik pod poduszkę i ześlizgnęła się z łóżka, zataczając się lekko. Nawet jako wampir potrzebowała więcej snu niż dwie godziny dziennie a stres, związany z ostatnimi wydarzeniami niemal zwalił ją z nóg. Gdyby była człowiekiem, w ciągu tej jednej nocy zapewne osiwiałaby doszczętnie. Dziewczyna westchnęła ciężko i postanowiła przyszykować się do kolejnego, jak sądziła trudnego dnia. Wzięła szybki prysznic i ubrała obcisły, połyskliwy różowy top z dekoltem w serek, ciemne obcisłe rurki i zamszowe botki na wysokim obcasie. Potem zabrała się za makijaż, który polegał właściwie na podkreśleniu oczu. Nigdy nie używała korektora, pudru ani innych specyfików, stworzonych do ukrywania niedoskonałości. Jej cera od dziecka była nieskazitelna, czego koleżanki bardzo długo jej zazdrościły. Obce jej były problemy związane z trądzikiem czy przebarwieniami. Zabawne, ale kiedyś  w szkolnej gazetce powstał nawet artykuł na ten temat. – Panie i panowie, przed państwem królowa Liceum w Mystick Falls, Elena Gilbert- mruknęła dziewczyna z przekąsem, spoglądając na swoje odbicie w zajmującym pół łazienki, zdobionym lustrze, poprawiając niesforne lśniące loki, spływające kaskadą na jej plecy. Nie miała siły ich dziś prostować. Tak właściwie to ostatnimi czasy nie miała siły kompletnie na nic. Wzdychając z rezygnacją skierowała swoje kroki do piwnicy, gdzie znajdowała się lodówka ze szpitalną krwią. Już chciała wrócić na górę i po prostu rozsiąść się wygodnie na kanapie w salonie, jednak czyjś ochrypły, do złudzenia przypominający jej własny głos ją przed tym powstrzymał.

- Słyszę cię Gilbert- powiedziała Katherine- dobrze się bawisz moim kosztem? Pewnie jesteś z siebie niesamowicie dumna, że omotałaś ich sobie wokół palca.

- A ty?- zagadnęła Elena, podchodząc pod drzwi lochu, w którym znajdował się jej sobowtór- zniżyłaś się do tego, żeby udawać mnie przed Stefanem? Jesteś aż tak zdesperowana, czy po prostu na świecie już nie ma faceta, którego byś nie zaliczyła, więc po prostu cofasz się do początków swojej dziwkarskiej działaności?

- Naprawdę uważasz, że między mną a Stefanem wydarzyło się coś poza namiętnym pocałunkiem, który zdradził moją prawdziwą tożsamość?- Katherine roześmiała się perliście- i co? Zrobiłaś mu o to awanturę? Cudownie, to znaczy, że jestem lepszą aktorką, niż sądziłam. Swoją drogą dlaczego Damon jest na ciebie taki wściekły, co?- dodała tonem niewiniątka- Powinnaś uważać z jego temperamentem. Zwykle gdy się kłócicie ludzie zaczynają ginąć w niewyjaśnionych okolicznościac.

Elena zacisnęła dłonie w pięści. Nie widziała wampirzycy, ale była pewna, że mówiąc to brunetka uśmiechała się złośliwie.

- Rozumiem, czemu jesteś taką sfrustrowaną suką. Po prostu jesteś głodna- powiedziała Elena, celowo głośno siorbiąc brunatny płyn z woreczka. Tym razem to Kath zassała powietrze gwałtownie, głośno przełykając ślinę i wywołując uśmiech na twarzy Gilbertówny.

- Zdradzę ci sekret. Mimo tego wszystkiego, co robiłaś, robisz i pewnie jeszcze nie raz zrobisz jest mi cię żal.- wyznała dziewczyna, całkowicie poważnie- to pewnie dlatego, że nie potrafię patrzeć na cudze cierpienie. Ty też kiedyś taka byłaś, pamiętasz? Znam tę historię, opowiedziałaś mi o swoim ludzkim życiu, gdy byłaś zamknięta w grobowcu. Wiem, dlaczego stałaś się tym, kim jesteś teraz i ze względu na własne zdrowie psychiczne a także dobro wszystkich moich przyjaciół jestem skłonna cię stąd uwolnić. Twoje życie i tak jest nędzne, bezcelowe i samotne, nie musimy trzymać cię w zamknięciu by sprawić ci ból i się na tobie zemścić. Ty i tak przez całą wieczność cierpisz. Naprawdę mi z tego powodu przykro, Kath, jednak to twoja decyzja. Wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej, gdybyś tylko tego chciała.- zakończyła, wzdychając cicho i z przeświadczeniem, ze jeszcze tego pożałuje pociągnęła za zasówę masywnych drzwi, otwierając je na ościerz. Katherine niemal wypełzła na zewnątrz, cięzko oddychając a Elena rzuciła jej pod nogi jeden woreczek z krwią szpitalną, który ta opróżniła w przeciągu dziesięciu sekund, spoglądając na sobowtóra przekrwionymi oczami.

- Jeśli chcesz więcej, sama sobie załatw- mruknęła Elena spokojnie i odwróciła się na pięcie, powoli kierując się w stronę schodów, prowadzących na górę. Zdołała zrobić cztery kroki, gdy została gwałtownie przyciśnięta do ściany a do połowy pełny woreczek z krwią wypadł jej z rąk, rozlewając na posadzkę życiodajny płyn. Katherine zacisnęła palce na szyi Gilbertówny, unosząc ją delikatnie nad ziemią. Gdy obnarzyła kły jej  oczy stały się całkowicie czarne a wokół nich pojawiły się charaterystyczne żyłki.

- Mogę cię zabić jednym ruchem małego paluszka u stopy- warknęła jej wprost w twarz, rozkoszując się tym, z jakim trudem Elena starała się zaczerpnał oddech, wierzgając nogami rozpaczliwie w powietrzu.- jestem od ciebie tak o pięćset lat silniejsza.

- Tak, ale my jesteśmy liczniejsi- wycharczała Elena- zrób to, zabij mnie a zobaczymy kto tu będzie jeszcze błagał o śmierć.

Katherine zawyła dziko i brutalnie wypuściła dziewczynę z uścisku, po czym spojrzała na Damona, który właśnie pojawił się u szczytu schodów. Elena również na niego spojrzała, rozcierając obolałe gardło i siłą woli starając się zapanować nad rozszalałym sercem, podczas gdy Katherine w wampirzym tempie złapała za jeden z kołków, które bracia rozłożyli po całym domu w tym w piwnicy na wypadek ataku, po czym brutalnie wbiła go w jego brzuch, sprawiając, że aż stęknął, zginając się wpół po czym ulotniła się z Pensjonatu nim zdążył chociażby mruknąć. Wampir przeklął pod nosem, usuwając źródło swoich cierpień z brzucha  i z niedowierzanie spoglądał na Elenę, która wyprostowała się i nie chcąc wadawać się w zbędne dyskusję po prostu przekmnęła obok niego krokiem godnym modelki, trącając go ramieniem. Chwilę patrzył za nią, obserwując ponętne ruchy jej bioder i smukłych nóg. Wspomnienia, które w tym momencie zalały jego umysł tym razem nie wywołały bólu a jedynie satysfakcję i ten lubieżny uśmieszek. Przecież mu się oddała, nawet jeśli nie chciała tego przyznać sama przed sobą. „A przed chwilą popełniła najgorszą głupotę pod słońcem”- pomyślał z przekąsem. Ta dziewczyna naprawdę go zdumiewała. ***********************************************************

- Eleno- zagadnął ją Stefan łągodnie, gdy ta wchodziła po schodach, kierując się na górę. Jej przyjaciele jeszcze spali i po tym wszystkim dziewczyna stwierdziła, że sama również z przyjemnością  położyłaby się na chwilę, choćby po to, by móc w spokoju pomyśleć nad całą tą przedziwną sytuacją. Stefan jednak zniszczył jej wielkie plany i dziewczyna niechętnie odwróciła się w jego stronę, uśmiechając się niepewnie.

- Cześć- mruknęła cicho na powitanie, zbliżając się do niego odrobinę- coś się stało?

- Tak- odparł szybko- nie… Właściwie to sam nie wiem.- westchnął i uśmiechnął się szeroko a widząc jej zdezorientowaną minę roześmiał się głośno. Elena również się zaśmiała, mrużąc oczy w zamyśleniu. Naprawdę, z dnia na dzień Stefan zachowywał się coraz dziwniej. – Słuchaj- zaczął, z nabożną czcią ujmując jej dłonie i całując delikatnie- nie chcę, żeby to wszystko tak wyglądało. Przestańmy komplikować najprostsze rzeczy. Nie ważne, co się między nami wydarzyło i co być może jeszcze się wydarzy. Zawsze byłaś i jesteś dla mnie najważniejsza. Prawda jest taka, że nie mogę bez ciebie żyć. Nie potrafię bez ciebie oddychać. Pamiętam, co powiedziałaś mi, gdy ze mną zerwałaś. Wszystko co mi zarzuciłaś to prawda,ale wtedy nie umiałem wyjaśnić ci, czemu tak jest. Dlaczego popycham cię w ramiona własnego brata, dlaczego boję się twojej bliskości, dlaczego wciąż jestem niepewny i próbuję chronić cię za wszelką cenę, nawet za pomocą kłamstwa, upodabniając się tym do Damona…

- Stefan…- jęknęła Elena, ale wampir położył jej jedynie palec na wargach, skutecznie ją tym uciszajac.

- Ciii, spokojnie- szepnął- chcę ci po prostu powiedzieć, że to wszystko się działo, bo panicznie bałem się ciebie znowu skrzywdzić. Bałem się, że cię stracę i myślałem, że na ciebie nie zasługuję. Ale teraz już się nie boję i chcę, żebyś ty też przestała się tego bać- ujął jej twarz w obie dłonie i zbliżył się jeszcze bardziej zmuszając, by spojrzała prosto w jego oczy- kocham cię- wyszeptał a Elena wciągnęła powietrze ze świstem. Tak bardzo pragnęła usłyszeć te dwa magiczne słowa, ale wbrew temu, co przed chwilą powiedział teraz one wywołały w niej jedynie strach i poczucie winy. Stefan zbliżył się do niej powoli jeszcze bardziej, pochylił się i przymknął powieki.

- Tak bardzo cię kocham- wyszeptała dziewczyna wprost w jego wargi, wywołując jego uśmiech, jednak gdy już miał ją pocałować odsunęła się nieznacznie i odrywając jego dłonie od swojej twarzy splotła z nim palce. Stefan posłał jej zdziwione spojrzenie, ale ona uśmiechnęła się jedynie blado. – Nie masz pojęcia, jak wiele razy wyobrażałam sobie dzień, gdy do siebie wrócimy i nie będziemy musieli niczym się już więcej martwić.- wyznała, jedną dłonią delikatnie gładząc jego twarz- jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu i nie mogę cię stracić. Tyle razem przeszliśmy i wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć. Tak samo, jak ty możesz liczyć na mnie. Byłeś cudownym przyjacielem, partnerem, chłopakiem. Nasza miłość była czymś… niezwykłym. Tak długo o nią walczyłam i jestem taka szczęśliwa, że wreszcie mi się to udało. Wiem, że sami stwarzaliśmy sobie przeszkody. Wiem, że to wszystko zależy od nas… Kocham cię.

Stefan pochylił się nad nią, by wreszcie złączyć ich usta w tak upragnionym pocałunku…

- Ale czasem miłość nie wystarcza- wyszeptała Elena, przymykając powieki bynamniej nie z rozkoszy i mocniej ścisnęła jego palce- nie mogę być wobec ciebie nieuczciwa i powiedzieć, że teraz wszystko będzie wspaniale. I nawet jeśli jesteś  miłością mojego życia a przez to cię stracę musisz się o wszystkim dowiedzieć, by mieć szansę mnie znienawidzić.

- Co ty mówisz?- Stefan był wyraźnie zszokowany i ponownie spróbował ją pocałować- nigdy bym cię nie znienawidził, słyszysz? Ja wiem, że ty jesteś miłością mojego życia. Nie umiem bez ciebie funkcjonować.

Elena tylko uśmiechnęła się smutno, z ironią. W jej oczach już pojawiły się łzy.

- Przespałam się z Damonem- powiedziała a Stefan znieruchomiał, wpatrując się w nią tak, jakby szukał jakichkolwiek oznak rozbawienia. Liczył, ze to jedynie kiepski żart, a ona tylko pokręciła głową ze smutkiem, ocierając łzy, które już zdążyły popłynąć po jej policzkach, rozmazując tusz.

- Spałaś z moim bratem?- powtórzył nienaturalnie spokojnie. To wciąż do niego nie docierało. Ona nie mogła tego zrobić. Nie ona. Nie jego Elena.

- Dwa razy- potwierdziła dziewczyna- to były wspaniałe chwile, Stefan. Przykro mi. Przykro mi, że cię zawiodłam. Przykro mi, że sama zniszczyłam szansę na naszą wspólną przyszłość. Przykro mi, że wcale tego nie żałuję.- nie czekając na jego reakcję popędziła na górę, zanosząc się płaczem. Nic już nie widziała, czuła tak wielki ból… Jak mogłą to zrobić? Jak mogła tak go zranić? Wciąż o tym myślała, gdy nagle wpadła na coś z tak wielkim impetem, że zapewne stoczyłaby się ze schodów, gdyby nie czyjeś silne ramiona. Dziewczyna zaczęła się szarpać, ale Damon mocno trzymał ją za ramiona na wyciągnięcie ręki. Na jego twarzy malował się szok, niedowierzanie i zaniepokojenie. Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu i w końcu wampirzyca rzuciła mu się na szyję, zanosząc się płaczem. – Ciii… Spokojnie- wyszeptał Damon, całując ją we włosy i ściskając mocno. Ponad jej ramieniem dostrzegł wykrzywioną bólem twarz brata, który na widok ściskającej się pary po prostu ulotnił się w wampirzym tempie. Elena tak szybko, jak się w niego wtuliła tak szybko wyrwała się z jego uścisku po czym zatrzasnęła się w pokoju Stefana. Przez chwilę miotała się po nim, zabierając wszystkie rzeczy, które zostawiła tu ostatnim razem, po czym pobiegła do zajmowanej przez siebie sypialni, w wampirzym tempie spakowała wszystkie walizki i pięć minut później, wciąż płacząc opuściła Pensjonat, żegnana poważnymi spojrzeniami braci Salvatore.

******************************

Stefan wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się wydarzyło. Jego Elena… Nie, te słowa nawet nie chciały przejść mu przez gardło. „Elena” i „Damon” w jednym zdaniu budziło w nim odruch wymiotny. Otworzył się przed nią, czekał na nią przez dwa miesiące, kochał nad życie i chronił a podczas gdy on usychał z tęsknoty ona zabawiała się z jego własnym bratem i teraz jeszcze twierdziła, że wcale tego nie żałuje? „No, Damon pewnie poszedł oblewać swoje zwycięstwo”- pomyślał z bólem.

- Więc nasza słodka Elena pokazała pazurki?- tuż przed jego nosem pojawiła Katherine, uśmiechając się złosliwie od ucha do ucha- teraz mogę się do tego przyznać: moja krew.

- Czego chcesz Kath?- spytał z niechęcią, odwracając się do niej plecami- myślałem, ze znów uciekniesz.

- A ja myślałam, że jesteś mądrzejszy i że znasz mnie na tyle, żeby wiedzieć, że naprawdę mówiłam prawdę- odgryzła się, znów pojawiając się tuż przed nim i śmiało położyła rękę na jego klatce piersiowej, lubieżnie oblizując usta- Elena cię zraniła, wykorzystała i odrzuciła, ale to nie znaczy, że masz się nad sobą użalać i dawać jej satysfakcję- szepnęła, delikatnie muskając jego dolną wargę- jej strata.

Stefan uświadomił sobie, że miała rację. Był zraniony i czuł się okropnie samotny. Potrzebował kogoś, kto da mu ciepło i odrobinę miłości, ale tylko ona mogła mu to zapewnić. Ona, lub ktoś, kto wygladał jak ona i mógł w odpowiedni sposób zmylić jego zmysły, łaknące uwagi Eleny Gilbert. Być może to dlatego gwałtownie wpił się w wargi Katherine i w wampirzym tempie zaniósł ją do swojej sypialni, gdzie, rozerwawszy jej ubrania,  zatopił język w czeluściach jej kobiecości, pieszcząc ją w wampirzym tempie dopóki nie doznała pierwszego orgazmu jęczął głośno i dziko i  rozrywając paznokciami jego prześcieradło, a następnie warcząc niczym zwierzę wszedł w nią głęboko i zaczął się  w niej poruszać szybko i zdecydowanie, wywołując jej kolejne krzyki przepełnione rozkoszą. W tej chwili liczyło się jedynie spełnienie którego doznał po raz pierwszy od swego ostatniego seksu z Eleną… Wściekłość, ból i dawno niezaspokojone  pożadanie sprawiły, że był brutalny, ale to tylko spowodowało, że Kath doszła w ciągu kilku minut, wijąc się w ekstazie i jęcząc głośno, co zapewne obudzilo wszystkich domowników. Stefan miał to jednak gdzieś w chwili, gdy zalała go fala potężnego orgazmu. W tym momencie nie był kochankiem- był drapieżnikiem, który wreszcie dorwał swoją ofiarę.

*************************

W tym samym czasie Elena włóczyła się po mieście bez celu, jak idiotka ciągnąc za sobą torbę podróżną na kółkach. było już późno, ale ona wciąż oszokowana nie czuła upywu czasu. Ani do Pensjonatu, ani do domu nie mogła wrócić a chłodne powietrze odrobinę ją otrzeźwiło i osuszyło łzy. Nogi same prowadziły ją bez udziału woli i dopiero po chwili zorientowała się, że stoi przed domem Caroline. Po dłuższym namyśle stweirdziła, że to nie najgorsze rozwiązanie i wreszcie zapukała cicho, wiedząc, ze wampirzyca i tak to usłyszy. i rzeczywiście, nie minęło pół minuty  a w drzwiach stanęła jej blondwłosa przyjaciółka.

- Elena? Co się stało? Brunetka tylko pokręciła głową, usiłując powstrzymać napływające do oczu łzy, ale jedno spojrzenie na zamartwioną twarz Caroline sprawiło, że już dłużej nie mogła się kontrolowac i wybuchnęła płaczem. – Chodź kochanie- powiedziała Caroline, mocno obejmując dziewczynę i zaprowadziła  ją do swojego pokoju. Tej nocy, przy butelce czerwonego wina i akompaniamencie szlochu Eleny, padło wiele trudnych wyznań i słów pocieszenia. Dziewczyny zasnęły dopiero nad ranem, gdy łzy obeschły.

***********************

- Jesteś tego pewien?- spytała Rebekah brata, mijając tabliczkę z napisem:”Witamy w Mystick Falls”. – Tak, tylko w taki sposób możemy to załatwić- odparł Klaus, dociskając pedał gazu- to układ korzystny dla wszystkich i nie zapominaj, że chodzi o Elijah. Elena z przyjemnością mu pomoże, zwłaszcza gdy ją zaszantażujemy.                                        

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozdział 8.- sekret grzechu

04 sie

- Tylko mistyczny łowca wampirów może pozwolić ci znaleźć drogę do tej części ziemii, na której nie zagościł dotąd żaden śmiertelnik. Morderstwa na nieśmiertelnych stopniowo odsłonią mapę, która poprowadzi cię tam, gdzie nie sięgnęło ludzkie oko. Dwanaście czarownic, krew wilkołaka, wampira i sobowtóra oraz fragment białego dębu są niezbędne do odpieczętowania groty, w której ukryto lekarstwo i przysłużą się do rytuału, na którym tak ci zależy. Pamietaj, najpierw lekarstwo, potem rytuał, dokładnie w tej kolejności inaczej nic z tego nie będzie. Gdy ci się uda będziesz wolny. Ty i cały świat.

Słowa Esther wciąż dźwięczały mu w uszach, gdy przyglądał się tatuażom, które z nikąd i z nadludzka precyzją rozmnażały się na klatce piersiowej młodego Gilberta. Wiedział, co to teraz oznaczało. Już nie było odwrotu. Jeremy na oczach jego i Bonnie przechodził transformację i nic nie mogło tego powstrzymać.

Ben naprawdę nie chciał, żeby do tego doszło. Nie chciał zmuszać go do podjęcia takiej decyzji, nie chciał, by musiał przyjmować na siebie brzemię przeznaczenia a już na pewno nie chciał, by po ziemii kręcił się jeszcze jeden, obdarzony nadprzyrodzonymi zdolnościami łowca wampirów. Ale nie miał wyboru.

Jeremy był jedynym, który mógł odkryć przed nimi tajniki magicznego świata i mistycznej siły, ale nikt nie godził się na to, by zapłacił za to tak wysoką cenę, poświęcając własną niewinność i zabijając bezbronnych ludzi, więc szukali innego sposobu, mimo, że już na samym początku byli skazani na porażkę. Skoro sama Esther nie widziała innej opcji znaczyło to, że jej po prostu nie było. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co w zamierzchłych czasach, które dały początek wszelkim klątwom i magii określano mianem „niewinności”. Tu nie chodziło o człowieka ani nawet istotę magiczną wykazujacą się szlachetnością i dobrym usposobieniem- „niewinny” był osobą, która swemu oprawcy fizycznie nie wyrządziła żadnej krzywdy . Mogła być nawet największym demonem chodzącym po tej ziemi a mimo to zostać uznana za bezbronną. W przypadku Jeremiego jego ofiara musiała być krwiopijcą zabitym z zimną krwią, by magia mogła się w nim wybudzić. Tak też się stało.

- Jeremy…- wyszeptała oszołomiona Bonnie, gdy ostatnie linie  przebiegły przez jego bark aż do mostka, tworząc pierwszą część mapy świata. Zamiast nazw miesjcowości czy krajów pojawiły się  niemal wypalone na skórze mityczne symbole, ktorych znaczenia  nawet Ben nie potrafił do końca odgadnąć. Pochodziły z zamierzchłych czasów i zapewne tylko osoba w owych czasach urodzona sprostałaby  zadaniu pełnego ich tłumaczenia.

- To niemożliwe- powiedział Jeremy, spoglądając z przerażeniem na szpecące jego ciało znaki- przecież nie zabiłem nikogo… ja nie….

- Przed chwilą zabiłeś wampira- odparła Bonnie, nie mogąc się wprost posiąść ze zdumienia- i to…

-I to zapoczątkowało proces nieodwracanie- dokończył za nią Ben- machina ruszyła. Ale nie łam się młody- dodał, klepiąc Jeremiego po plecach niby to przyjacielskim gestem- przynajmniej teraz będziesz mógł brać czynny udział w ratowaniu swojej siostry i szukaniu lekarstwa, zamiast ślęczeć nad książkami.

- To nie było ani trochę zabawne- mruknęła Bonnie z trudem powstrzymując się przed wybuchnięciem śmiechem.

- Hej, chyba mam prawo trochę się z nim podroczyć- odparł Ben, wskazując na swoją twarz- zobacz, co mi zrobił. Poza tym musisz przyznać, że odrobinę rozładowałem napięcie- dodał robiąc krok w jej stronę i delikatnym gestem przejechał po jej policzku opuszkami palców. Jeremy z niedowierzaniem spoglądał to na uśmiechającego się szeroko blondyna to na zarumienioną czarownicę i z głośnym prychnięciem zerwał się z miejsca i opuścił jaskinię, zostawiając ich samych. Bonnie odchrząknęła speszona i odsunęła się od Bena, posyłając mu przepraszające spojrzenie.

- No więc wychodzi na to, że jednak jesteśmy bliscy odnalezienia lekarstwa, o ile takie w ogóle istnieje- stwierdziła, zbierając z ziemii porozrzucane księgi zaklęć.

-Owszem- potwierdził Ben-”Jeszcze tylko sześćdziesiąt dziewięć wampirów do schwytania”- dodał w myślach.

***

- Mam dla ciebie złą wiadomość- mruknął Stefan do słuchawki, nie zabawiając się we wstępy.

- Cudownie- sarknął Damon- bo ja dla ciebie mam wiadomość złą i… złą. Którą wolisz?

- Katherine tu jest i przed chwilą sprawiała wrażenie opętanej a teraz jeszcze straciła przytomność i nie można jej dobudzić- oznajmił blondyn na jednym wydechu, ignorując pytanie brata. Damon zaklął siarczyście pod nosem.

- Pięknie braciszku, gratuluję- prychnął- wychodzi na to, że mamy ten sam problem. Moja podróżna czarodziejka zemdlała chwilę po tym, jak połączyła się z Eleną…

- Chwila, że KTO?!- krzyknął Stefan z przejęciem.

- Serio to jest w tej chwili twój priorytet?- Damon pokręcił głową nad głupotą brata.

- Gadaj co zrobiłeś Damon…- syknął młodszy Salvatore a brunet oczami wyobraźni ujrzał go, ściskającego telefon z zaciętą miną i tą pionową zmarszczką między brwiami, która tworzyła się zawsze, gdy go denerwował. Ta wizja, mimo obecnego położenia wywołała w niego kpiący uśmieszek.

- Wszystko, by znaleźć i ocalić Elenę-odparł- czyli to, co zwykle. Naprawdę, nie dziwię się, że z tobą zerwała skoro rolę faceta w waszym związku zwykle przejmuję ja…

- Przestań kpić i opowiedz mi wszystko po kolei…

- Hmm… Jesteś gotowy na krwawe szczegóły? Bo widzisz moja historia to horror. Jest prawie tak straszna jak twoje spotkania z leśnymi zwierzątkami, tylko tu główną rolę odgrywają prawdziwi ludzie…

- Gadaj!

*************************

- Jestem bratem największego idioty w historii wampiryzmu- warknął Stefan minutę później, naciskając czerwoną słuchawkę.

- Polemizowałabym, ale skoro ty to mówisz to jednak coś w tym jest- westchnęła Caroline wchodząc do salonu- co jest grane?

- Damon urządził sobie prywatną rzeź, zastraszył matkę Bonnie, wybił pół Nowego Yorku i najprawdopodobniej doprowadził do śpiączki Katherine, jednej z podróżników, którzy do tej pory byli jedynie legendą i co za tym idzie również połączonej z nią Eleny.

- Wow- oczy Caroline zrobiły się wielkie jak spodki- i to wszystko w przeciągu tygodnia? Chyba pobił własny rekord.

Stefan nie mógł się nie uśmiechnąć na tę uwagę.

- Jesteś chyba jedyną, która mogła w takiej sytuacji znaleźć jakieś pozytywy- mruknął i ujął jej dłoń- a jak tam u Pierwotnych?

- Nie mogę się dodzwonić do Klausa, Rebekah i tak odbiera telefony jedynie od Matta a numer do Elijah miała tylko Elena…- urwała, gwałtownie trzpocząc rzęsami na których już zdążyły zebrać się łzy- kolejny raz uświadamiam sobie, jak bardzo mi jej brakuje.

- Mi też- westchnął Stefan pocierając skronie- jeśli coś jej się stanie…

- Nawet tak nie mów- warknęła blondynka- Elena jest silna, jest niezależna, jest inteligentna, jest odważna i teraz jest wampirem. Umie o siebie zadbać i wie, że ma do kogo wrócić. Wie, że nie może nas zostawic, tak? To zawsze dawało jej siłę.

- Wiem- Stefan uśmiechnął się nikle- i gdy tylko się tu pojawi to wezmę ją w objęcia i już nigdy nie wypuszczę. Zrobię to wszystko, czego wcześniej się bałem: powiem, jak bardzo ją kocham, że chcę spędzić z nią resztę wieczności, że jest najważniejszą osobą w moim życiu, że każdego dnia chcę widzieć jej uśmiech, chcę ją uszczęśliwiać i całować do utraty tchu. Chcę budzić się przy niej i przy niej zasypiać. Chcę być z nią ciałem i duszą. Dzięki niej moje życie nabrało sensu, czekałem sto sześćdziesiąt trzy lata by móc ją spotkać- moje przeznaczenie, miłość mojego życia.

A potem nic i nikt nas już nie rozdzieli.

Caroline uśmiechała się bezwiednie, zasłuchana a potem rzuciła mu się na szyję, ściskając z całej siły.

- Nie zapomnij o piwoniach- podszepnęła wesoło- ona je uwielbia.

Caroline niechętnie oderwała się od Stefana, gdy do salonu Salvatore’ów wkroczył wściekły Jeremy ubrany jedynie w jeansy a zaraz za nim Bonnie i Ben, z minami jakby prowadzono ich na ścięcie.

- Boże, co się stało?- zawołała zaskoczona wampirzyca, podbiegajac do Jeremiego. Nie mogła oderwać wzroku od jego obnażonej, naznaczonej jakimiś zawiłymi symbolami i bliznami klatki piersiowej, która w szaleńczym tempie podnosiła się i opadała, zdradzając targające nim emocje, ani od  podrapanej twarzy czarownika.

- Chodzi o to, że…- zaczął Ben, ale młody Gilbert przerwał mu wpół zdania.

- Pytaj naszej wszechwiedzącej czarownicy, bo to wszystko przez nią- warknął Jeremy- gdybym nie musiał biec jej na ratunek nigdy by się to nie wydarzyło.

- Co by się nie wydarzyło?- Caroline zmarszczyła brwi, nic z tego nie rozumiejąc. Jeremy jednak ani myślał odpowiadać- wbiegł po schodach tak szybko, że aż się za nim kurzyło i zatrzasnął się w pokoju gościnnym, który ostatnimi czasy zajmował. Stefan nie chciał, żeby musiał wracać do pustego domu a wiedział, że Elena nie darowałaby mu, gdyby coś stało się jej bratu podczas jej nieobecności. Ktoś musiał nad nim czuwać.

- Bonnie Bennett, możesz mi łaskawie wyjaśnić, co tu się wyprawia?- zapytała Caroline głosem nieznoszącym sprzeciwu.

- Mogłabym zapytać o to samo Caroline Forbes- mruknęła zszokowana czarownica, wskazując na kanapę na której leżała nieprzytomna Katherine. Caroline i Stefan wymienili spojrzenia.

- To tylko kolejna komplikacja- westchnęła blondynka.

- Zabawne, to samo miałam powiedzieć na temat Jeremiego- mruknęła mulatka ledwie słyszalnie.

***

Podróżnicy podskoczyli gwałtownie, gdy drzwi wypadły z zawiasów i poszybowały w stronę przeciwległej ściany, rozbijając się  na drzazgi. Wszyscy z przerazeniem spojrzeli na Damona, który stał w progu z Nelly na rękach. Jego mina wyrażała żądzę mordu a obnarzone kły jednoznacznie zdradzały jego zamiary.

- Gdzie Abby?- warknął, nie siląc się nawet na powitanie. Wszyscy popatrzyli po sobie z lękiem a gdy powoli, niczym pantera zaczął się do nich zbliżać pospiesznie odskoczyli, wskazując wampirzycę. Damon ruszył w jej stronę, rzucając wcześniej trzymaną dziewczynę na kanapę, bynajmniej nie delikatnie i chwycił byłą czarownicę za ramiona.

- Masz mi natychmiast powiedzieć, co jest grane- powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu i wzmocnił nacisk na jej kruche kości. Jego uszu doszedł chrupot i przeciagły jęk jego ofiary, ale nic sobie z tego nie robił wyczekując odpowiedzi.

- Nie wiem, o czym mówisz- wyjąkała mulatka, drżąc silnie na calym ciele. Była wobec niego bezbronna odkąd straciła moc. Wiedziała, że on jest starszy a co za tym idzie silniejszy i jednym ruchem małego paluszka u stopy mógł pozbawić ją głowy lub serca. Jego zielono-niebieskie hipnotyczne oczy pałały nienawiścią i gniewem tak silnym, że mógłby kruszyć skały samym swoim spojrzeniem.

- Wasza dziewczyna zapadła w śpiączkę, będąc połączona z moją dziewczyną- syknął- domyślasz się już jaki będzie finał tego spotkania, jeśli natychmiast ich z tego nie wyciągniecie i nie dowiecie się, gdzie znajdę Elenę?

- Czekaj, że co?- prychnęła Abby, znajdując w sobie siłę, żeby uwolnić się z jego żelaznego uścisku- nie mów mi, że ty i Elena jesteście teraz parą- dodała z szelmowskim uśmiechem- przecież ona cię nienawidziła… no i była z twoim bratem.

Tego już bylo za wiele- w wampirzym tempie Damon znalazł się tuż przy niej i pięścią uderzył w ścianę tuż koło jej głowy z taką siłą, że cały dom zatrząsł się aż po fundamenty.

- To, że teraz obrałaś sobie za cel nadrzędny robić z siebie nową wampirzą sukę nie daje ci prawa, by kpić ze mnie albo tym bardziej z Eleny- wyszeptał jej wprost do ucha, chłonąc jej strach- ja znam twoją największą słabość- zaczyna się na „Bo”, kończy na „nnie”. Nie zgrywaj chojraka, jeśli chcesz się jeszcze kiedykolwiek przekonać, co to znaczy być prawdziwą matką.

- Tylko, że ja nie wiem o co tu chodzi- powtórzyła Abby, tym razem już całkowicie poważnie.

- To śpiączka- odezwał się ciemnoskóry mężczyzna, który do tej pory siedział koło Nelly, gładząc jej trupiobladą dłoń- ona pojechała po to, żeby nas przed tobą chronić. Zaufała ci, wierząc, że jej nie skrzywdzisz. Kazała zostać na miejscu, choć zamiarzaliśmy się przeprowadzić…

- Kontaktowała się z wami?- zdziwił się Damon, zastanawiając się nad tym, kiedy to mogło mieć miejsce. Czyżby nie dość dobrze jej pilnował? Zdawało mu się, że nie spuszczał jej z oka i skonfiskował wszelkie urządzenia, służące do zawierania kontaktu ze światem zewnętrznym.

- Owszem- potwierdził Podróżnik, zrywając się na równe nogi- ale przez ciebie jest teraz w takim stanie i nic nie możemy z tym zrobić!

Mężczyzna nie wytrzymał i rzucił się w kierunku wampira, który natychmiast odrzucił go na drugi koniec pokoju, trzymając w ręku jego wciąż bijące serce.

- Nie!!!- rozległ się czyjś rozpaczliwy krzyk, gdy Damon z wyraźnym obrzydzeniem połozył organ na zakrwawioną pierś Podróżnika a potem otarł ociekające posoką ręce w jego dżinsy.

- Ktoś jeszcze?- spytał zimno, rozglądając się wokół, ale wszyscy jak jeden mąż zgodnie pokręcili głowami- od dziś wasze życie zależy od tego, czy uda wam się odnaleźć i uratować sobowtóra. Jeśli nie… no coż, zawsze lubiłem wykorzystywać moją bujną wyobraźnię, zwłaszcza w takich szlachetnych sprawach.

*****************

- A więc podsumowując- uciekałaś przed swoim ojcem, pokłóciłaś się z Elijah, zakochałaś w jednym z przeszłych piesków SOBOWTÓRA,  spędziłaś kolejne dziewięćdziesiąt lat w trumnie, następnie dowiedziałaś się, że twój brat zabił waszą matkę po czym zostałaś zasztyletowana przez SOBOWTÓRA a gdy przywrócono cię do życia twoja matka usiłowała was zabić, ty przespałaś się z największym bydlakiem w mieście, by zrobić na złość SOBOWTÓROWI i a potem zakochałaś się w bezwartościowym człowieku i postanowiłaś zmienić się dla niego…- Marcel zacmokał z udawaną dezaprobatą- naprawdę uważasz, że twoje życie jest lepsze beze mnie? Bo ostatnie dwieście lat niespecjalnie na to wskazują.

- Jeśli to propozycja powrotu do ciebie to wybacz, ale nie skorzystam- warknęła Rebekah, dumnie odrzucając na plecy złote, lśniące włosy- nawet życie pod kluczem jest lepsze, o ile nie ma w nim ciebie.

- Szybko zmieniasz zdanie- twarz Marcela rozciągnęła się w szerokim uśmiechu, gdy ten powoli zagłębiał się we wspomnieniach.

Anglia, rok 1612

- To już dziś- szepnał Marcel- dziś mój trening dobiegł końca, od dziś po wieczność będziemy razem i nikt więcej nas nie rozdzieli.

- Od jutra- mruknęła Rebekah, zarzucając mu ręce na szyję- nie zapominaj, że gdy cię zabiję nie obudzisz się znowu tak od razu. Od jutra po wieczność będziemy razem i nic nas nie rozdzieli- to mówiąc z namiętnością wpiła się w jego usta. Mulat z rozkoszą oddawał jej pocałunki, wplótł palce w jej jedwabiste włosy, których blask i miękkość niezmiennie go zachwycały i westchnął, kierując się z nią w stronę ogromnego łoża zasłanego aksamitną pościelą. Niestety, nie dane im było nacieszyć się sobą, bo gdy usłyszeli niecierpliwe pukanie do drzwi odskoczyli od siebie jak oparzeni. Rebekah w pośpiechu otarła usta, gdy do pokoju wkroczył Klaus we własnej osobie. W jego oczach jak zwykle tańczyły diabelskie ogniki a usta rozciągały się w szerokim, zabarwionym odrobiną ironii uśmiechu.

- Nie spodziewałem się tu ciebie siostrzyczko- powiedział na wstępie, mierząc oboje podejrzliwym spojrzeniem.

- Musiałam mu przecież osobiście pogratulować- zaszczebiotała Rebekah, uśmiechając się ciepło- zniósł dwa lata ciężkiego treningu, jaki mu zafundowałeś i zasłużył na nagrodę, prawda?

- Cóż mogę rzec- Klaus beztrosko wzruszył ramionami- musi być w formie jeśli chce należeć do tej rodziny. Sama wiesz. Ale masz rację- dodał z tajemniczym uśmieszkiem- jak nikt inny zasłużył sobie na ten przywilej. Zapraszam was do ogrodu.

Rebekah i Marcel wymienili spojrzenia i poszli za nim.

Zatrzymali się przy fontannie, która budziła tysiące różnych wspomnień. To tu po raz pierwszy uprawiali seks pod gwiazdami, podczas gdy w posiadłości odbywał się pamiętny bal, na którym się poznali. To tu Rebekah zdobyła się wreszcie na to, by wyjawić mu swój sekret i to tu Marcel wyznał jej wreszcie miłość i wyraził chęć, by dołączyć do jej wyklętej rodziny. Czyżby to tu jego marzenie miało się wreszcie ziścić?

- Jesteś dla mnie jak brat Marcel- powiedział Klaus poważnym, spokojnym tonem- i jesteś najodpowiedniejszym kandydatem do tego, by zostać wampirem- sam cię przecież szkoliłem. Przeszedłeś wszystkie próby, więc z przyjemnością podam ci swoją krew a następnie uśmiercę, w przenośni oczywiście. Musisz tylko udowodnić mi, ze naprawdę tego chcesz i że będziesz dla mnie prawdziwym i wiernym przyjacielem.

- Jak?- zapytał natychmiast mulat, dumnie napinając wszystkie mięśnie. Klaus uśmiechnął się pod nosem, słysząc zdecydowanie w jego głosie i ku zaskoczeniu Rebekah oraz Marcela zza pazuchy wyciągnął srebrny sztylet, uprzednio zamoczony w popiole z białego dębu. Pierwotna odruchowo cofneła się, przerażona gdy jej własny brat podał narzędzie jej ukochanemu.

- Dźgnij ją- polecił tonem tak beztroskim, jakby rozmawiali o pogodzie- udowodnij, że jej nie kochasz. Udowodnij, że jesteś mi lojalny.

- Klaus…- wyszeptała Rebekah przerażona spoglądając na Marcela, który powoli niczym w transie się do niej zbliżał.- Każ mu przestać. Co ty wyprawiasz?!

- Myślałaś, że się nie dowiem?- Pierwotny zaniósł się okrutnym śmiechem szaleńca- myślałaś, że możesz mi się bezkarnie sprzeciwiać? Jesteś moją siostrą a mnie zdradziłaś i okłamałaś!

Rebekah pokręciłą głową z niedowierzaniem i znów przeniosła wzrok na Marcela, który stał  teraz ledwie kilka centymetrów od niej.

- Co jest dla ciebie ważniejsze?- spytał Klaus, z zafascynowaniem obserwujac rozgrywającą się przed jego oczami scenę- miłość do niej czy wieczne życie? Pozwolę ci być z moją siostrą do końca twoich dni pod warunkiem, że wyrzeczesz się swoich marzeń o nieśmiertelności i sile wampira. No więc jak będzie? Wybierz dobrze, bo nie dostaniesz drugiej szansy.

Marcel zawahał się na moment i spojrzał na ukochaną zbolałym wzrokiem. Dziewczyna posłała mu błagalne spojrzenie. Mogłaby ulotnić się w wampirzym tempie, ale nie potrafiła się na to zdobyć nie poznawszy uprzednio jego odpowiedzi.

I poznała ją, gdy mężczyzna z pokerową miną  brutalnie zatopił ostrze styletu w jej sercu. Sekundę później Klaus podbiegł do niego w wampirzym tempie, nakarmił własną krwią a następnie skręcił kark.

- Dobry wybór- pochwalił z sadystycznym uśmieszkiem. Marcel i Rebekah leżeli na trawie na wznak, bezwiednie dotykając się opuszkami palców a scena ta przypomniała mu śmierć kochanków w dramacie „Romeo i Julia”.

- Co chcesz osiągnąć, przypominając mi tamto wydarzenie?- prychnęła Rebekah, wysoko unosząc brwi- chyba, że twoją intencją było wywołanie u mnie żądzy mordu. W takim wypadku możesz być z siebie dumny.

- Moją intencją było przypomnienie ci, jaką szaleńczą miłością mnie darzysz- odparł arogancko Marcel i opuszkiem wskazującego palca przejechał po jej dolnej wardze- chciałaś być ze mną do końca swoich dni i teraz masz ku temu okazję.

- Czy ty mnie uważasz za zdesperowaną masochistkę?- warknęła Pierwotna i po raz kolejny tego dnia spróbowała się wyswobodzić z pętających ją więzów- niestety na próżno. Marcel roześmiał się gardłowo.

- Raczej za zepsutą do szpiku kości sadystkę- wyszeptał wprost do jej ucha. Dreszcz, który przebiegł jej ciało nie uszedł jego uwadze i wywołał jego kpiący uśmiech- chcesz tego tak samo jak ja.

- Jeśli mówisz o właśnej śmierci…

- Dlaczego jesteś dla mnie taka okrutna?- zawołał mulat, udając rozpacz- przecież wiesz, że…

- Wiem tylko tyle, że przetrzymujesz mnie tutaj siłą a moi bracia gdzieś zniknęli i Bóg wie, gdzie teraz są. Jeśli kiedykolwiek cokolwiek do ciebie czułam to ulotniło się dokładnie w chwili, w której skrzywdziłeś osoby najważniejsze w moim życiu.

- Mówisz o swoim sadystycznym braciszku, który unieszczęśliwia cię na każdym kroku czy o tym drugim, na pozór moralnym i dojrzałym, który powinien cię chronić a zamiast tego biernie przygląda się temu, jak cierpisz z powodu osoby, która na to nie zasługuje?

- Nie waż się mi tego wypominać po tych wszystkich krzywdach, których z twojej ręki doświadczyłam- syknęła blondynka- Klaus szczerze mnie kocha, choć nie umie tego okazać. Chciał mnie chronić przed całym światem, w tym przed tobą. Dwieście lat zajęło mi docenienie tego i przyznanie mu racji. Prawdziwa miłość nie może ranić w taki sposób, w jaki robiłeś i robisz to ty. Nawet jeśli mnie kochałeś ja nigdy nie kochałam ciebie i już nigdy nie pokocham. Jesteś największym błędem mojego życia. Na szczęście mam wieczność, by go naprawić i o nim zapomnieć.

- A mimo to wciąż pamiętasz choć minęło dwieście lat? Nie zmienisz tego, co dla siebie znaczyliśmy i nie wymarzesz czasu, który razem przeżyliśmy.

- Nie, ale zastąpię te przykre wspomnienia nowymi, cudowniejszymi i prawdziwszymi. Jeśli myślisz, że wspólne chwile mnie zmiękczą to się mylisz, bo wywołują we mnie jedynie odruch wymiotny i potworny wstyd. Dla mnie nie istniejesz, Mercellus. Nienawidzę cię.

Nie musiała długo czekać na jego reakcję- Marcel wpił się w jej usta z taką gwałtownością, jakby chciał je zmieżdżyć. Nie dał jej szansy na to, by się bronić czy chociażby zaczerpnąć tchu. Zupełnie jakby chciał jej udowodnić, że teraz należy do niego. Że ma prawo zrobić z nią co tylko zechce.
A ona po raz pierwszy w życiu nie oddała jego  pocałunku. Był cudowny, namiętny i czuły zarazem, jednak obraz uśmiechniętej twarzy pewnego uroczego blondyna, ktory znikąd pojawił się przed jej oczami jej na to nie pozwolił. Pozostała bierna w ramionach mulata, który daremnie starał się zmusić jej wargi do jakiegokolwiek ruchu.
Po raz pierwszy poczuła, że nie może tego zrobić, że musi oprzeć się swoim pragnieniom i tym wszystkim uczuciom, które kotłowały się w niej, wywołane przez dwustuletnią tęsknotę. Po raz pierwszy poczuła, że robiąc coś takiego nie tylko odbiera sobie godność, ale również dopuszcza się zdrady- zdrady wobec samej siebie, wobec jedynej rodziny, która jej pozostała i wobec tej jednej osoby, która tak usilnie w nią wierzyła i starała się zrozumieć na każdym kroku.

*******************

Klaus warknał wściekle, na próżno napinając wszystkie mięśnie- nie mógł wyswobodzić się ze swojej śmiertelnej pułapki a każda taka próba kończyła się fiaskiem i kosztowała go masę energii, której nie miał możliwości zregenerować. Ból był nie do opisania a świadomość porażki nie do przetrawienia. Nie miał pojęcia jakim cudem Marcelowi udało się  zdobyć biały dąb, którego drewno tak go raniło, ale wizje tego, co z nim zrobi gdy już się uwolni zdecydowanie pomagały znieść te półtora tygodnia męczarni w odosobnieniu. PIerwotny obmyślał właśnie kolejną serię tortur dla swego oprawcy, gdy jego wampirzy słuch wyłapał dźwięk, przypominający skrzypienie zawiasów w metalowych, nienaoliwionych drzwiach a po chwili czyjeś zbliżające się z każdą sekundą kroki.

- Na twoim miejscu nie pokazywałbym się tutaj Marcellus!- ryknął Klaus w przestrzeń- rozszarpię cię jak insekta, którym jesteś! Będziesz mnie błagał o śmierć, gdy…

Urwał gwałtownie, gdy ujrzał skradającą się postać rudowłosej dziewczyny. Jej delikatna twarzyczka w kształcie serca wyrażała kompletne przerażenie, ale mimo to dzielnie szła naprzód, zatrzymując się przed stalowymi, zamkniętymi na cztery spusty kratami.

- Kim jesteś?- warknął a sam dźwięk jego głosu sprawił, że przez ciało dziewczyny przebiegł niekontrolowany dreszcz. Coś w jej postaci rozbawiło Klausa, sprawiło, że nie mógł powstrzymać okrutnego uśmiechu, który wpezł na jego usta. Zawsze bawiły go ludzkie emocje a ta dziewczyna była wręcz chora ze strachu. Wybornie.

- Panienka Pierce kazała mi nad wami czuwać- wyjąkała, drżącymi rękami  podkładając przy zawiasach miniaturowe ładunki wybuchowe- kazała mi obserwować was dzień i noc a gdybyście mieli kłopoty- pomagać. Powiedziała mi, że zaklęcie blokujące dostęp do tego domu działa jedynie na istoty magiczne a ja taką nie jestem- jestem człowiekiem. Miałam to wszystko powiedzieć Klausowi Mikealsonowi a potem…

- A potem?

Dziewczyna zadrżała ponownie po czym sięgnęła do tylnej kieszeni jeansów. Wyjęła z niej zapalniczkę i dopiero wtedy spojrzała pustym wzrokiem na Klausa. Wówczas dotarło do niego, co spotkało tę biedną dziewczynę.

- Zahipnotyzowała cię…

- Powiedziała jedynie, że wasze życie jest ważniejsze od każdego innego- poinformowała go dziewczyna, po czym przyklęknęła przy ładunkach wybuchowych z zapalniczką w ręku i jednym sprawnym ruchem podpaliła lont, po czym odskoczyła na bezpieczną odległość. Niedługo potem rozległ się przeraźliwy huk i kraty wypadły z zawiasów, by ze zgrzytem rozpaść się na kawałeczki. Nie tracąc ani chwili rudowłosa powoli, poruszając się wzdłuż ścian dotarła do umocowanej w zagłębieniu kuszy na kołki a gdy upewniła się, że ją całkowicie rozbroiła natychmiast przypadła do Klausa z kilofem w ręku- musiała wcześniej przygotowywać się do tej operacji. Nim Pierwotny zdołał to wszystko przeanalizować dziewczyna wzięła potężny zamach i z całej siły uderzyła w okuwający go beton. Klaus zacisnął zęby, czując to uderzenie w każdym nerwie swojego wycieńczonego, płonącego z gniewu ciała. Wiedział, że go to nie zabije, ale mimo wszystko wrażenie było bardzo nieprzyjemne zwłaszcza, że zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby nie ciągnący się od tygodnia głód i osłabienie wynikłe z białego dębu, którego kawałki wciąż  tkwiły w jego ciele nic nawet by nie poczuł, nie mówiąc już o silnym bólu, jaki towarzyszył mu wraz  z każdym pojedynczym uderzeniem dziewczyny. Zacisnął więc zęby i gdy tylko poczuł, że już nic nie krępuje jego ruchów zerwał się z miejsca i ze wściekłym okrzykiem wyciągnął gnębiące go drewniane kołki. Rany natychmiast zaczęły się zrastać a uwagę wampira przyciągnęła ciężko oddychająca ze zmęczenia dziewczyna, której, jakby się nad tym dobrze zastanowić, zawdzięczał swoją wolność  a być może nawet życie. Gdy tylko rudowłosa zauważyła jego spojrzenie bez najmniejszych oznak lęku podeszła do niego, odgarniając włosy z szyi.

- Teraz musisz się pożywić- powiedziała, jakby to była rzecz najzwyklejsza na świecie. Klaus zmarszczył brwi i delikatnie przejechał językiem po jej mlecznobiałej skórze, wzdłuż arterii szyjnej.  Nawet nie zadrżała a jedynie przysunęła się bliżej, jak gdyby było to jedynym, czego pragnęła.

- Kiedy dostałaś te instrukcje od Katherine?- zapytał łagodnie Pierwotny, ale ognistowłosa jedynie zmarszczyła brwi w konsternacji.

- Od kogo?

Klaus wywrócił oczami, kręcąc głową z politowaniem. Hipnoza czasami potrafi być cholernie uciążliwa.

- Od pianienki Pierce- sprostował a na twarzy jego wybawicielki wreszcie pojawił się wyraz zrozumienia.

- Miesiąc temu. Miałam was pilnować, zdawać jej szczegółowe relacje i chronić w razie możliwości choćby za cenę własnego życia. Tyle że od tygodnia nie mogę się z nią skontaktować, a na pewno będzie na mnie zła- dziewczyna zadrżała z nieskrywanym przerażeniem- lubi być na bieżąco.

„Miesiąc temu….- pomyślał Klaus ze zdziwieniem- zupełnie jakby wiedziała, co się wydarzy. Musiała wiedzieć o Marcelu i jego buncie. Wysłała niepozornego, nic nie wartego człowieka, żeby bronił potężnych wampirów? Żałosne, ale jakie skuteczne… A teraz nie ma z nią kontaktu, bo przetrzymują ją Salvatore’owie- przypomniał sobie, wspominając  swoją ostatnią rozmowę z Caroline.”

- Oj skarbie- Klaus pokręcił głową, delikatnie pocierając jej ramiona jak gdyby chciał dodać jej tym otuchy- nie bój się jej, nie zrobi ci krzywdy.

- Nie?

- Nie zdąży- to mówiąc zatopił kły w jej żyle. Zadziwiające było to, że nie próbowała się bronić ani uciekać a jedynie przyległa do niego ściślej, pojękując cichutko co jakiś czas.

„Chyba rzeczywiście zamierza oddać za mnie życie”- pomyślał wampir z niejakim rozbawieniem, powoli odzyskując siły.

*****************

- DAJ MI ŚWIĘTY SPOKÓJ!- krzyku jego siostry nie można było pomylić z żadnym innym i mógł on oznaczać tylko jedno- albo wpadła w furię, albo miała poważne kłopoty. Na samą myśl o tym Klaus przyspieszył kroku. Mijał jadalnię, pokój bawialny i kilka podejrzanie znajomych sypialni, by ostatecznie dotrzeć do zamkniętych na cztery spusty drzwi.

- TKNIJ MNIE JESZCZE RAZ A PRZYSIĘGAM….- tak, to zdecydowanie był głos Rebekah. Nie namyślając się ani chwili dłużej Klaus wparował do rzeczonego pokoju z zamiarem urządzenia małej masakry, ale to co tam ujrzał sprawiło, że wybuchnął niekontrolowanym, szyderczym śmiechem. Jego siostra, cała roztrzepana i przykuta do łóżka z zaciętą miną odpierała ataki Marcela, który za wszelką cenę starał się ją pocałować. Pochylał się nad nią, układając usta w przysłowiowy „dziubek” co spowodowało, że Rebekah musiała odchylić się do tyłu pod wybitnie dziwnym kątem, by uniknąć jakiegokowliek fizycznego kontaktu z nim. Pochłonięci sobą nie od razu go zauważyli, ale gdy w końcu zwrócili uwagę na nowo przybyłego na ich twarzach pojawił się niemal ten sam, nierozumiejący wyraz, co doprowadziło Klausa do kolejnych skurczów przepony. Rebekah, korzystając z nieuwagi natarczywego amanta od siedmiu boleści zamachnęła się głową, czyli jedyną w pełni swobodną częścią ciała i uderzyła nią w jego czoło, zrzucając z łóżka na podłogę. Mulat zamrugał kilkukrotnie nim skojarzył co się tak właściwie stało, po czym spojrzał na Pierwotnego i momentalnie zerwał się na równe nogi, napinając wszystkie mięśnie. Klaus uśmiechnął się groźnie, obnarzając kły.

- Nik- szepnęła blondynka, wpartując się z brata z niedowierzaniem.

- Sądziłaś, że cię zostawiłem siostrzyczko?- Klaus pokręcił głową z politowaniem- sądziłaś, że twoja „walentynka” rzeczywiście może mi w czymkolwiek przeszkodzić? Czuję się rozczarowany  z powodu twojego braku wiary we mnie… no i twojej naiwności.

Przy ostatnim słowie wyraz jego twarzy całkowicie się zmienił- jego oczy zaszły mgłą i w sekundzie zmieniły barwę na złotą a wokół nich pojawiły się maleńkie żyłki. Kły wydłużyły się, przypominając teraz wilcze siekacze. Marcel krzyknął z przerażenia, gdy Klaus rzucił się w stronę swojej siostry i jednym ruchem nadgarstka uwolnił ją z krępujących ją łańcuchów. Dziewczyna spojrzała na niego oniemiała a z ust Marcela wydobyło się westchnienie pełne ulgi, ktorego nie zdołał stłumić. Klaus uśmiechnął się szeroko. Czy on naprawdę bał się, że Pierwotny mógłby chcieć realnie skrzywidzić osobę, w której żyłach płynęła jego WŁASNA krew, swoją ukochaną małą siostrzyczkę ? W ciągu tych dwustu lat chyba zwariował do reszty. Nie namyślając się jednak dlużej nad zawiłościami życia uczuciowego dawnego przyjaciela Klaus jedynym susem znalazł się przy nim, mocno ściskając go za ramiona.

- A teraz cię zabiję- poinformował go spokojnie, zupełnie jakby mówił o pogodzie- zrobię to szybko i bezboleśnie i wiedz, że to będzie rodzaj nagrody, bo nie zaslużyłeś na przyjemną śmierć za to, jak potraktowałeś moje rodzeństwo, mnie i to miasto. Ten pałac należy do mnie a Nowy Orlean jest moim królestwem i od dawna powinieneś wiedzie, że ktokolwiek zagrozi mojej rodzinie, natychmiast ginie.

- Czy i ja kiedyś nie należałem do twojej rodziny?- zapytał zaczepnie mulat, jednak nim Klaus zdołał cokolwiek odpowiedzieć lub zareagować w jakikolwiek inny sposób niespodziewanie zdażyło się kilka rzeczy naraz a w tym chaosie ciężko było dojrzeć, co nastąpiło najpierw: czy wybite cegłą okno, czy okropne raniące uszy krzyki, czy też może pojawienie się nagle ni stąd ni zowąd całej zgrai poddanych Marcelowi wampirów, gotowych zginąć za głoszone przez niego poglądy. Na osłabioną werbeną i drzazgami z białego dębu Rebekah rzuciło się dziesięciu dobrze zbudowanych krwiopijców, obnarzając kły i posykując. Chwycili ją za ramiona i trzymali mocno mimo, że już na starcie pięciu z nich pozbawiła głów. Klaus ryknął z wściekłości i w wampirzym tempie znalazł się przy Marcelu z zamiarem zatopienia w nim swych wilczych kłów, jednak wówczas na jego drodze stanęli kolejni jego wyznawcy.

„Skąd oni się biorą?”- myślał Pierwotny z irytacją, odrzucając ich daleko za siebie. W tym czasie jeden z tych, którzy trzymali w uścisku jego małą, bezbronna w tej chwili siostrzyczkę wyciągnął zza pazuchy kołek z białego dębu i nieubłaganie zbliżał go do jej serca. Dziewczyna nawet tego nie zauważyła, pochłonięta walką z resztą natrętów, którzy boleśnie wbijali paznokcie w jej delikatną, niemal porcelanową skórę. Klaus tymczasem siłował się  z kolejnym samobójcą, który stanął pomiędzy nim a celem nadrzędnym- Marcelem. Wzmógł nacisk na pierś blondyna z którym właśnie walczył, tym samym wyrywając mu serce w chwili, gdy jego uszu doszedł zduszony okrzyk bólu Rebekah, który mógł oznaczać jedynie, że drewno przebiło się przez jej skórę zmierzając do serca. Tym bardziej zaskoczył go widok Marcela, który zamiast walczyć z nim lub popierać działania swoich sługusów oderwał głowę mężczyźnie, wytrącając kołek z jego martwych dłoni, tym samym ratując Pierwotną przed śmiercią. Blondynka osunęła się na kolana, z trudem łapiąc oddech a Marcel powiódł poważnym wzrokiem po swoich „poddanych”.

- Mieliście ją tylko unieruchomić i ewentualnie zranić, ale nie zabijać- ryknął- ich życie należy do mnie i tylko ja mogę je zakończyć a każdy, kto mi się sprzeciwi zginie.

Te słowa poruszyły zebranymi a w szczególności Rebekah i Klausem. Pierwotny wpatrywał się w dawnego kompana z niedowierzaniem a jego siostra z szokiem wymalowanym na twarzy. Jak mógł być aż taki głupi i dumny by uwierzyć, że może ich pokonać i decydować o ich losie? To kompletnie wyprowadziło mieszańca z równowagi i już miał rozpocząć rzeź, używają swoich wilczych mocy gdy niespodziewanie został powalony na ziemię jednym z dębowych pocisków. Czując narastający ból w okolicach żołądka nie miał wątpliwości, co się właśnie stało. Na moment stacił czujność i ktoś zdołał ugodzić go kołkiem z białego dębu. Miał szczęście, że nie został dźgnięty w serce, ale nawet przez chwilę nie poczuł ulgi z tego powodu- opanowująca go z sekundy na sekundę dzika furia nie pozostawiała miejsca na jakiekolwiek inne myśli lub uczucia. Rzucił się na Marcela, niemal odrywając mu przy tym głowę, gdy ponownie poczuł w mięśniach palący ból. Zignorował go jednak, okładając mulata pięściami i wyrywając kolejne nic nie znaczące serca. Wydawać by się mogło, że przewagę powinien zyskać dość szybko zważywszy na jego siłę i fakt, że powoli pozbawiał Marcela wszystkich zwolenników. Jednak w rzeczywistości oni mnożyli się niczym karaluchy, pojawiali się znikąd i dołączali do walki a większość z nich wyposażona była w jedyną broń zdolną zabić Pierwotnych. Jak przez mgłę Klaus słyszał nawoływania swojej siostry, jej jęki i bitewne okrzyki, ale nawet nie zwracał na to uwagi, pochłonięty własną walką. Bił na oślep, używając pełni swojej siły. Gryzł, wstrzykując w organizm ofiar wilkołaczy jad, wyrywał serca, odrywał głowy, kopał i rozczłonkowywał jednak sam również podupadał na siłach, dźgany raz po raz dębowymi kołkami. Oczywiście każdy, kto tylko ośmielił się go tknąć natychmiast ginął, jednak to wcale nie zniechęcało kolejnych smiałków a pojawiało się ich coraz więcej. Na dziesięciu zabitych przypadało dwudziestu w pełni sprawnych i gotowych do stawienia czoła Pierwotnym. Po raz piewrszy w życiu mieli ku temu okazję i realną szansę, by zwyciężyć.

Krew trysnęła na ściany, kończyny i rozszarpane części ciała zaścielały perskie dywany, łóżko i pościel wręcz nasiąknęły posoką. Klaus właśnie wgryzał się w tętnicę jakiegoś małolata gdy Marcel zadał mu bolesny cios między łopatkami po czym odrzucił na drugi koniec pokoju, obok jego siostry. Dziewczyna, cała ubroczona krwią, potargana i zmęczona doczołgała się do niego i nie zważając na jego wściekłe pomruki wyrwała kołek, do którego nie mógł sięgnąć, z  jego pleców a potem razem, wspierając się na sobie nawzajem podnieśli się na równe nogi i rozejrzeli wokół. Pokój wyglądał jak po  drugiej wojnie światowej, ale walka się skończyła w chwili, gdy teoretycznie Pierwotni zostali pokonani. Dziesiątki par oczu wpatrywało się w nich w milczeniu, dumnie dzierżąc zabójczą dla nich broń i z Marcelem na czele powoli sunąc w ich stronę. Klaus ryknął, chcąc się na nich rzucić, ale Rebekah trzymała go mocno, nie pozwalając na najmniejszy nawet ruch. Wiedziała, że w tej chwili byli już na to zbyt słabi.

- Dosyć- syknęła groźnie- wynośmy się stąd.

- Nie wygnają mnie z MOJEGO miasta- zagrzmiała hybryda, próbując się wyrwać z jej silnego uścisku.

- Klaus- warknęła blondynka, potrząsajac nim z całej siły i ciągnąc w tył, nieprzyjaciele byli już coraz bliżej, zamykając ich w potrzasku- KLAUS DO CHOLERY !!!

Pierwotny spojrzał w pełne przerażenia oczy siostry, które ta kierowała na Marcela i dopiero w tej chwili jego żądza zemsty odrobinę ostygła a zdrowy rozsądek znów wrócił do łask. Zawył wściekle, niczym najprawdziwszy wilk do księżyca i w momencie, gdy mieli zostać zakołkowani lub ponownie porwani razem z Rebekah wyskoczył przez okno tłukąc przy tym szybę po czym ulotnił się z miasta w wampirzym tempie.

Marcel uśmiechnął się do siebie, czując powiew świeżego powietrza. Właśnie wygrał pierwszą bitwę- wypędził z Nowego Orleanu pierwotne rodzeństwo a to dopiero początek. Przed nim wojna, bo nie bylo wątpliwości co do tego, że Rebekah Mikealson mu tego nie podaruje. Już taki był jej urok. Podobnie jak jej uparty, dumny braciszek, była bardzo mściwa i niesamowicie porywcza. Coż, te cechy wciąż niesamowicie go w niej pociągały. Uśmiechnął się szeroko na myśl o tym, jaka próba czeka jego samokontrolę, gdy już doprowadzi swój plan do końca- to, że skończa w łóżku w tym przypadku było nieuniknione. Właśnie za to tak uwielbiał tę część swojego wieloetapowego przedsięwzięcia.

- Lukas- wezwał jednego ze swoich sługusów a chłopak z dredami natychmiast pojawił się u jego boku- sprawdź co tam u naszego Pierwszego gościa.

*********************

Słyszała głosy, ale z początku nie mogła zrozumieć skąd pochodzą i do kogo należą. Miała wrażenie jakby przebywała pod wodą a wszelkie odgłosy i inne wrażenia świata zewnętrznego docierały do niej z opóźnieniem. Czuła ból, ale równocześnie jakąś dziwną pustkę i to było nie do wytrzymania. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że to co słyszy to zwykłe rozmowy, jednak minęła znów nieskończona ilość sekund nim zaczęła rozpoznawać poszczególne głosy. Słyszała wszystkich i nie wiedziała jakim cudem, przecież czuła, że są daleko od siebie. Mimo, że było to fizycznie niemożliwe jej uszu doszedł wściekły głos Damona, który po raz kolejny komuś groził. Chciał ją ratować, chciał znaleźć i ocalić tę, która przecież tyle razy raniła go i zawiodła. Nie zrezygnował z niej mało tego, zabijał dla niej o czym dowodziły odgłosy walki i czyjeś rozpaczliwe krzyki. Chciała się odezwać, poprosić, żeby przestał, powiedzieć, żeby nikogo więcej nie ranił i wyjawić miejsce swojego przebywania, ale nagle wszystko ustało i chwilę później usłyszała głos Stefana, Caroline, Jeremiego, Bonnie… Rozmawiali o niej, potem o jej bracie, ale nie mogła zrozumieć czego tak właściwie dotyczy ta rozmowa. Czy coś groziło Jeremiemu? Czy martwili się o nią, o niego czy też może o całe miasto? Nie miała pojęcia. Znów- chciała się odezwać, jednak nie mogła zlokalizować własnych ust, nie mogła wydobyć z siebie głosu i dać jakiekolwiek innego znaku życia. Mogła być jedynie biernym obserwatorem, ba, słuchaczem i to doprowadzało ją do szewskiej pasji. Po jakimś czasie do rozmowy włączył się Matt- jego głos był dla niej jak balsam na jej skołatane nerwy i wzmagał tęsknotę, którą czuła odkąd opuściła dom, a zaraz za nim usłyszała profesora Shane’a. Ich rozmowa zeszła najpierw na jakieś wykłady, w których profesor brał udział a potem stopniowo na Katherine i wreszcie na nią, Elenę. Nie wiedzieli gdzie ją znaleźć, bali się o nią a profesor opowiadał o jakichś chorych legendach i historyjkach dla dzieci. Mówili coś o jakimś połączeniu, mówili o klątwie sobowtórów i  o Pierwotnych , ale Elena i tak nic z tego nie rozumiała. Jaka mapa, jakie połączenie, jaka znów Katherine i jaki rytuał? Ten brak wiedzy zaczynał ją irytować.

Potem dowiedziała się wszystkiego. Wiedziała już, co się z nią dzieje i dlaczego może słyszeć ich wszystkich naraz mimo, że każdy przebywa gdzie indziej. Zaczęła się zastanawiać, czy Katherine i ta nieznana dziewczyna też korzystają z jej uszu tak, jak ona korzysta z ich. Nie wyczuwała ich obecności a chyba powinna, prawda? Chociaż tak właściwie gdy w grę wchodziła magia nic nie mogło być pewne.

Potrójne połączenie jest bardzo stabilne, tak przynajmniej twierdził profesorek. Ciężko takie złamać a gdy dwoje z członków tego rytuału próbuje równocześnie dostać się do umysłu osoby trzeciej, czego dokonać mogą jedynie Podróżnicy (cokolwiek to znaczy) jest to niemal niemożliwe. Bonnie niezawodna, jak kiedyś Elena nazywała swoją przyjaciółkę znalazła jednak sposób, by to zrobić- wystarczyła śmierć jednego z elementów połączenia. Elena nie zdołała do końca zrozumieć, co to w praktyce oznacza, gdy nagle poczuła okropny ból w klatce piersiowej.

„Nie!!!” chciała krzyknąć, gdy cierpienie powoli odbierało jej świadomość, blokując oddech, choć przecież nie musiała oddychać… Nic już z tego nie rozumiała. W ostatniej chwili udało jej się uchylić powieki, choć wciąż nie czuła własnego ciała ani tak po prawdzie żadnego innego. Nad sobą ujrzała zielono-niebieskie oczy, pałające czystą siłą i satysfakcją. Znała te oczy i już wiedziała co się dzieje. Chciała błagać o litość, gdy cały jej umysł niemal stanął w płomieniach, ale wówczas poczuła mocne pociągnięcie a potem pochłonęła ją niczym niezmącona ciemność. Ostatnim co ujrzała był Damon, trzymający w dłoni zakrwawione, bijące dobrze znanym jej rytmem serce.

************************

Damon nie namyślając się ani sekundy wkroczył do lasu, na który nakierował go Podróżnik, którego trzymał za kark, prowadząc przed sobą niczym psa na smyczy. Nim zabił tę całą Nelly (sam Stefan uznał, ze to jedyny sposób, by ocalić Elenę) udało im się przełamać barierę i dowiedzieli się od Kath, gdzie mogą znaleźć dziewczynę. Szli przed siebie aż trafili nad brzeg jeziora.

- To tam- Podróżnik wskazał przejrzystą toń- tam jest krater…

- Świetnie, idziesz pierwszy – odparł Damon i ignorując jego protesty popchnął mężczyznę w wyniku czego ten wylądował w wodzie. Sekundę później sam już znajdował się na samym dnie, płynąc w kierunku majaczącej w oddali groty. W tej chwili dziękował Katherine i wszystkim świętym za swój wampiryzm, bo inaczej nie dałby rady przełynąć takiego dystansu a bynajmniej nie żywy. Wpłynął do groty, która okazała się być podziemnym tunelem, by po kilkunastu sekundach wypłynąć w jakiejś tajemniczej jaskini, o której opowiadał mu ten Podróżnik. Rozejrzał się wokół, ale nigdzie nie dostrzegł mężczyzny, który go tu zawiódł.

„Ciekawe, chyba się utopił”- pomyślał bez emocji, po czym jego wzrok padł na kamienny stół, na którym leżała chyba martwa dziewczyna. Dopiero po kilku chwilach zorientował się, że to przecież Elena, jego Elena, cała poraniona i poobijana. Nie musiała nic mówić, wiedział, że potrzebowała krwi. I zamierzał ją jej niezwłocznie dostraczyć, ale najpierw musieli się stąd wydostać. Wampir rozejrzał się, ale nie widząc nikogo natychmiast przypadł do brunetki.

Wyglądała koszmarnie- jej wargi były spierzchnięte, skóra lekko poszarzała od niedostatku promieni słonecznych i pożywienia, włosy z lewej strony oblepiała krew a jej policzki znaczyły ślady rozmazanego tuszu- dowód ilości wylanych przez nią łez. Mimo to wciąż była najpiękniejszą kobietą, jaką widział a jej cierpienie sprawiało mu fizyczny ból. Czule pogładził ją po policzku, roniąc pojedynczą łzę a ona zamrugała kilkukrotnie i uchyliła powieki niepewnie, jakby z obawą. Widząc go podskoczyła gwałtownie, ale po chwili na jej twarzy pojawił się wyraz niewyobrażalnej ulgi.

- Damon- wychrypiała słabo- co ty tu… Musisz uciekać…

- Cii, już nic ci nie grozi- zapewnił ją, próbując wziąć na ręce- obiecuję, zaraz cię stąd zabiorę.

- Nie byłabym taka pewna- usłyszał kobiecy głos za sobą i w tym samym momencie jakaś niewidzialna siła odrzuciła go do tyłu. Upadł na plecy, ale natychmiast podniósł się do pionu, patrząc z niedowierzaniem na dziewczynę, podchodzącą do Eleny z okrutnym uśmiechem na ustach, który tak nie pasował do jej młodej i słodkiej twarzyczki.

- Eleno, wiem, że jesteś młodym wampirem, ale na twoim miejscu założyłbym na twarz papierową torbę z napisem:”największy obciach świata”- zaszydził Damon, ustawiając się w pozycji bojowej- zostać pokonanym przez takie chucherko to naprawdę osiągnięcie.

W tym samym momencie Damon doświadczył zjawiska, które ochrzcił mianem „tętniaka mózgu”, upadając na kolana i łapiąc się za głowę. Wrażenie było jednak o wiele silniejsze niż przy  jego dotychczasowych  spotkaniach z czarownicami i wampir czuł, że długo tak nie wytrzyma. Zagryzł wargi aż do krwi, usiłując powstrzymać krzyk a gdzieś w oddali słyszał błagania i nawoływania zrozpaczonej Eleny, która była przerażona jego obecnym stanem. Gdy Damon Salvatore okazuje, że coś go boli znaczy to, że ból jest koszmarny i przeciętny człowiek zapewne straciłby świadomość.

- Zważaj na słowa, nazywając chucherkiem najpotężniejszą czarownicę na ziemi możesz jej się niechący narazić- zakpiła dziewczyna, zwiększając nacisk zaklęcia. Gdy już sądził, że dłużej tego nie zniesie, niespodziewanie wszystko ustało. Potrzebował dobrej minuty, by się pozbierać i stanąć na równe nogi, ale to co ujrzał sprawiło, że omal znów nie osunął się na kolana. Czarownica stała za Eleną, ciągnąc ją za włosy i zmuszając do tego, by przed nią klęknęła a w miejscu, gdzie biło jej serce trzymała długi i naostrzony drewniany kołek. Gdyby wampiry mogły dostawać zawału, Damon dokładnie w tej chwili byłby martwy.

- A teraz grzecznie zrobisz to, co ci każę albo już nigdy nie zobaczysz swojej kochanki- warknęła, ale przy ostatnim słowie przez jej twarz przebiegł cień złośliwego uśmiechu- potrzebuję jej brata i…

- Skąd znasz Jeremiego i do czego on jest ci potrzebny?- przerwał jej wampir, marszcząc brwi podejrzliwie.

- Kolejną zasadą jest twoje milczenie- warknęła dziweczyna, zwiększając nacisk na kołek, który delikatnie przebił skórę Eleny, wydobywając z jej gardła cichutki jęk protestu. Damon momentalnie zamarł wpół gestu a na twarz czarownicy wstąpił uśmiech satysfakcji- tak myślałam. Jeśli cokolwiek zrobisz nie po mojej myśli zabiję ją bez skrupułów na twoich oczach.

- Zginiesz- wysyczał Damon przez zaciśnięte zęby, ale na czarnowłosej to nie zrobilo najmniejszego wrażenia.

- A bo to jeden raz- prychnęła, wywołując jego zdziwienie, co sprawiło, że zachichotała-  a teraz słuchaj uważnie: przyprowadzisz mi tu młodego Gilberta i tę waszą czarownicę a w zamian dostaniesz tę nic nieznaczącą dziewczynkę, która jakimś cudem jest kluczem do łamania wszelkich klątw…

- Nie!- krzyknęła Elena, ale krzyk ten przerodził się w przeciągły jęk, gdy czarownica wbiła jej kołek jeszcze głębiej, sprawiajac jej niewyobrażalny ból.

- Zgoda!- warknął Damon a kobieta wycofała mordercze narzędzie z jej wiotkiego ciała.- ale najpierw oddaj mi ją tutaj- dodał, wyciągając ramiona- nie ufam ci, nie mogę jej zostawić pod twoją kontrolą. Ja wypełnię swoją część umowy, ale co do ciebie dziewczynko mam spore wątpliwości, chyba rozumiesz prawda?- uśmiechnął się czarująco a czarownica odpowiedziała tym samym.

- Oczywiście -potwierdziła, po czym jednym ruchem dłoni sprawiła, że Elena opadła na kamienną posadzkę, wijąc się z bólu- ale ty także rozumiesz, że nie masz wyboru, prawda? Wiem o tobie wszystko, również to, że nie można ci ufać.  Zrobisz co każę, albo pożałujesz.

- Dość!- krzyknął Damon, zrozpaczony patrząc na ukochaną, cierpiącą po raz kolejny. Chciał zaatakować jej oprawczynię, ale okazało się, że nawet nie może ruszyć się z miejsca. Takiej mocy jeszcze nie widział. Już zaczynał tracić nadzieję, gdy niespodziewanie czarownica krzyknęła dojmująco i opadła na ziemię bez życia. Na jej twarzy malował się wyraz głębokiego szoku. Damon patrzył na to oniemiały- przed nim stał Podróżnik, który go tu zaprowadził, ocierając zakrwawone ostrze noża w swoje dżinsowe spodnie. Nim się obejrzał mężczyzna pochylał się nad próbującą podniesć się z ziemi Eleną i bez ostrzeżenia wbił jej nóż głęboko w rękę, wywołując jej kolejny krzyk.

- Co do cholery!- warknął Damon, próbując się do niej dostać, ale okazało się to niemożliwe- mimo śmierci czarownicy jej zaklęcie wciąż działało i on nie mogł przekroczyć niewidzialnej bariery, którą ta ustanowiła. Musiał więc patrzeć, jak Podróżnik zbiera krew ledwo żywej Eleny do fiolek, robiąc coraz to nowe rany na jej ciele gdy poprzednie się zabliźniły.- zabiję cię, jeśli jeszcze raz ją tkniesz!

- Możesz nie mieć okazji, bo jeśli się nie pospieszycie będziesz następną ofiarą tej suki- odparł mężczyzna i gdy fiolki zostały już całkowicie napełnione chwycił Elenę za ramiona i pomógł jej wstać na równe nogi, po czym pchnał ją w jego kierunku- musisz do niego podejść, zaklęcie blokujące działa tylko na niego. Uciekajcie. Uwierzcie mi, ona jest gorsza od nas, Podróżników. To pasożyt. Uciekajcie.

To mówiąc ruszył w drugą stronę, w mrok, zostawiajac ich samym sobie.

Elena niepewnie, chwiejnym krokiem i jakby z obawą ruszyła w jego stronę początkowo zachowując pewien dystans i dozę ostrożności. Gdy jednak upewniła się, że już nic jej nie zatrzyma i nic jej nie grozi, rzuciła się w jego ramiona a on przytulił ją z całej siły, wtulając twarz w jej włosy i gładząc po głowie i plecach uspokajająco.

- Cii, już nic ci nie grozi, jesteś bezpieczna- szeptał czule, ujmując jej twarz w dłonie i oglądając z każdej strony. Przejechał opuszkami palców po jej powiekach, policzkach i wargach po czym znów zamknął w żelaznym uścisku, całując w szyję- chodź, musimy się stąd wydostać i przywrócić cię do porządku.

Nie odzywała się całą drogę, dopóki nie zaparkował przed Pensjonatem. Ciężko było mu patrzeć na jej zamyśloną, zmartwioną minę, ale po tym co przeszła nie mógł jej winić. Silnik już dawno zgasł, mimo to  siedzieli w milczeniu niczym posągi zapatrzeni przed siebie  i w końcu Elena wzięła głęboki wdech po czym nacisnęła klamkę.

- Będzie dobrze- powiedział do jej pleców, sprawiając, że zatrzymała się wpół gestu. Czekał na jakąkolwiek reakcję z jej strony, cokolwiek, ale ona chyba postanowiła karać go tą ciszą. Wreszcie, gdy już zaczynał tracić nadzieję ona odwróciła się do niego z poważnym wyrazem twarzy. Jej oczy pełne były smutku, strachu, ale jednocześnie jakiegoś dziwnego zdecydowania i zaciętości a to nigdy nie wróżyło dla niego najlepiej.

- Uratowałeś mnie i za to ci dziękuję- powiedziała sztywno, oficjalnie i aż go zmroziło, gdy usłyszał ten szcególny ten ton w jej głosie- ale to niczego nie naprawi i nie zmieni. Mam dość i jestem już zmęczona, Damon. Wszystko, co tamtego dnia ode mnie usłyszałeś było szczere i jak najbardziej świadome.

Zadrżał na te słowa i głośno przełknął ślinę, ale w ostatniej chwili się opanował i gdy już miała wysiąść z auta przyciągnął ją do siebie, chwytając pod łokieć tak, że niemal stykali się nosami.

- Wszystko, co robiłaś także?- spytał, niemal szeptem, bezwiednie spuszczając wzrok na jej lekko rozchylone wargi. Elena głośno przełknęła ślinę i jakby z obawą również spojrzała na jego usta,  ale gdy  pochylił się na nią jeszcze bardziej opamiętała się i wyrwałwszy się  z jego uścisku wysiadła z samochodu, chwyciła za swoje bagaże i ruszyła w stronę jego rodzinnej posiadłości. Patrzył za nią przez chwilę ze smutkiem po czym w wampirzym tempie dołączył do niej na ganku. Dziewczyna zatrzymała się przed drzwiami, wzięła ostatni uspokajający wdech i weszłą do Pensjonatu.

W środku panowało niemałe zamieszanie. Wszyscy jej przyjaciele, ci, których tak dawno nie widziała, ci, za którymi tak bardzo tęskniła biegali na prawo i lewo wykrzykując jakieś dziwne polecenia i początkowo nawet jej nie zauważyli. To wywołało ciepło, rozchodzące się falami po całym jej ciele i wyciskające łzy wzruszenia z jej czekoladowych oczu. Ten chaos, charmider i hałas mógł oznaczać tylko jedno- nareszcie wróciła do domu.

Nagle wszystko się zatrzymało i każdy zamarł wpół gestu, z miną wyrażającą czysty szok i niedowierzanie i Elena już wiedziała, że teraz nie ma odwrotu- dojdzie do konfrontacji, której tak bardzo się bała. Dziewczyna uśmiechnęła się do nich nieśmiało, ale nikt z obecnych nie odpowiedział jej tym samym- wciąż wpatrywali się w nią, jakby była jakimś nieznanym nauce zjawiskiem kosmicznym  z nieodgadnionym wyrazem twarzy i to sprawiało, że powoli traciła całą pewność siebie. Cieszyli się, byli wściekli czy może już zdążyli ją za to wszystko znienawidzić i teraz marzyli tylko o tym, żeby opuściła ten dom raz na zawsze i dała im wszystkim święty spokój? Nie wiedziała.

Gdy cisza zaczęła przedłużać się w nieskończoność, głośno przełknęła ślinę, niepewnie spoglądając na stojącego obok niej Damona, który niezauważenie skinął głową i posłał jej jeden ze swoich krótkich, pokrzepiających uśmiechów, który był zarezerwowany tylko i wylącznie dla niej.

- Elena…- usłyszała ten ukochany głos-głos Caroline- nim pewna blondwłosa trzpiotka podbiegła do niej w wampirzym tempie i rzuciła jej się na szyję, zamykając w żelaznym uścisku. Czując jej zapach, jej ciepło i słysząc jej szloch tuż przy uchu nie mogła powstrzymać łez, które chwilę potem spłynęły po jej policzkach.

- Och, kocham cię, kocham cię, kocham- szeptała Caro, całując ją raz po raz to we włosy, to w policzek to w szyję- tak bardzo tęskniłam, tęskniłam…

- Ja też- wyszlochała Elena, uśmiechając się przez łzy- Przepraszam. Kocham cię.

- Nigdy więcej tego nie rób- zagroziła blondynka, spoglądając na nią poważnie, a Elena roześmiała się i ochoczo pokiwała głową, całując ją w policzek. Ponad jej ramieniem ujrzała uśmiechniętą od ucha do ucha Bonnie, która również ocierała łzy szczęścia, płynące wartkim nurtem po jej ciemnych policzkach, więc wyciągnęła w jej stronę ręce zachęcająco a mulatka podeszła i po prostu się w nią wtuliła jak w pluszowego misia. Teraz, gdy czuła jej ciepło i zrozumiała, jak wielka tęksnota ją do tej pory tłamsiła wsześniejsze obawy wydały się Elenie wręcz aobsurdalne. Szczęście, jakie czuła w tej chwili było bezcenne- rozpierało ją od środka sprawiając, że miała ochotę latać. Nawet nie zauważyła, kiedy z czułych ramion przyjaciółki przeniosła się w żelazny uścisk brata, który tulił ją do siebie z całej siły jakby bał się, że za moment mu ucieknie. On również płakał, ukrywając twarz w jej włosach, ale to wystarczyło, aby z jej oczu popłynęła kolejna porcja łez. Przez te okropne łzy nie widziała wyraźnie sylwetki Matta, który z szerokim uśmiechem na ustach czekał na swoją kolej. I doczekał się, gdy rzuciła się na niego z radosnym piskiem niemal zwalając go przy tym z nóg. Gdzieś obok pojawił się Tyler, jednak on tylko pochylił się nad nią skladajac na jej ustach krótkiego, przyjacielskiego całusa i czule gładząc po twarzy, ocierając  przy tym wilgotne policzki. Otoczona przyjaciółmi nie mogła powstrzymać radosnych okrzyków, które wręcz rozpierały ją od środka, chcąc się wydostać się na powiechrznię. Jednak  wszystko ustałow momencie,w którym jej oczom ukazał się Stefan Salvatore.

Skrywał się w cieniu, najwyraźniej chcąc dać im chwilę dla siebie. Chyba nie rozumiał, że za nim tęskniła i tęskni w równym stopniu co za swoimi przyjaciółmi. Mimo wszystko nadal był nieodzowną częścią jej życia i jedną z najważniejszych osób. Wciąż go kochała.

Był tak samo przystojny jak go zapamiętała. Ten orli nos, ktory i tak dodawał mu uroku, jasne kosmyki opadające na  szlachetne czoło, które teraz marszczył delikatnie, kwadratowa szęka i te zmysłowe wargi wyginające się w szerokim uśmiechu, jakby jej szczęście sprawiało mu osobistą radość. Gdy ich oczy się spotkały jej serce zabiło szybciej i w końcu Elena nie wytrzymała i jak z procy wyleciała do przodu, wpadając wprost w jego ramiona. Zamknął ją w żelaznym uścisku, napawając się jej zapachem, dotykiem i całując ją w ciemne włosy. Gdzieś za nimi ktoś, chyba Caroline z tą swoją romantyczną naturą, westchnął błogo na co oni tylko zaśmiali się cichutko, spogladając sobie głęboko w oczy.

- Tęskniłam za tobą- szepnęła Elena, ściskając mocno jego dłonie.

- Nie tak bardzo jak ja za tobą- odszepnął Stefan i musnął jej policzek ustami delikatnie, w sposób, który przypominał dotyk skrzydła motyla. Dziewczyna zarumieniła się lekko i zerknęła do tyłu, na wymieniających porozumiewawcze spojrzenia przyjaciół. W pewnej odległości od nich stał Damon, ale gdy tylko ich oczy sie spotkały natychmiast odwróciła wzrok, nie mogąc znieść bólu i rozczarowania, jakie w nich dostrzegła. Chwilę potem usłyszała trzask zamykanych drzwi i wiedziała, że brunet opuścił pomieszczenie. To jedno wystarczyło, żeby emocje całkowicie z niej opadły a wcześniejsza radość gdzieś się ulotniła, jednak pod wpływem podejrzliwego spojrzenia Stefana wymusiła na swojej twarzy uśmiech i ponownie uwiesiła się na jego szyi.

W końcu była całkiem niezłą aktorką.

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozdział 7.- W sidłach miłości

04 sie

ROZDZIAŁ 7.

Anglia, 1610 rok

JESIEŃ

- Tak naprawdę nie jestem synem moich rodziców- powiedział Marcel, przechadzając się z Rebekah wzdłuż ogrodu różanego. Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona, ale ten tylko pokręcił głową, mrużąc oczy w słońcu i uśmiechnął się smutno.

- Wiem, że jestem do nich bardzo podobny a oni kochają mnie nad życie- kontynuował, mocniej ściskając dłoń blondynki- mieli wszystko poza dzieckiem, którego zawsze pragnęli. Śmierć mojej matki-niewolnicy spadła na nich  jak dar z nieba.

- Jesteś synem niewolnicy?- powtórzyła Rebekah z niedowierzaniem- to dlatego w niczym nie przypominasz innych paniczów z dobrych domów. Zawsze wszystkich traktujesz z takim szacunkiem…

Jego życzliwość i ciepło były tym, co podobało jej się w nim najbardziej. Uwielbiała sposób, w jaki rozmawiał z dziećmi, starcami, chorymi, biedakami czy służbą. Był wtedy taki słodki i uroczy….

- Tak Rose- szepnął, składając na jej dłoni ciepłe, pełne uczucia pocałunki- przy tobie nie potrafię inaczej. Nie chcę się z tobą rozstawać i chociaż wiem, że niczego sobie nie obiecywaliśmy  to nie potrafię przestać cię kochać. Kocham cię na tyle, by wiedzieć, ze chcę spędzić z tobą resztę życia. Przestańmy się ukrywać i pokażmy światu, że mamy prawo do tej miłości. Pobierzmy się kochanie- w głowie Rebekah zaszumiało, gdy pocałował ją z mocą- zostaniesz moją żoną?

Jedno pytanie, które zmieniło wszystko. Jak on w ogóle śmiał się w niej zakochiwać? Jak miałaby za niego wyjść, będąc wampirzycą? Jak mieliby przestać się ukrywać, gdy w pobliżu jest Klaus? Jak mieliby pokonać dzielące ich różnice gatunkowe? Jak w mógł ją pokochać, skoro nawet nie widział z kim ma do czynienia?

Rebekah poczuła jak do oczu napływają jej łzy. Nic nie odpowiedziała na jego pytanie ani na jego pełne nadziei spojrzenie. Po prostu uciekła nie zważając na to, że człowiek nie byłby w stanie zrobić tego tak szybko. Zostawiła go, człowieka którego tak skrzywdziła, choć o tym nie wiedział. Za bardzo go kochała, by kiedykolwiek mógł się o tym dowiedzieć.

- Serio?- warknęła Pierwotna, podnosząc się do pozycji siedzącej- nie było w zasięgu ręki ciekawszych obrazów niż ten?

- Mogłem ci jeszcze podsunąć nasz pierwszy seks, ale sądzę, że to dość często sobie odtwarzasz- odparł Marcel, przysiadajac w nogach łóżka-jak się czujesz?- dodał z troską odgarniajac z jej twarzy zbłąkany kosmyk złotych włosów. Dziewczyna odsunęła go od siebie brutalnie, krzywiąc się  ze wstrętem i rozejrzała się zdezorientowana po pokoju, w którym się znajdowali. Było w nim coś znajomego, ale nie mogła skojarzyć na czym to polega. Duże łożko z baldachimem zasłane białą aksamitną pościelą, toaletka z wiśniowego drewna i lustro z pozłacaną ramą, okna z widokiem na ogród pełen jabłoni i wiśni i ta fontanna, która wzbudzała tyle pięknych wspomnień…

- Nasz zamek- zrozumiała nagle Rebekah- przywłaszczyłeś sobie nasz zamek jak gdyby nigdy nic i śmiesz mnie więzić w mojej własnej sypialni?!- wydarła się i w furii oderwała kawałek drewnianej ramy łóżka by sekundę później rzucić nią prosto w klatkę piersiową mulata. Marcel uchylił się w ostatniej chwili i drewno zdołało jedynie drasnąć jego skórę  z przerażającą precyzją wbijając się głęboko w przeciwległą ścianę i w tej samej chwili Rebekah poczuła w barku rozdzierający ból. Warknęła wściekle i wyszarpała niewielkich rozmiarów szpikulec wyglądem przypominający ołówek, zrobiony z białęgo dębu.

- Ty podstępny…- zaczęła, rzucając mu rozwścieczone spojrzenie.

- To ty omal mnie nie zabiłaś- prychnął Marcel- a powinnaś być mi wdzięczna, w końcu twoi bracia nie mieli tyle szczęścia, by gościć w takich warunkach- samotnie w jedynym łóżku ze mną, bogiem seksu. Pamiętasz jak…

- Co jest z moimi braćmi Marcel- przerwała mu Rebekah i spróbowała zerwać się z łóżka, jednak nogi, czego wcześniej w przeływie emocji nie zuważyła, miała za pomocą żelaznych łańcuchów przytroczone do ram. Spróbowała je zerwać, ale z przerażeniem odkryła, że jej wampirza siła nie jest wystarczająca.

- Jesteś jeszcze za słaba- wyjaśnił jej Marcel spokojnie, ignorując jej chłodne spojrzenie- w twoim ciele znajdują się takie małe drzazgi z białego dębu, które mają cię unieszkodliwić. Poiłem cię też werbeną, nie wiem czy to zauważyłaś.

- Powiedz jeszcze, że wykorzystałeś moją bezbronność, żeby zaspokoić swoje chore seksualne potrzeby- mruknęła ze znudzeniem. Początkowy strach i złość minęły i teraz była całkowicie spokojna. Jedynie zachowując trzeźwość umysłu mogła przecież wymyślić jakiś zgrabny plan jak się stąd wydostać i przy okazji skopać swojemu podłemu porywaczowi ten jego seksowny tyłek, ale najpierw…

- Gdzie moi bracia?- spytała a gdy nie uzyskała odpowiedzi warknęła wściekle głosem nie znoszący sprzeciwu- gdzie oni są bydlaku?!

Nie odpowiedział a jedynie wpił się w jej usta, jak gdyby były jedynym, czego potrzebował by żyć. Próbowała się bronić, ale wciąż byłą zbyt słaba a jego pocałunki były niczym lek na jej wszelkie wątpliwości i wściekłość. Nic więc dziwnego, że po chwili ona również go całowała i to niemal z równą zapalczywością.

A tymczasem kilka pięter niżej, w ciemnych lochach w których niegdyś przetrzymywano nieposłusznych niewolników, jak Klaus zwykł nazywać wampiry, stworzone by mu służyć Pierwotna Hybryda odbywała najgorszą karę, jaką do tej pory ktokolwiek zdołał wymyślić- zamurowany aż po brodę, pozbawiony dostępu do pożywienia powoli zaczynał szarzeć na twarzy. Był o wiele wytrzymalszy niż przeciętny wampir a nawet przeciętny wilkołak, jednak kołki z białego dębu, wbite w dłonie, które jako jedyne nie były zamurowane skutecznie go osłabiały. Do ściany na przeciwko przytroczona została kusza na kołki, która reagowała na najlżejszy nawet ruch a miała za zadanie wystrzelić drewno z białego dębu prosto w jego serce, gdyby ten spróbował ucieczki i jakimś cudem by mu się to miało udać. Nie miał pojęcia, że dosłownie po przeciwnej stronie krat znajdowała się trumna a w niej jego brat, uśpiony za pomocą niepozornego sztyletu.

 

 *

 

- To nic nie da- oznajmił Jeremy zrezygnowany, ale Bonnie tylko spiorunowała go wzrokiem i powróciła do lektury- nie robimy nic innego, tylko od tygodni ślęczymy nad książkami, a to nie da nam odpowiedzi na nurtujące nas pytania ani nie uratuje Eleny. Nie wiemy co się dzieje z moją siostrą, zapomniałaś? Po raz kolejny z resztą!

Od dwóch dni przebywali w jaskini, zapieczętowanej przez Bennet’ów przeszukując ukryte zbiory babci mulatki, jednak jak dotąd udało im się jedynie potwierdzić teorię Katherine- mapa do lekarstwa ukazuje się jedynie pełnoprawnym łowcom, a takimi stają się dopiero po zabiciu siedemdziesięciu niewinnych osób. Sytuacja iście frustrująca i na pozór bez wyjścia.

Bonnie otworzyła usta, by wygarnąć Jeremiemu co sądzi o jego wiecznym marudzeniu, ale Ben siedzący obok powstrzymał ją gestem  i spojrzał na młodego Gilberta z mieszaniną obrzydzenia i litości.

- A jak twoje gadanie ma nam niby pomóc?- syknął- nie widzisz, że robimy wszystko, co w naszej mocy?

- Wszystko co w naszej mocy?- prychnął brunet, kręcąc głową z niedowierzaniem- biorąc pod uwagę to, czego się o tobie dowiedzieliśmy mogę śmiało stwierdzić, że chyba jednak nie wykorzystujesz wszystkich swoich zdolności, a na pewno nie na naszą korzyść.

- Co masz na myśli?- zapytała ostro Bonnie, z hukiem zamykając trzymaną w rękach księgę zaklęć.

- Coś z nim jest nie tak!- krzyknął chłopak, tracąc już resztki cierpliwości- nie widzisz tego?

- Jeśli z kimś jest coś nie tak to tylko i wyłącznie z tobą- mulatka również podniosła głos- on tylko nam próbuje pomóc a robi to wszystko przez wzgląd na moją mamę. Ty nigdy tego nie zrozumiesz, ale wiedz, że w tej chwili jest mi bardziej potrzebny od ciebie. Ty tylko potrafisz gadać nic poza tym. Co ty byś zdziałał beze mnie? Bez swojej siostry, bez Alaricka, który za każdym razem nadstawiał za ciebie karku? Nie rzucaj się proszę, gdy próbujemy pracować, bo sam nie jesteś w stanie zaproponować nic konkretnego a teraz jeszcze dodatkowo marnujesz nasz czas.

Jeremy zbladł gwałtownie na te słowa. Bonnie była jednak nieugięta i nawet łzy, czające się gdzieś w kącikach jego oczu nie zrobiły  na niej wrażenia- ostentacyjnie odwróciła się na pięcie i skierowała swoje kroki w stronę dziury w ziemii, skąd wygrzebała kolejną księgę.

- Przestałbyś się mazać- prychnął Ben, dostrzegając oznaki jego słabości- pozwól nam działać po swojemu a jeśli masz jakiś lepszy pomysł to go po prostu zrealizuj.

- Tak, może mam was jeszcze zostawić samych, żebyś mógł ją  pocieszyć na osobności?- syknął Jeremy tak, by dziewczyna odwrócona do niego plecami nie mogła go usłyszeć.

Ben uśmiechnął się z politowaniem.

- Dorośnij- odparł.

TRZASK!

Bonnie odwróciła się gwałtownie w tej samej chwili w której Ben, powalony przez Jeremiego z hukiem wylądował na podłodze. Krew strumieniem puściła się z jego nosa, ale to nie wystarczyło młodemu Gilbertowi. Rzucił się na niego i nie bacząc na przepełnione przerażeniem krzyki Bonnie zaczął go okładać pięściami gdzie popadnie. Wpadł w amok, nie myślał racjonalnie i chyba wcale nie chciał. Ta bezkresna agresja dawała mu niewyobrażalną siłę. Miał już dosyć i musiał się wyżyć. Wyżyć na kimś, kto dzień po dniu odbierał mu jedną z niewielu rzeczy, jakie po stracie rodziców, Alaricka i wyjeździe siostry mu pozostało. Odbierał mu Bonnie.

-DOŚĆ!- wrzasnęła mulatka i za pomocą swojej mocy odepchnęła Jeremiego od zakrwawionego Bena. Chłopak osunął się po przeciwległej ścianie i zamglonym wzrokiem obserwował, jak wiedźma podbiega do blondyna i z czułością gładzi jego rany, wypowiadając jakieś uzdrawiające zaklęcia. Gdy jego skóra powoli zaczęła się zrastać dziewczyna zerwała się na równe nogi, piorunując sprawcę całego zamieszania wzrokiem.

- I na co jeszcze czekasz?- warknęła- wynoś się!

- Nie- zaprotestował niespodziewanie Ben- to ja wyjdę a wy  macie przecież mnóstwo spraw do omówienia i nie potrzebujecie świadków.

- Jesteś pewny, że…- spytała

- Nic mi nie jest, muszę się jedynie odrobinę przewietrzyć- zapewnił ją po czym wyszedł, zostawiając skłóconą parę samą sobie.

 

 *

 

- Postaraj się bardziej Nelly!- warknął Damon, powoli tracąc cierpliwość- jeśli chcesz jeszcze zobaczyć przyjaciół…

- Nie mów mi o nich- prychnęła dziewczyna- połowę z nich zabiłeś.

- Jak widzisz nie cofnę się przed niczym, by osiągnąć to, co chcę- wysyczał groźnie- więc jeśli nie chcesz poznać mojej gorszej strony…

- Na razie staram się znaleźć tę lepszą, dla której ta dziewczyna straciła głowę- szepnęła Nelly z mściwością a Damon zamarł z szokiem wymalowanym na twarzy. Kilka prostych słów wypowiedzianych w takim połączeniu a jego serce gwałtownie przyspieszyło a ciałem wstrząsnął podskórny prąd paraliżując mięśnie i uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Nelly jednak nie zdołała tego dostrzec, bo już zamknęła oczy, ponownie skupiając całą uwagę na dziewczynie, której zdjęcie miała w dłoniach.

„-Skup się, wejdź w jej umysł”…

A potem….

 

- Elena? Co ty tu robisz o tej porze? Sądziłem, że spotkamy się jutro…- zaczął Stefan z niepokojem spoglądając na stojącą przed nim brunetkę- wszystko w porządku? Tyle dziś przeszłaś…

- Wiem już o wszystkim Stefan- powiedziała Elena a sądząc po wyrazie twarzy Stefana doskonale wiedział o czym mówiła- dlaczego to przede mną ukrywałeś?

Z jej oczu biło rozczarowanie i smutek. Stefan ciężko przełknął ślinę i spuścił wzrok, nie mogąc tego znieść. Pragnął ją uszczęśliwiać zwłaszcza po tym, ile przez niego przeszła. To, że o niego walczyła mimo wielu przeciwności i wybaczyła mu wszelkie krzywdy, jakie z jego ręki ją spotkały było czymś niezwykłym. Była najlepszym człowiekiem jakiego w życiu spotkał i powinien ją nosić na rękach i codzień wywoływać uśmiech na jej pięknej twarzy a tymczasem…

- Może wejdziesz?- zaproponował, szerzej uchylając drzwi, ale Elena tylko pokręciła głową i skierowała się na schody przed posiadłością. Stefan zmarszczył brwi i przysiadł koło niej, czując dziwne napięcie między nimi. Już dawno nie denerwował się tak w jej towarzystwie a ten nieprzenikniony wyraz jej twarzy wcale mu nie pomagał…

- Dlaczego wysłałeś Damona?- spytała Elena, zapatrzona gdzieś w dal- dlaczego sam się tym nie zająłeś? Dlaczego…

- On zawsze umiał na ciebie wpłynąć- odparł Stefan zgodnie z prawdą- łączy was jakaś więź…

- Zawsze łączyła nas więź Stefan- wyszeptała dziewczyna i spojrzała blondynowi prosto w oczy- tak bardzo chciałabym, żeby to wszystko się nie wydarzyło. Chciałabym, żeby wszystko było proste, chciałabym…

- Nigdy mnie nie poznać- podpowiedział Stefan a w jego oczach malowało się teraz niebotyczne cierpienie- nie stałabyś się wampirem a wiele rzeczy, które cię spotały nigdy nie miałaby miejsca…

- Nie zaznałabym miłości i nie dojrzałabym do wielu rzeczy Stefan- przerwała mu Elena gwałtownie- nigdy nie poznałam nikogo lepszego od ciebie. Zmieniłabym wszystko ale nie to, że się pokochaliśmy. Kocham cię tak strasznie, ale… ty w ogóle mi nie ufasz. Nie potrafisz dostrzec tego, co oczywiste. Żyjemy przeszłością i przez to bez przerwy się ranimy. Nie umiem sobie z tym poradzić… Ja nie chcę…

Nie miała pojęcia czy wampir cokolwiek zrozumiał z jej chaotycznej wypowiedzi, ale nawet jeśli nie to jej zbolała mina i płynące po policzkach lzy musiały być dosyć wymowne, bo blondyn energicznie pokręcił głową.

- Nie mów tego Eleno, proszę…

- Sam mnie do tego zmuszasz- jęknęła żałośnie- nie mogę cię kochać i ty też nie możesz kochać mnie. Nie rozumiem, dlaczego próbujesz mnie wepchnąć w ramiona Damona, dlaczego bez przerwy się od siebie oddalamy, choć robimy wszystko, by do tego nie dopuścić. Nie wiem, czy robisz to świadomie czy nie, ale to nie ważne, bo wszystko się zmieniło. Zostawiając cię tracę częśc siebie, tracę serce i duszę, rozumiesz? To o to tak bardzo walczyłam, ale… jestem już zmęczona. Czas spojrzeć prawdzie w oczy i odnaleźć własną drogę. Czas, żeby każde z nas zajęło się sobą. To nam obojgu dobrze zrobi.

- Eleno…

- Nie- przerwała mu dziewczyna stanowczo i mocno ścisnęła jego drżącą dłoń. Na jej usta mimowolnie wkradł się uśmiech, mimo że cała jej twarz wręcz błyszczała od łez.  Już teraz brakowało jej jego ciepła, dotyku i zapachu, które odczuwała  jeszcze intensywniej niż zazwyczaj- nie mów nic, co mogłoby nas zranić albo przekreślić naszą przyszłość. Wierzę, że jeszcze mamy szansę, ale nie chcę jej przedwcześnie wykorzystać. Kocham cię- ciągnęła ocierając samotną łzę, spływającą po jego policzku i przycisnęła jego dłoń do serca- tak bardzo, że to aż boli, ale najpierw muszę poznać tę osobę, którą się teraz stałam i oswoić się z tym wszystkim. Jest jeszcze Damon i to wszystko co robisz, by nas do siebie zbliżyć. Nigdy dotąd nie odczuwałam tak intensywnie jego obecności i wiem, że to twoja wina. Jakbyś bał się do mnie zbliżyć.

- Tyle zła ci wyrządziłem a ty mi to wszystko wybaczyłaś- powiedział Stefan głosem nabrzmiałym z emocji- kocham cię, ale to on cię zawsze chronił, nawet przede mną. Nie mogę patrzeć, jak oboje się męczycie, starając się zapomnieć o tym, co połączyło was gdy mnie przy tobie nie było. Teraz to on bardziej na to zasługuje niż ja i…

- To nie są wyścigi- oburzyła się Elena, zrywając się z miejsca- Stefan, tu chodzi o uczucia…

- O tym mówię- powiedział wampir i ujął jej twarz w obie dłonie- nie powiedziałem ci, że poszukuję lekarstwa na wampiryzm, bo nie chciałem cię ranić. Nie pozwoliłem ci ratować Jeremiego i unieszkodliwiłem Damona, chcąc cię chronić. Zacząłem cię okłamywać, bo zbyt wiele przeze mnie przeszłaś, żebym mógł pozwolić ci na jeszcze więcej cierpienia. Wysłałem cię na „polowanie” z Damonem, bo tylko on umie nad tobą zapanować i tylko jemu ufasz niemal bezgranicznie. Tylko on miał na ciebie taki wpływ, by powstrzymac cię przed głupstwem, które chciałaś zrobić, by uwolnić się od halucynaji. Tylko on był na tyle… szalony i bezwzględny.

- Stefan, ja…

- Spokojnie, wiem jak to wygląda- przerwał jej łagodnie- kochasz mnie tak samo jak ja ciebie, ale oboje wiemy, co czujesz gdy on jest obok. Sam to podsycam, ale nie potrafię tak dłużej…

- Kocham cię- wyszeptała Elena i wpiła się w jego usta. Był to ostatni, rozpaczliwy i żarliwy pocałunek, w który przelali całe swoje cierpienie i żal. Oboje płakali a jego łzy sprawiały, że jeszcze trudniej jej było się od niego oderwać. Ile czasu minęło od ostatniego pocałunku? Miesiąc? Dwa? Przez to wszystko straciła rachubę, ale dopiero teraz dotarło do niej, jak bardzo jej tego brakowało. Miała zakmnięte oczy, rozkoszując się tą chwilą, więc nawet nie zrejestrowała momentu, w którym oddalił się w wampirzym tempie a ona już nie musiała być silna i nieugięta. Tego wszystkiego było po prostu za dużo. Własnie straciła miłość życia i to nie dlatego, że nie dość się starała czy nie dość kochała. Uczucie paliło się tym samym żarliwym płomieniem co dawniej, jednak zbyt wiele się między nimi wydarzyło, by mogli być razem na starych zasadach. Ta świadomość uderzyła w nią z podwójną siłą. Wcześniej była jak w transie i poniekąd nie myślała trzeźwo, gdy tu przyszła. Teraz, gdy już zrobiła to co tak skrupulatnie zaplanowała ból odebrał jej zdolność oddychania i racjonalnego myślenia. Ból był całym jej światem, otaczał ją i trzymał w swych sidłach, nie pozwalając normalnie żyć. Zrobiła to, co uważała za słuszne, ale to nie przynosiło ulgi- wręcz przeciwnie. Nawet nie wiedziała, kiedy osunęła się na schody, wybuchając rozpaczliwym płaczem. Nie musiała się już hamować a każda łza była odbiciem jej smutku, tęsknoty i cierpienia. Przecież tak wielu ludzi marzy o prawdziwej miłości i usycha z tęksnoty za prawdziwym, namiętnym uczuciem a ona to wszystko a nawet więcej dostała jak na tacy, ale sama postanowiła z tego zrezygnować. Czy to musiało aż tak boleć?

Po chwili poczuła, że otaczają ją silne ramiona. Początkowo chciała się wyrwać, czuła przecież jego zapach, wiedziała, że to on. Mimo, że wprawiał każdą komórkę jej ciała w silne drżenie jakimś cudem ją uspokajał. Tamtej nocy po raz kolejny ukoił jej ból, po raz kolejny udowodnił, że więź która ich łączy jest niezniszczalna. A ona potrzebowała czegoś trwałego w swoim życiu.

- Proszę dość- mamrotała Nelly w przepływie nagłych konwulsji. Damon przytrzymywał ją za ramiona, ale to nic nie dawało- dziewczyna wciąż była w transie i silnie drżała a na to nawet siła wampira nic nie mogła poradzić.

- Stefan mnie zostawił- wyjąkała a spod jej powiek niespodziewanie wypłynęła rzeka łez- nie, to ja jego zostawiłam… Nie umiem tak i nie chcę. Kocham go…

Damon zmarszczył brwi. Doskonale pamiętał te słowa. Pamiętał każdą pojedynczą sylabę, która wydobyła się z pewnych ponętnych, pełnych  warg. Jakim cudem…

- Połączyłaś się z nią- wyszeptał- teraz dowiedz się gdzie jest. Kto z nią jest. Nelly…

„Wiesz, jak działa klątwa sobowtórów?”

Nelly wzdrygnęła się słysząc w głowie niepsodziewanie  ten zjadliwy głos a po chwili pod powiekami ujrzała zakapturzoną postać. Aura, jaką wokół siebie roztaczała sprawiła, że dziewczyna jęknęła przeciągle i spróbowała się wycofać, jednak już było na to za późno. Ten głos… Sprawiał jednocześnie ból i wywoływał jakąś niemoc, spowodowaną wszechobencym cierpieniem i przerażeniem. Nie miała dokąd uciec a mrok był już coraz bliżej…

„Wiesz, że jesteś jedyną, która się dla nich wszystkich liczy?”

„Wiesz, że jesteś powodem, dla którego dzieje się tyle zła na świecie?”

„Wiesz, że jesteś źródłem siły hybrydy i nie zrezygnuje z możliwości przywrócenia ci ludzkiej postaci?”

„Wiesz, że jesteś ich miłością i zrobią wszystko, by cię chronić?”

„Wiesz, że mam rację, prawda?”

NIEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!

Ten jeden krzyk odbił się echem od ścian hotelowego pokoju i nawet Damon nie był w stanie znieść jego natężenia. Obsługa już zaczęła się dobijać, ale Damon skupił się jedynie na dziewczynie, którą miał w ramionach a która teraz wila się z bólu, nie mogąc złapać oddechu. Nelly go nie obchodziła, ale skoro teraz coś złego działo się z nią to znaczyło, że i z Eleną dzieje się coś podobnego a to napawało go przerażeniem. Gdy wydała z siebie ostatni żałosny jęk i znieruchomiała coś w nim pękło- nie zaważając na nic zaczął nią potrząsać, grozić i przeklinać-jak śmiała zemdleć nie mówiąc mu uprzednio gdzie jest Elena i co się właściwie z nią dzieje?

Z tych emocji całkowicie zapomniał jakie ludzie mają kruchę kości toteż nieźle się zdziwił gdy nagle rozległ się nieprzyjemny dla ucha zgrzyt i bark dziewczyny wykrzywił się pod jakimś dziwnym kontem pod wpływem jego uścisku. Nie miał zielonego pojęcia, że w tej chwili ból fizyczny był dla niej niczym dziecinna igraszka w porównaniu do tego, który przeżywała w najgorszym śnie w całym swoim życiu.

 *

Ben pędem opuścił jaskinię i łamiąc po drodze wszelkie przepisy drogowe dojechał do klubu, w którym miał przeczucie znaleźć jakiegoś starego, doświadczonego krwiopijcę. Uśmiechnął się do własnych myśli. To nie miało z przeczuciem nic wspólnego, gdy w grę wchodziła magia. Doskonale wiedział, że przy barze po lewej stronie znajdzie na oko trzydziestoletniego bruneta- w rzeczywistości ponad sześćsetletniego wampira, popijającego whysky w towarzystwie całkiem ładnej barmanki i że powinien wzniecić jego pragnienie a następnie zaciągnąć go w ciemny zaułek by tam użyć na nim pełni swojej mocy. Bardzo szybko skłonił go do współpracy, której rezultaty oglądał, ukryty za drzewem niedaleko jaskini.

Najpierw wampir w sobie właściwym tempie wparował do środka, potem rozległy się krzyki, błagania, jakieś nawoływanie. Ben wiedział doskonale, co tam się działo, wszystko szło według planu. Wampir zaatakował już Bonnie, uniemożliwiając jej użycie mocy. Ben doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Jeremy teraz robi wszystko, by ocalić ukochaną. Zapewne żałuje tego, co zrobił chwilę wcześniej i wszystkich przykrości, jakie jej sprawił. Gorączkowo zastanawia się, co zrobić, jak jej pomóc. Nie może przecież użyć siły, w starciu z krwiopijcą nie miałby najmniejszych szans. Ale wie, że musi coś zrobić, bo Bonnie w silnym uścisku powoli zaczynała sinieć, tracąc oddech. Gdyby wampir napiął mięśnie jeszcze tylko odrobinę mógłby jej oderwać głowę, albo skręcić kark. Wiedział jednak, że nie może tego zrobić, wiedźma miała żyć. Jeremy nie był głupi- zapewne już dostrzegł zaostrzone bale drewna, które Ben sprytnie podłożył do swojego otwartego na ościerz plecaka, który „przypadkowo” tam zostawił. W chwili, gdy rozległ się przeraźliwy wrzask mężczyzny Ben już wiedział, że Jeremy pod wpływem impulsu wbił mu drewno w klatkę piersiową, prosto w przepełonione nienawiścią serce. Czarownik uśmiechnął się sam do siebie- plan zdał egzamin i teraz wystarczyło tylko czekać na efekty.

Nie czekał długo, bo już kilka sekund później usłyszał wrzask, który zapewne należał do młodego Gilberta a gdy wbiegł do jaskini, udając przerażenie i nieopisane zdziwienie dostrzegł zapłakaną Bonnie, pochylającą się nad drżącym w konwulsjach Jeremiem. Nikt nie zwracał najmiejszej uwagi na wampira leżącego obok, bo w tej chwili chłopak wręcz zwijal się z bólu. Wokół walały się strzępy materiału, które kiedyś stanowiły jego koszulkę a na jego odsłoniętym torsie powoli zaczynały formować się jakieś dziwne napisy- tatuaże.

„- Chciałeś działać Gilbert?- pomyślał Ben z mściwością- oto pierwszy krok”.

 

Matt westchnął ciężko obracając telefon w palcach. Caroline i Stefan gdzieś zniknęli, Jeremy  i  Bonnie po raz kolejny przeszukiwali z Benem archaiczne księgi  w nadziei na odkrycie sposobu na znalezienie lekarstwa na wampiryzm, Tyler od jakiegoś czasu całe dnie spędzał w lesie trenując swoje wilcze umiejętności a on nie mógł usiedzieć na miejscu, zastanawiając się gdzie teraz może podziewać się Pierwotna. Od ich pocałunku nie rozmawiali a ona jakby rozpłynęła się w powietrzu, zostawiając go z masą pytań i ani jedną odpowiedzią. Wprawdzie wiedział, że wróci, ale co jeśli coś jej się stało? To, że była jedną z najpotężniejszych istot na ziemi nie miało znaczenia- krzywda mogła ją spotkać z rąk własnych braci.

Nie powinno go to obchodzić. Była siostrą Klausa i wielokrotnie krzywdziła jego przyjaciół. Przespała się z Damonem, próbowała zabić Elenę- raz nawet jej się to udało… A mimo to Matt nie umiał wyłączyć tego paskudnego uczucia, że pomimo jej wieku i doświadczenia ktoś powinien się nią opiekować i się o nią troszczyć. Lubił mieć ją blisko, lubił z nią rozmawiać i się z nią kłócić a ostatnio odkrył, że lubił również się z nią całować. Czy ona czuła to samo? W takim razie dlaczego nie odbierała telefonu?

Nim zdołał  się dobrze nad tą kwestią zastanowić od ścian odbił się echem rozdzierający wrzask. Matt podskoczył i skrzywił się instynktownie. Krzyk rozległ się po raz drugi, tym razem głośniej a on wstrzymał oddech uświadomiwszy sobie, że gdyby nie to, że było to niemożliwe pomyślałby, że to Elena i natychmiast popędziłby jej na ratunek. Podobieństwo było wręcz upiorne tym bardziej, że dotąd nieobecni Stefan i Caroline jak burza wbiegli do Pensjonatu i pognali do piwnicy. Nie namyślając się długo Matt popędził z nimi.

Zatrzymali się przed lochem w którym znajdowała się Katherine. To jej krzyk postawił wszystkich na nogi i mimo, że Stefan klęczał przy niej i starał się ją uspokoić,  ona wiła się na zakurzonej betonowej posadzce, jęcząc z bólu, choć zdawać by się mogło, że fizycznie nic jej nie dolegało. Kurczowo zaciskała powieki a pomiędzy kolejnymi cierpiętniczymi okrzykami dało się wyłapać pojedyncze, niewyraźne słowa.

- Co jej jest?- zapytał Matt, starając się przekrzyczeć jej wrzaski.

- Kathrine, proszę odezwij się- szepnął Stefan do ucha brunetce- powiedz, co się dzieje. Inaczej ci nie pomogę a wiesz, że tego chcę. Kath, ocknij się…

- Zostawcie nas w spokoju!- wydarła się wampirzyca nispodziewanie nieswoim, basowym głosem- niszczycie naturę, zaburzacie równowagę. Tylko ja mogę decydować o tym, kto ma przywilej nieśmiertelności.

- Katherine?- zapytała niepewnie Caroline, wymieniając przerażone spojrzenie ze Stefanem. Katherine otworzyła oczy szeroko, ale to co blondynka w nich zobaczyło sprawiło, że gwałtownie odskoczyła, łapiąc się za serce. Niegdyś orzechowo-czekoladowe tęczówki teraz były całowicie czarne, pozbawione białek.

- Nie wyciągajcie brudnych łap po coś, co nie należy do was, bo nie znacie mocy excitatio prodit ani mojej. Lek ma już swoje przeznaczenie a jeśli spróbujecie pokrzyżować mi plany pożałujecie.

- O czym ty…

- STEFAN!- ten krzyk w niczym nie przypominał poprzednich, ani ostatniej przerażającej wypowiedzi. Był przepełniony rozpaczą, bólem, ale i radością, jakby sam wydźwięk tego słowa sprawiał dziewczynie przyjemność…

- Elena?- wyszeptał Stefan niejasno, wywołując zdziwienie przyjaciół, ale nie zdołał niczego wyjaśnić, bo w tym samym momencie Kathrine osunęła się w jego ramionach, tracąc przytomność.

 

 *

A tymczasem gdzieś tam w dalekim świecie Elena Gilbert wiła się na swoim kamiennym posłaniu przy akompaniamencie przeraźliwego rechotu swej oprawczyni. Jej ból stanowił pożywkę dla wiedźmy, która w tej chwili po raz kolejny wdzierała się w jej umysł rozkoszując się jej krzykami. Wreszcie brunetka przestała walczyć i w tym momencie kobieta zrozumiała, że udało jej się zainicjować słabe połączenie. Widziała ją na wylot, ale jej zmysły sięgały dużo dalej niż osłabiona cierpieniem dusza panienki Gilbert. Patrzyła na świat oczyma Katherine Pierce, wreszcie po tylu latach miała ją jak na widelcu. Odezwała się i poczuła wszechobecną potęgę, gdy jej myśli krystalizowały się i wypływały wraz ze słowami ze spierzchniętych ust panny Pierce. Wiedziała, że sprawiała im ból i delektowała się każdą chwilą ich wspólnego cierpienia. Przerażenie na twarzy przyjaciół najnowszego sobowtóra wywołało jej pierwszy od wieków, szczery uśmiech. Gdy już miała posunąć się o krok dalej niespodziewanie pod jej powiekami pojawiły się dziwne, migające obrazy, które kompletnie nie wiązały się z potomkami Pertovych a potem jej uszu doszedł wrzask, który nie należał do żadnego z sobowtórów. Poczuła silne ukucie w klatce piersiowej a ból ten z każdą chwilą się nasilał. Spróbowała się wycofać, ale wszystko na nic- mrok pochłonął wszystkich członków zdradzieckiego rytuału.

„-Wstrętne ludzkie ograniczenia”- przemknęło jej przez myśl i w tym samym momencie poczuła silny ucisk w każdym mięśniu ciała z osobna i jakaś niewidzialna siłą odrzuciła ją daleko w tył, zrywając tym samym dziwne połączenie. Kobieta osunęła się po kamiennej ścianie i zgłuchym łoskotem upadła na kolana. Jej płaszcz zsunął się z jej ciała ukazując śliczną postać około dwudziestoletniej dziewczyny. Dziewczyny, której czarne włosy tkwiły w nieładzie,błękitne błękitne oczy wyrażały czyste przerażenie a szeroko otwarte, pełne wargi kompletną dezorientację i szok. Podbiegła do kamiennego stołu na którym leżała Elena, ale to co zobaczyła wywołało jej pełen wściekłości okrzyk. Brunetka była blada jak ściana, nieruchoma i przeciętny człowiek pewnie stwierdziłby, że martwa. Jednak wiedźma wiedziała, że to nieprawda i to tym bardziej wyprowadziło ją z rownowagi. Skupiła całą swoją moc, skoncetrowała ją na wampirzycy i spróbowała ponownie wtargnąć w jej umysł, ale pomimo ogromnej energii jaką dysponowała nie udało jej się to.

-NIE!!!- krzyknęła wściekle i niemal zmieżdżyła telefon w palcach, gdy wybierała dobrze sobie znany numer. Osoba po drugiej stronie aparatu odebrała już po pierwszym sygnale.

- Marcel, coś poszło nie tak. Ktoś namieszał i nie udało mi się…- zaczęła, nie kryjąc irytacji.

- Połączyłaś je? Przekazałaś wiadomość?- przerwał jej mężczyzna z przejęciem.

- Tak, ale ktoś mi przerwał rytuał. – warknęła kobieta- Ktoś się w to wmieszał i teraz już nic nie możemy zrobić. Gdybym tylko miała własne ciało…

- Kto to był, Devina?- głos Marcela niemal drżał z niepokoju- Kto?

- Pewnie jakiś Podróżnik, nikt inny nie ma takiej mocy, by wejść w czyjś umysł.- to jedno zdanie zawisło nad nimi niczym burzowa chmura, zwiastująca problemy.

- A co z sobowtórami?- wyksztusił w końcu mulat- Wiesz, że lekarstwo nie może trafić w ich ręce a mają nad nami przewagę liczebną…

- Mówisz o sługusach drogiej Eleny?-prychnęła dziewczyna lekceważąco- Nie będą przeszkadzać, mają ważniejsze problemy na głowie, o ile oczywiście trzymasz Pierwotnych w ryzach…

- Problemy? Jakie?

Davina uśmiechnęła się z mściwością.

- Jak  obudzić z wiecznego snu ich ukochaną księżniczkę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozdział 6.- Spowiedź

04 sie

 

Niepokój.

Dreszcze.

Chłód.

Duszność.

Ból.

Krzyk.

Więcej bólu.

Ogień pozbawiony iskier.

Błaganie.

Pytanie, na które tak ciężko udzielić odpowiedzi.

„Co się dzieje?”

„Moja głowa”- bo to tam rozgrywa się ten koszmar.

Uciekające sekundy.

Dłużace się minuty.

Świadomość tego co się dzieje, wypalona przez kolejną falę bólu.

Ból, Ból, ból…. Nic poza tym nie istnieje, nie ma racji bytu.

Ciśnienie w końcu jest zbyt wysokie i osiąga swoj punkt kulminacyjny…

Eksplozja.

Poezja kolorów i kształtów, cierpienie zacierającące granice między jawą a snem.

Ciemność.

Ulga, niczym lemoniada w upalny poranek….

Ale czym tak naprawdę jest poranek? Czym jest upał?

To takie przyziemne określenia. Nic znaczącego dla unoszącej się ekspresji. Choć nie pierwszy raz uwalniasz umysł spod niewoli ciała zawsze czujesz się tak samo. Nie ma znaczenia, ile czasu mija. Nie ma znaczenia, że tam gdzieś obok pewna śliczna mulatka rozpacza nad ciałem, które wcale nie jest martwe. Nie ma znaczenia, że wcale nie chcesz wracać, bo i tak jesteś zmuszony do wiecznej tułaczki. Z dala od miłości, z dala od ciepła. W ciele podatnym na zranienia. Taka jest kara za złamanie wszystkich reguł.

Wiesz, co musisz zrobić. Musisz jej pomóc. Ale przede wszystkim musisz pomóc sobie, bo im więcej czasu spędzisz tutaj tym trudniejszy będzie powrót. I przede wszystkim bardziej bolesny. To taki rodzaj bólu, na który nie sposób się uodpornić. Pragniesz tylko porozmawiać z jedyną osobą, która może ci pomóc. Masz tak niewiele czasu, by przekonać ją do swoich racji a przecież nie mozesz nawet użyć siły. Ducha nie da się zranić. A tym bardziej gdy jest nim ponad tysiącletnia czarownica.

„Czego chcesz”- pyta, głosem wypranym z emocji. Odwracasz głowę. Widzisz ją, tak podobną do córki a jednocześnie tak inną. U tamtej też szukałeś ratunku, jednak tylko potęga pokona inną potęgę. Na własną siłę już nie możesz liczyć. Już nie ufasz swoim mięśniom ani podstępom. Zbyt wiele razy zawiodły. Dawniej nie rozumiałeś jak to jest zwracać się przeciw najbliższym. Teraz wiesz, że często nie ma innego wyboru. Ci najukochańsi mogą się okazać zupełnie obcy, mogą być twoim najgorszym katem. Sam dobrze pamiętasz jak to boli. Nie chcesz myśleć o tym, co musisz zrobić, by osiągnąć cel. Wybór między tym, co dawniej zdawało się być miłością twego życia a tym, co jest twoim całym światem i spełnieniem wszystkich marzeń nie jest łatwy. Coś musisz odrzucić, bo te dwie rzeczy nie mogą ze sobą współistnieć. Robisz to, by nie zranić nikogo a na końcu i tak wszyscy cierpią. Prawo dżungli jest okrutne. Wygrywa zawsze silniejszy. Ale czy na pewno?

„Nie tym razem”- odzywa się Esther, podchodząc do ciebie na odległość ramienia-” jesteś przeklęty, ale nie przegrałeś. Musisz tylko zrobić to, co do ciebie należy”.

„Muszę odzyskać pełną moc”- odpowiadasz, pewien, co za chwilę usłyszysz.

„Niemożliwe”- tak, te słowa słyszysz już dosyć często.”To zakłóci równowagę”.

„Jej działania zakłócają równowagę”-mówisz, siląc się na spokój. Esther Mikealson nie była łatwa jako człowiek, ale jako duch jest o wiele bardziej irytująca niż mogłoby się wydawać. Nie wiesz tego, bo nie znałeś jej w zamierzchłych czasach. Słyszałeś z pewnego zródła. Zródła, które teraz próbuje odebrać ci to, co kochasz choć dawniej przysięgało nigdy nie zranić. Obietnice nie są trwałe. Nic nie jest wieczne. Nic poza miłością.

„Proszę”-niemal błągasz, wiesz, że nie pozostało ci wiele czasu. I wtedy, gdy widzisz ten zacięty błysk w oczach ducha chwytasz się ostatniej deski ratunku.

„Pomogę ci naprawić błędy przeszłości. Wiesz, że mogę.”- mówisz a w oczach Esther pojawia się coś, czego dotąd u niej nie widziałeś. Zastanawiasz się chwilę, co ci to przypomina. I wtedy gdy czujesz gwałtowne szarpnięcie, zwiastujące rychły powrót już wiesz. To nadzieja.

„Musisz zrobić, co ci karzę”-słyszysz w głowie echo słów Esther. Słuchasz wszystkich instrukcji bardzo uważnie, tak by nie uronić ani jednej litery z jej wypowiedzi. Wiesz, jakie to ważne. Coraz trudniej jest ci się utrzymać na powierzchni. Słowa ducha zlewają się w jedną wielką kakofonię dzwięków, słyszysz wrzaski dobywające się jakby z oddali i już nie mozesz się skupić na niczym, poza rozdzierającym cię wewnętrznie bólem.

„Pomogę ci”- słyszysz jeszcze, nim znów lądujesz w swym ciele, spazmatycznie łapiąc oddech. Wszystkie mięsnie palą cię żywym ogniem i nawet wzmożona praca klatką piersiową stanowi nie lada wyzwanie, ale mimo tych niedogodności czujesz się o niebo lżej. Wreszcie czujesz, że wszystko co robisz ma sens. Twoje życie znów ma znaczenie.

 

- Jak mamy to rozumieć?- spytała Caroline, zerkając niepewnie na równie zaskoczonego Tylera. Żadne z nich nie odezwało się ani słowem od dobrych dwudziestu minut, w skupieniu słuchając relacji zaaferowanego Bena.

- Może puknąłeś się w głowę?- spytał Jeremy- albo przeszedłeś coś na zasadzie magicznej śmierci klinicznej i coś ci się przyśniło? Jest też opcja, że nas zwyczajnie okłamujesz.

- Jeremy- ofukneła go Bonnie, siadając obok Bena na kanapie- w Damona się bawisz? Ben by nas nie okłamał.- rzekła z pewnością, ściskąjąc dłoń czarownika- Miał dość mocy, by przejść przez barierę. Widział Esther. I wrócił.- ostatnie słowo wypowiedziała z niemal namacalnym wzruszeniem i ku zaskoczeniu wszystkich a w szczególności Bena mocno go do siebie przytuliła. Blondyn niepewnie odwzajemnił uścisk, zerkając na Jeremy;iego ponad jej ramieniem. Chłopak zacisnął usta w wąską linię i odwrócił głowę w drugą stronę, co nieco poprawiło mu humor.

Zazdrość Jeremy’iego  go niesamowicie bawiła. Chłopak niedługo miał skończyć siedemnaście lat a zachowywał się jak szczeniak. Jakby nie mógł z nią po prostu porozmawiać, dowiedzieć się co i jak. Bonnie nie zwracała na to najmniejszej uwagi, ale Ben wiedział swoje i czasami specjalnie dawał mu powody do zazdrości. Chciał zobaczyć, kiedy pęknie i co  wtedy zrobi. Póki co niewiele mu brakowało, by stracić nad sobą panowanie. Bardzo niewiele.

- Więc twierdzisz, że zmarła Pierwotna Czarownica, tudzież niedoszła dzieciobójczyni postanowiła tak z dobroci serca pomóc nam zrobić to… co zrobić zamierzamy?- spytał Stefan, nie kryjąc podejrzliwości a Ben uśmiechnął się mimo woli. Oczywiście powiedział im o tej bardziej dla nich korzystnej części układu. Zabicie Pierwotnych z uwagi na to, że przeważająca część osób, znajdujących się w tym pokoju została zrodzona z ich krwi na pewno by im się nie przysłużyła. Ale to była jedyna opcja, by odzyskać pełnię mocy i nie zamierzał tego zmarnować na wyrzuty sumienia, których nie czuł niemal nigdy czy też na głupi, ludzki błąd. Nie był głupcem, ani człowiekiem i musiał postępować tak, jak podpowiadał mu instynkt. W tym starciu żałował jedynie „czekoladki”, którą trzymał w objęciach. Straci tak wielu ludzi, na których jej zależy… Mimo to będzie bezpieczna i ta myśl przynosiła ukojenie. Wbrew sobie polubił ją i nie chciał, by spotkała ją jakaś krzywda, choć oczywiście gdyby zaszła taka potrzeba…

- Powiem to jeszcze jeden raz i powtarzać nie zamierzam- odezwał się, chcąc przepędzić mordercze myśli w obawie przed tym, że przyjaciele dostrzegą wyraz jego twarzy i nabiorą podejrzeń- podczas pełni księżyca, w mistycznej części świata Bonnie i ja odprawimy rytuał, który poskromi duchy natury i pozwoli nam zapanować nad mocą, jaka we mnie drzemie a raczej ją uwolnić. Poznam przeszłość swoich przodków i wszystkie ich tajemnice. Dopiero wtedy będę w stanie wam pomóc.

- I potrzebujesz do tego dwunastu czarownic, krwi sobowtóra, wilkołaka i wampira oraz kawałek białego dębu?- upewnił się Matt, z powątpiewaniem spoglądając na przyjaciół.

Ben jednak nie zdołał odpowiedzieć, bo w tym momencie rozdzwonił się telefon. Bonnie zmarszczyła brwi i sięgnęła do tylnej kieszeni dżinsów, wyjmując wibrujące urządzenie. Zerknąła na wyświetlacz i przewróciła oczami przykładając słuchawkę do ucha.

- Czego chcesz Damon?- spytała, nie kryjąc irytacji związanej z faktem, że marnował jej cenny czas. Stefan wbił w nią pytające spojrzenie, ale czarownica tylko pokręciła głową z miną pod tytułem:” Nie mam pojęcia o co chodzi, ale błagam, niech ten dupek  da mi święty spokój”.

- Och, spokojnie czekoladko- wampiry w salonie usłyszaly kpiącą odpowiedź Damona- nie myśl, że dzwonię do ciebie, bo jesteś „taka zajebista”. Z doświadczenia wiem, że magia i łóżko to złe połączenie…

- Do rzeczy palancie, albo przypalę cię przez telefon…

- Ponieważ wiem, że słucha tego zarówno mój ukochany marudzący wiewiórko-pożeracz jak i nasza pusta plastick-fantastick razem z  wilczkiem, który najwyrazniej gdzieś zgubił pana i obrożę,a jakoś nie mam specjalnie ochoty prowadzić z nimi dyskusji pod tytułem:” coś ty znowu spieprzył Damon” stwierdziłem, że jedynie rozmowa z kimś kto podobnie jak ja musi się zmuszać do  trzymania telefonu przy uchu  daje mi możliwość, żeby przekazać im tę radosną nowinę: Elenę porwała zgraja zakompleksionych czarownic i nie mam pojęcia gdzie teraz jest.

Bonnie zamarła ze słuchawką przy uchu i spojrzała na oniemiałych Tylera,Stefana i Caroline. Cisza przedłużała się w nieskończoność a w pokoju słychać było jedynie nierówne oddechy Matta i Jeremy’iego…

- Co jest grane do cholery?!- zawołał młody Gilbert. Przyjaciele spojrzeli na niego niepewnie i wreszcie głos zabrała Caroline.

- Tylko spokojnie…- zaczęła i wtedy już obaj chłopcy wiedzieli, że wiadomość, którą zamierzała im przekazać wcale nie będzie przyjemna w odbiorze.

TYDZIEŃ PÓZNIEJ

„A co jeśli nie żyje?”- zastanawiał się Damon, przemierzając opustoszałe ulice Chicago, i wzdrygnął się na samą myśl:”Chyba czułbym, że umarła, prawda? Podobno każdy czuje, gdy nagle traci miłość swojego życia. To  jak telepatia między kochankami czy coś… Skoro tego nie czuję, to znaczy, że nic jej nie jest”.

Takie myśli towarzyszyły mu od przeszło tygodnia, gdy to na jego oczach porwano Elenę. Pluł sobie w brodę, że spuścił ją na ten jeden moment z oka, że pozwolił jej się wtedy oddalić, choć miał dość siły, by zatrzymać ją w miejscu. Przecież to była Elena do cholery! Co z tego, że mieli chwilowy i to w dodatku niepewny spokój od Klausa, gdy ta kobieta stanowiła istny magnez na wszelkie nadnaturalne kłopoty? Nigdy, odkąd ją znał nie była w pełni bezpieczna. Jeśli sam nie stanowił zagrożenia, rolę tę przejmował ktoś inny. Czemu tym razem sądził, że jest inaczej?

Z drugiej strony to była jej wina. Idiotka! Obrażać się w takim momencie! Zgrywała księżniczkę na ziarnku grochu, obrończynię moralności i wszelkich cnót i teraz dostała za swoje. Najpierw każe mu pilnować własnych spraw a gdy dokładnie to robi ona nagle znów twierdzi, że powinien działać na jej zasadach. A kto jej dał prawo do decydowania o jego życiu? Kto jej powiedział, że jej zasady są lepsze od wszystkich innych? To ona powinna się nad sobą zastanowić i to poważnie. To, że była taka piękna, pełna gracji, mądra, dobra i wnosiła do jego życia światło nie oznacza jeszcze, że…

A może jednak? Czy to nie dla niej tak bardzo się zmienił? Kto inny byłby w stanie wyzwolić w nim pokłady dobra o których nie miał pojęcia? I co z tego, że tylko jej to okazywał? Przecież wszyscy jej przyjaciele również na tym korzystali. Czy to oznaczało, że stał się kolejnym Stefciem?

Zaraz sam zbeształ się w duchu za taką irracjonalną myśl. Oczywiście, że w żadnym stopniu nie przypominał swojego pacyfistycznego braciszka. W przeciwieństwie do Stefana on nigdy w życiu nie pozwoliłby jej na te wszystkie głupoty, jakie notorycznie popełniała. Zamknąłby ją w piwnicy Pensjonatu albo innym równie niedostępnym miejscu, dopóki sama nie przyznałaby, że to co robi to największy absurd wszechczasów. Gdyby poddał się tej pokusie, gdy ogarnęła go po raz pierwszy nigdy nie wyjechałaby z Mystick Falls. Zapewne nigdy też nie stałaby się wampirem ani  nie miałaby styczności z Klausem. A przynajmniej nie za jego życia. I co z tego, że zapewne znienawidziłaby go tak, jak jeszcze nigdy dotąd? Czyż to nie nienawiść obok miłości jest najgorętszym uczuciem pod słońcem? Był gotowy na to poświęcenie. Właściwie to robił już tak nie raz. Jej nienawiść kontra jego miłość- tak, tej namiętności nawet ona nie potrafiła się przeciwstawić.

Wspomnienia zalały jego umysł wywołując drwiący uśmiech. Przypomniał sobie te wszystkie chwile gdy wyczuwał jej przyspieszony puls, gdy w jego obecności zamierała i przestawała oddychać, gdy drżała pod jego spojrzeniem i dotykiem. Za każdym razem odczuwał niekłamaną satysfakcję, bo okazywało się, że nawet panienka Gilbert nie może przez wieczność opierać się jego urokowi. Choć to raczej nie o urok tu chodziło. Ona nie mogła się oprzeć temu napięciu, jakie się między nimi tworzyło i namiętności, która rozpalała zmysły i zamieniała krew w przyjemny ogień. Testował ją i uwodził przez ponad rok aż wreszcie pocałował w tak nieoczekiwanym momencie, że po raz pierwszy nie zdążyła na czas zbudować swojej linii obrony i wreszcie zupełnie bezwiednie oddała pocałunek. Najczulszy, najsłodszy pocałunek w jego życiu, choć z pewnością nie był delikatny. Wpił się w jej wargi jak gdyby były jedynym, czego potrzebował do życia i rozkoszował się jej smakiem aż wreszcie uświadomił sobie, że musi się od niej oderwać. Ona była skołowana, niepewna i być może nawet przerażona tym, że pozwoliła mu na coś podobnego. On z romarzeniem życzył jej dobrej nocy i odszedł licząc na to, że chłodne powietrze nieco go otrzeźwi i ostudzi krew szumiącą mu w uszach. Tak się jednak nie stało.

Jak zawsze po chwili chwały i triumfu nastąpił całkowity zwrot akcji. Gdy usłyszał z jej ust, że jego milość to dla niej problem postanowił, że będzie dobrym przyjacielem i zajmie się owym „problemem”. To wtedy przespał się z Rebekah i to wtedy po raz pierwszy widział tak wyraźną zazdrość w oczach Eleny. Jego natura nie pozwoliła mu ukrywać satysfakcji płynącej z tego faktu, jednak pogodzili się dużo później po tym, jak dziewczyna rzuciła się na niego w hotelu. Przestał myśleć w chwili, gdy ich usta się złączyły. Była taka wygłodniała i pozwoliła mu na tak wiele, że wszystko w nim aż krzyczało ze szczęścia. Być może gdyby nie przeszkodził im Jeremy doszłoby do czegoś więcej niż tylko dzikie pocałunki i namiętne, gwałtowne pieszczoty. Dopiero kilka godzin później dowiedział się, że to był jedynie test, którego nie zdał. Po kilku dniach, gdy był pewny swojej rychłej śmierci wiadomość o decyzji Eleny jeszcze go przytłoczyła. Wybrała Stefana. To zawsze jest i będzie Stefan, więc po co tak bardzo się starał? Dlaczego nie potrafił odpuścić wtedy i nie odpuszczał teraz, po tym jak po raz kolejny utwierdziła go w przekonaniu, że bez względu na to, co się między nimi wydarzyło wciąż trzyma się swojego wyboru? Gdyby teraz zostawił ją w spokoju pozbyłby się problemu. Wiedział jednak, że natychmiastowo ogarnęłaby go ropacz- straciłby nie tylko najlepszą przyjaciołkę, jedyną osobę która go rozumiała i która go wspierała, ale także straciłby sens życia. Jak miałby żyć bez niej? Czy można żyć bez światła?

- Frajer- skomentował własne przemyślenia zgryźliwie. Był frajerem, bo mimo, że chciał ją ocalić to ona nie chciała mieć z nim nic wspólnego właśnie z powodu metod, jakie w tej chwili stosował i to było błędne koło.

- Potwierdzam- powiedziała Abby Bennett, mierząc go nieprzychylnym spojrzeniem. Robiła to od dwóch dni, gdy to znalazł ją na nowojorskiej ulicy pożywiającą się na jakimś Bogu ducha winnym człowieku i uznając, że może mu się przydać bezceremonialnie wpakował do swojego samochodu. Od pierwszej chwili go irytowała, gdy wyczuła zapach Eleny i zaczęła go raczyć swoimi tandetnymi żarcikami, więc po prostu oszczędził sobie cierpienia i złamał jej kark. Od tamtej chwili robił to co godzinę, gdy tylko się ocknęła. Fakt, że jeszcze się trzymała na nogach wynikał jedynie z konieczności.

- Powiedz mi, który to dom- polecił chłodno, potrząsając nią z całej siły. Mulatka syknęła z bólu i z wielce niezadowoloną miną wskazała ruchem głowy na ceglasty budyneczek z drewnianymi oknami. Był niepozorny, ale Damon wiedział, że taki właśnie ma się wydawać przypadkowemu przechodniowi. Zacisnął usta w cienką linię i pociągnął kobietę za sobą, wchodząc na ganek posiadłości. Nie wysilił się nawet na to, żeby zapukać- po prostu wparował do środka. Gdy tylko przekroczył próg już wiedział, że się nie pomylił. Gdyby ten dom zamieszkiwali ludzie niewidzialna bariera nie pozwoliłaby mu wejść do środka. Podróżnicy nie byli jednak ludźmi. Ani trochę.

Już w pierwszych latach swojego wampirzego życia słyszał o tej legendarnej grupie czarownic, jednak nigdy tak naprawdę w to nie wierzył. Podobno mieli niezwykłe moce, pozwalające na „podróżowanie” w ciele innej osoby, ale ile z tego prawdy nie miał pojęcia. Po porwaniu Eleny robił wszystko, by ją odnaleźć i w końcu wpadł na trop- musiał przeprowadzić małą masakrę w jakimś obskurnym barze i uciec się do tortur względem Abby, ale w końcu dowiedział się tego, co chciał i tak znalazł się tutaj, wywołując wśród dziesiątki gapiów niemałe poruszenie.

- Wybaczcie, że bez zaproszenia, ale niestety nie udało mi się go zdobyć- zażartował, popychając byłą czarownicę przed siebie.

- Jak mogłaś nas wydać Abby?- pisnęła jakaś na oko szesnastoletnia dziewczyna a gdy Damon na nią spojrzał, dostrzegł łzy, sływające po jej pyzatej twarzy. Reszta zebranych była od niej kilka lub nawet kilkanaście lat starsza, ale nikt nie wykonał nawet jednego ruchu w jego kierunku, wpatrując się w niego z wyraźnym przerażeniem. Więc to prawda. W imię nieśmiertelności Podróżnicy wyzbyli się mocy, którą posiadali w zamian za umiejętność przeżycia kolejnych lat w ciele innej osoby jako jej pasażer do momentu, aż czas owej osoby nie przeminie i będą zmuszeni poszukać nowego nosiciela. Inaczej zapewne  użyliby jakiegoś zaklęcia i już dawno padłby trupem. Damon uśmiechnął się sadystycznie. To zdecydowanie ułatwiało mu sprawę.

- Ładnie proszę, żebyście dowiedzieli się gdzie znajdę moją przyjaciółkę- rzekł, ale w jego oczach pojawił się groźny błysk, który wyraźnie mówił, co się stanie jeśli go nie posłuchają.

- Nikt ci tu nie pomoże wampirze- odezwał się wysoki napakowany brunet, który najwyraźniej był kimś w rodzaju ich lidera- odejdź.

- Chyba się nie rozumiemy- odezwał się Damon, przerażająco spokojnym głosem i w jednej sekundzie złapał go za gardło, unosząc nad ziemią co wywołało zduszony jęk zebranych- wiesz, co ci zrobię jeśli się nie sprawdzisz?

Mężczyzna poczerwieniał na twarzy a jego oczy otworzyły się szeroko, gdy próbował za wszelką cenę złapać oddech. W momencie, gdy Damon zamierzał w sposób poetycki oderwać mu głowę, jako przestrogę dla innych drewniany szpikulec wylądował pomiędzy jego żebrami, o cal od serca. Jęknął i upadł na kolana, rzucając bruneta na ziemię. Pyzata dziewczynka podbiegła do parskającego mężczyzny  i pomogła mu wstać, tuląc delikatnie. W tej samej sekundzie Damon wyjął zbrodnicze narzędzie ze swego ciała i odrzucił w stronę swego oprawcy. Drewno przebiło krtań rudowłosej kobiety po trzydziestce i ta nie zdążyła nawet mrugnąć, gdy martwa upadła na ziemię. Podróżnicy przyszykowali tymczasem kolejne śmiercionośne narzędzia, gotując się na walkę…

- Dosyć!- zawołała Abby, przerażona- on ma dostęp do krwi sobowtóra z rodu Petrovej. Zaproponuj im wymianę Damon.

Brunet zmarszczył brwi, rzucając wampirzycy pytające spojrzenie a tymczasem Podróżnicy zastygli w bezruchu, wpatrując się w Salvatore’a z nieskrywanym zainteresowaniem.

- To prawda?- zapytał jeden z nich.

- Zależy o co chodzi- odparł Damon, zerkając na nich podejrzliwie. Ciekawe, dlaczego im nie ufał…

- Krew sobowtóra odczyni klątwę, jaką na nas nałożyli nasi przodkowie- wyjaśniła nieśmiało pyzata dziewczynka- będziemy mogli odzyskać moc nie tracąc nieśmiertelności i nie krzywdząc nikogo.

- Skąd ja to znam- westchnął Damon, kręcąc głową z politowaniem- niech będzie, dam wam krew sobowtóra, ale tylko pod warunkiem, że pomożecie mi odnaleźć moją przyjaciółkę.

- Zgoda- odparła natychmiast dziewczynka.

- Nie ma mowy Nelly !- zaprostestował mężczna, który wciąż opierał się jej na ramieniu.

- Spokojnie- westchnęła- będzie dobrze. Musicie mi zaufać i pozwolić się połączyć z tą dziewczyną. To tylko chwila a potem będziemy wolni.

Zerknęła na towarzyszy : wszyscy jak jeden mąż zgodnie skinęli głowami i ustawili się w okrąg, chwytając się za ręce.

- Ponieważ jej nie znam, musisz mi o niej opowiedzieć- powiedziała Nelly, niespodziewanie ciągnąc Damona w stronę środka owego okręgu- musisz mnie chwycić za rękę i przekazać część swoich uczuć.

Damon zamyślił się na moment. Nie lubił mówić o uczuciach, ale tu chodziło o Elenę…

- Jest piękna- zaczął niepewnie- ma długie ciemnobrązowe włosy, które w dotyku przypominają jedwab i zawsze pachną jabłkami. Jej oczy są jak płynna czekolada i potrafią przejrzeć człowieka na wylot jednym tylko spojrzeniem. Uśmiecha się olśniewająco i zawsze gdy się śmieje w jej policzkach pokazują się urocze dołeczki. Jest mąrda, miła, życzliwa, współczująca i pełna życia. Jest dobra i charyzmatyczna….

- Kochasz ją- szepnęła Nelly i nagle jej źrenice powiększyły się do niemożliwych rozmiarów całkowicie przesłaniając białka i tęczówki. Dziewczyna zachwiała się niebezpiecznie i upadła na podłogę bez przytomności.

 

Jej życie od samego początku było idealne: kochająca, wspierająca się rodzina, lojalni przyjaciele i szkolna popularność- wszystko przychodziło jej z łatwością. Już w podstawówce wszyscy podziwali jej urodę, chłopcy oglądali się za nią z pożądaniem a dziewczęta z zazdrością. Nigdy jednak nie nabawiła się realnych wrogów- jej pozytywna energia i złote serce zjednywały ludzi. Upór, zapał i zamiłowanie do wysiłku fizycznego szybko zapewniły jej miejsce w drużynie chearladerek a nauka i zdobywanie dobrych stopni nie stanowiły dla niej żadnego wyzwania.

Krzyknęła po raz pierwszy, czując nieopisany ból i widząc pod powiekami kalejdoskop obrazów, które próbowała ułożyć w spójną całość. Pot spływał po jej czole strumieniami, ale ona nawet tego nie dostrzegała. Nie znajdowała się tu, gdzie jej ciało… Widziała i czuła dużo więcej niż można to sobie wyobrazić…

 

Z rodzicami i ciocią Jenną miała zawsze świetny kontakt- o wszystkim z nimi rozmawała i mimo tylu kłopotów, których im przysporzyła oni zawsze ją wspierali. Pamiętała przecież te wszystkie imprezy, o których wiedziała jedynie Jenna, będąca zawsze  najbardziej rozrywkową osobą w rodzinie. Pamiętała jak w piątej klasie popalała papierosy razem z Caroline, Bonnie i Mattem a w siódmej zioło razem z Tylerem. Pamiętala, jak po raz pierwszy się upiła, co skończyło się pięcioma szwami i tygodniowym szlabanem. Przez rok jej to wypominali, traktując tę historyjkę jak świetną opowiastkę przy rodzinnych obiadkach…

Kolejny krzyk przerwał wszechobecną ciszę. Pomimo jej błagań zakapturzona postać nie ujęła jej cierpienia wręcz przeciwnie: jeden ruch dłonią sprawił, że pulsujący ból w skroniach stał się na tyle silny, że jej skóra popękała a w miarę upływu krwi jej umysł zalewała kolejna fala wspomnień…
Pamiętała, jak z przyjaciółmi ukradła samochód swoich rodziców i zrobiła sobie wycieczkę do Vegas, co skończyło się nocą spędzoną w areszcie i kolejnym szlabanem, tym razem na miesiąc. Pamiętała, jak przeżywała zakaz imprezowania i wychodzenia z domu. To wtedy Matt i  Tyler, razem z butelką taniego wina znalezli sposób na wkradanie się do jej sypialni za pomocą dębu, rosnącego za oknem. Rozmawiali, śmiali się i pili a gdy tylko słyszeli kroki na schodach zaraz chłopcy chowali się do szafy albo do łazienki. To tam nakrył ich kiedyś Jeremy i wymusił na siostrze „dwutygodniowe niewolnictwo” w zamian za milczenie, co ich rodzice uznali za przejaw jakiejś dziwnej choroby. Pamiętała tych wszystkich chłopaków, z ktorymi flirtowała i swój początek związku z najlepszym przyjacielem Mattem gdy miała czternaście lat. Pamiętała eksycytację, gdy zdawała Caroline szczegółową relację z ich pierwszego pocałunku. Pamiętała, jak cieszyły ją wszystkie najdrobniejsze gesty, które robili jako para. Pamiętała swój pierwszy seks gdy miała niecałe szesnaście lat- niezdarny, zabawny, swobodny ale i romantyczny, czuły i delikatny. Pomimo upływu lat nie zamieniłaby tego doświadczenia na żadne inne. Byli uważani za najfajniejszą parę w szkole: chearladerka-  królowa szkoły i rozgrywający, podziwiany przez fanów sportu i miłośniczki sportowców.  Pamiętała wszystkie imprezy na rozpoczęcie lub zakończenie sezonu, w których brali udział a które zwykle kończyły się dzikim seksem w samochodzie lub w lesie. Byli betroscy i bez zażenowania smakowali wszystkich aspektów życia. Aż w pewnym momencie wszystko uległo zmianie…

Wiła się na kamiennym posłaniu, bezwiednie wbijając paznokcie w twardą powierzchnię. Gdy się pokruszyły a jej palce zaczęły krwawić zakapturzona postać uśmiechnęła się jedynie złowieszczo…

 

Najpierw Vicky i Matta zostawiła matka, która wyjechała nie wiadomo dokąd z jakimś nowopoznanym facetem. Elenie serce pękało, gdy widziała jego smutek ale krok po kroku pomagała mu odbudowywać życie, które nagle zwaliło mu się na głowę. Jako przyjaciółka. To właśnie wtedy Matt wyznał jej miłość po raz pierwszy na poważnie i zaczął snuć plany na przyszłość. Z dnia na dzień musiał dojrzeć by zaopiekować się siostrą i domem, więc po prostu szukał stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa, ale Elenę to wszystko przerażało. Jeszcze do tego nie dorosła i bała się przyznać, że jej troska o niego i miłość, którą go dażyła była braterska i nie miała nic wspólnego z porywczym uczuciem, jakie towarzyszyło jej niemal od przedszkola. Kochała go, ale nie była już zakochana, więc od pewnego czasu przestała odpowiadać na jego wyznania miłości. On był chyba jedyną osobą w ich otoczeniu, która nie dostrzegała, że między nimi coś się psuje. A może był po prostu jedynym, który nie chciał tego dostrzec? Potem ta ich kłótnia na imprezie i śmierć rodziców Eleny. Wszystko się zmieniło- mimo wsparcia jakiego udzielili jej przyjaciele na jakiś czas odcięła się od nich, skupiając się na bracie, który zaczął ćpać. Chłopak nic sobie nie robił z jej wymówek, bo sam przecież wielokrotnie widział dzikie wybryki dziewczyny a jako sierota czuł się bezkarny nawet wobec ciotki Jenny, która z dnia na dzień rzuciła wygodne życie w Nowym Jorku by zaopiekować się siostrzeńcami.

Rozpacz i nieopisany ból. Emocje, których wyzbyła się dawno temu zastępując je smutkiem i spokojem znów dawały o sobie znać, wyciskając z jej oczu łzy i wywołując gwałtowny szloch. Błagała o litość, nie chciała znów tego czuć, nie chciała tego ponownie przeżywać. Krzyczała i drżała konwulsyjnie, gdy kolejna porcja wspomnień doprowadzała ją do szału…

Zastosowała się do ostatniej rady rodziców i zerwała z Mattem. Zraniła go bardzo i siebie również, ale nie mogła żyć w związku bez przyszłości. Wcześniej była na to niegotowa. Teraz czuła się po prostu zbyt dojrzała na takie zabawy. Spędziła całe cztery miesiące w samotności radząc sobie z narkomanią brata, własnym bólem i wspomnieniami, które raniły najbardziej. Przyjaciele starali się ją wspierać, ale dopiero na początku kolejnego roku szkolnego Elena spotkała kogoś, kto potrafił ją w pełni zrozumieć. Zadziwiające jak wiele ciepła, radości i miłości mógł wprowadzić w jej życie niemal obcy chłopak. Elena odzyskała chęć do życia i na nowo zaczęłą je odbudowywać. W chwili gdy Stefan Salvatore ją pocałował ona straciła cały grunt pod stopami. W chwili gdy jej dotknął ona poczuła coś, czego nigdy do nikogo nie czuła- wszechogarniającą miłość, uczucie czyste i silne jak stal.  Ich pierwszy seks był nieziemski, czuły i niemal nieśmiały, ale na pewno nie delikatny. Aż wstyd przyznać, że ten sam człowiek, który dał jej tyle przyjemności i szczęścia mógł jednocześnie wprowadzić w jej życie największy mrok, a raczej ów mrok rozbudzić. Przecież i bez udziału Stefana Klaus kiedyś pokazałby się w Mystick Falls a wtedy nie miałby kto jej bronić przed jego zgubnym wpływem. Mimo wszystko kwestia wampiryzmu Stefana ciągnęła za sobą szereg różnych niedogodności: żądzę krwi, zemstę dawnych wrogów, przeszłość w postaci Katherine i jego brata… Ze wszystkim radzili sobie razem. Elena zwalczyła miłość Damona do Katherine a raczej jego obsesję na jej punkcie, co zaskutkowało tym, że się w Gilbertównie zakochał. Owszem, to był problem zarówno dla niej jak i dla Stefana, jednak miał też swoje dobre następstwa- Damon zaczął się zmieniać. To nie były jakieś drastyczne zmiany, raczej subtelne odstępstwa od normy, które sprawiły że z bezwględnego psychopaty przeistoczył się w psychopatę z uczuciami. Przeszedł długą drogę nim Elena zaczęła powaznie traktować jego miłość a jeszcze dłuższą niż odwzajemniła pierwszy gest, jakim jej to okazał- pocałunek. Całował ją wiele razy, choć nigdy dotąd nie odwzajemniła owych pocałunków tak jak to sobie wyobrażał, wiele razy również jej dotykał ale dla niej nie miało to wówczas takiego znaczenia jak dla niego. Od niepamiętnych czasów jej serce i oddech przyspieszały w jego towarzystwie, ale nigdy nie potrafił rozgryzć dlaczego, ponieważ Elena nie była jak wszystkie przedstawicielki jej gatunku i nie marzyła o tym, by wskoczyć mu do łóżka. Była na zabój zakochana w Stefanie, tak walczyła o tę miłość, a potem….

Zadrżała na wspomnienie, które sprawiło, że straciła do siebie resztki szacunku. Czuła ból zarówno cielesny jak i psychiczny a w tej chwili nie wiedziała, który jest gorszy. Walczyła z obrazami i uczuciami, których nie chciała odgrzebywać, ale w końcu dała za wygraną- przyjemność, którą miała odczuć ponownie, mogła ukoić choć na chwilę cierpienie, jakiego doświadczała w rzeczywistości…

- Damon!- wyjęczała, wypychając biodra w jego stronę. Dopiero co skończyli swój ostry seks na drzewie a on już ponownie znalazł się pomiędzy jej nogami, sprawiając jej niewyobrażalną rozkosz. Jego język pieścił ją w taki dziki sposób, niemal w wampirzym tempie….

- Aaaaa….Aaaaa…- jej jęki przybrały na sile, gdy dołączył jeszcze palce. Wbiła paznokcie w piasek na brzegu jeziora, mącąc chłodną wodę, która choć w części dawała jej ukojenie. Gdyby wampiry musiały oddychać, Damon byłby już martwy, ale tak mógł ją katować bez końca. Krzyknęła, gdy poczuła silne skurcze w dole brzucha, ale nawet to nie powstrzymało wygłodniałego wampira przed torturowaniem swoim chłodnym językiem jej najbardziej intymnych części ciała. Orgazm był długi i wyczerpujący, ale nie zdążyła ochłonąć, gdy poczuła usta Damona ssące jej prawy sutek. Jego język zataczał subtelne kręgi a ona wydawała z siebie rozpaczliwe jęki w rytm jego ruchów. W końcu nie wytrzymała- przeturlała się a gdy to on znalazł się pod nią uśmiechnęła się zwycięsko i zaczęła językiem znaczyć ścieżkę na jego idealnym torsie. Spiął wszystkie mięśnie, czując jej gwałtowny dotyk a gdy ścisnęła jego męskość wstrzymał oddech, obserwując ją z zainteresowaniem. Najpierw trochę się nim bawiła pocierając, chuchając i poklepując, z satysfakcją słuchając jego pełnych rozkoszy pomrukiwań. Potem polizała, co wywołało jego przeciągły jęk i wreszcie w całości włożyła do ust, wykonując subtelne ruchy. Gdy usłyszała jego urywany oddech i ponowne przepełnione dziką rozkoszą pomrukiwanie przyspieszyła, w minutę doprowadzając go na granicę szaleństwa. Gdy poczuł, że już dłużej nie wytrzyma niemal brutalnie zrzucił ją z siebie i jednym gwałtownym ruchem znalazł swe miejsce w jej ciele wywołując jej głośny krzyk. Poruszał się w niej w wampirzym tempie, spowalniając za każdym razem gdy czuł, że dziewczyna jest już blisko spełnienia. Rozkoszował się jej rozpaczliwym jękami, które wydobywały się z jej ponętnych ust a gdy wreszcie po pół godzinie tej tortury pozwolił jej szczytować był to najbardziej intensywny i długi orgazm w całym jej życiu. Nie wyszedł z niej od razu, wciąż się w niej poruszał przedłużając ich chwile przyjemności. W jej otumanionym alkoholem i rozkoszą umyśle pojawiła się myśl, że choć to już czwarty ich seks tej nocy do końca jeszcze daleko. Damon był niesamowicie namiętnym facetem, w dodatku tak długo powstrzymywał swą pokusę rzucenia się na nią, że teraz jego pragnienie nie pozwalało jej odejść. Nie to, żeby w ogóle zamierzała…

Elena gwałtownie podniosła się do pozycji siedzącej , próbując złapać oddech. Przekrwionymi oczami rezejrzała się dookoła, ale jedyne co dostrzegła to ciemność, której przeniknąć nie mogły nawet jej wampirze zmysły, kamienny stół na którym leżała i para zielonych oczu, wpatrujących się w nią w skupieniu. Dziewczyna zadrżała i przesunęła się na sam skraj swego „posłania”, jak najdalej od tego bezlitosnego spojrzenia.

- Co się dzieje?- wyszeptała- kim jesteś?- dodała głośniej.

- Nie domyśliłaś się jeszcze?- dobiegł ją kobiecy głos a w kocich oczach pojawiły się iskierki rozbawienia- a sądziłam, że jesteś bystrzejsza, skoro tylu ludzi jest gotowych oddać za ciebie życie. Najwyrazniej w dzisiejszych czasach wystarczy ładna buzia.

Po tych słowach Elena poczuła dotyk smukłych, chłodnych palców na czole. Odruchowo chciała się cofnąć, ale nia miała siły, gdy kolejna fala wspomnień zalała jej umysł…

Chwile z Damonem i ze Stefanem zlewały się w jedną całość i już po chwili nie potrafiła ich od siebie odróżnić. Każdy pocałunek i pieszczota, które niegdyś przynosiły przyjemność i powodowały podskórny prąd teraz paliły żywym ogniem, zadając ból jej udręczonej duszy. Chwile z bliskimi, których straciła przeżywane na nowo rozdrapywały zabliznione już rany…

- Błagam, dość!- wychlipiała Elena, łapiąc się za głowę. Miała wrażenie, że jej czaszka nie wytrzyma ciśnienia i za moment eksploduje. Ból wzmagał się, gdy kolejne obrazy pojawiały się przed jej oczami. Dlaczego nawet te piękne momenty teraz zadawały takie realne cierpienie? Dlaczego zaczynała nienawidzić chwil, które zwykle tysiąckrotnie odtwarzała w myślach z radością?

- Proszę!- krzyknęła, wpadając w prawdziwą histerię. Nie mogła się uspokoić jeszcze długo po tym, jak obraz umierającej Jenny zniknął. Uczucia jakie wtedy ją ogarnęły teraz rozgorzały na nowo. Nie potrafiła ich poskromić…

- Życie pełne wrażeń- skwitowała kobieta z robawieniem, ignorując przepełnione cierpieniem jęki Eleny.

- Dlaczego to robisz?- wychrypiała brunetka oblizując spierzchnięte wargi. Każda komórka ciała paliła ją żywym ogniem a przed oczami wciąż miała kalejdoskop przewijających się wspomnień. Choć tym razem nie były aż tak żywe jak przed sekundą to wciąż natłok emocji, dzwięków i obrazów doprowadzał jak na skraj wytrzymałości, jednak dojmujący ból nie pozwalał osunąć się w niebyt na którego krawędzi była już od dawna.

- Masz w sobie ogień- kontynuowała kobieta, ignorując jej pytanie- życie wszystkich Petrovych było takie…nudne. W przypadku Tatii… no cóż, to była zwykła dziwka, więc nie trudno zgadnąć co stanowiło sens jej egzystencji. Życie Katherine można podzielić na dwa etapy: czas przed urodzeniem dziecka i czas ucieczki, na którą zmarnowała pięć długich wieków. Jednak ty… jesteś intrygująca. Nie umiem tego wytłumaczyć, bo też trudno się w tym wszystkim połapać.

- Nic dziwnego. Sama ledwo nadążam- przyznała dziewczyna a na jej usta mimowlnie wkradł się blady uśmiech- jednak wydaje mi się, że to nie twoja sprawa. Wciąż nie rozumiem, po co to wszystko.

- Obie jesteśmy stworzeniami magicznymi- zauważyła kobieta- to pewnie ciekawość- dodała kpiąco i ponownie tego dnia zagłębiła się we wspomnieniach Eleny, wywołując jej pełen bólu krzyk.

 

Katherine stęknęła i ponownie otworzyła oczy, słysząc kroki na korytarzu. Rozejrzała się po swoim więzieniu automatycznie szukając drogi ucieczki, ale przytwierdzona łańcuchami do podłoża i osłabiona głodem, trwającym już od tygodnia nie miałaby najmniejszych szans z tym, kogo się spodziewała.

Od tygodnia nikt nie zaszczycił jej swoją obecnością. Od tygodnia nie piła krwii. Od tygodnia nie uczestniczyła w żadnej imprezie. Od tygodnia była przymusową abstynenką seksualną i od tygodnia przebywała w tym lochu bez szansy na ocalenie. Czy mogło być lepiej?

Zamek w dziewiętnastowiecznych drzwiach odskoczył ze zgrzytem, przerywając jej rozmyślania i do pomieszczenia wszedł Stefan. Nawet w takiej sytuacji musiała zwrócić uwagę na idealnie zarysowane mięśnie, odznaczające się pod koszulką polo, którą miał na sobie i ten kuszący tyłeczek, uwydatniony dzięki idealnie przylegającym ciemnym dżinsom. Pamiętała jak w czasach wojny secesyjnej uwielbiała zanurzać dłonie w jego blond czuprynie i kosztować jego słodkich, zmysłowych warg. Może i nawet na swój sposób go kochała, dlatego do tej pory pozwalała mu żyć z tą  flondrą. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że wiadomość o ich rozstaniu niesamowicie ją ucieszyła. Nie chodziło o to, że chciała do niego wrócić, bo Katherine Pierce nigdy się nie cofała, jednak była zadowolona, że jej wredna sukowata kopia nie okazała się taka idealna, za jaką wszyscy wokół ją mieli. Liczyła, że zginie śmiercią tragiczną z rąk samego Klausa, jednak jak zwykle się wywinęła. Suka.

Stefan prześlizgnął się wzrokiem po ceglastych piwnicznych ścianach po czym spojrzał na leżącą u jego stóp Kath i zmarszczył brwi.

- Nie wyglądasz najlepiej- stwierdził bez cienia zadowolenia czy ironii. Brunetka prychnęła i przewróciła oczami.

- Zgadnij kto mnie tak urządził- wychrypiała i za chwilę zaniosła się niemal gruzliczym kaszlem. Była słaba i to bardzo. Wiedziała, że powoli usycha, ale nie miała pojęcia ile ta męka jeszcze potrwa. Nie miała okazji się o tym przekonać, bo w kluczowym momencie wykupiła własną wolność i nie została zamknięta w krypcie razem z resztą swoich wampirzych znajomych, pozbawionych jedzenia i szansy na ocalenie.

Stefan wyciągnął przed siebie dłoń, w której trzymał woreczek zapełniony po brzegi szpitalną krwią. Sam zapach sprawił, że oczy wampirzycy pociemniały z pragnienia a wokół nich pojawiły się charakterystyczne żyłki, sygnalizujące rychłe pożywienie się. Niemal agresywnie sięgnęła po woreczek, ale wtedy Stefan cofnął się, wywołując jej pełen zawodu i wściekłości pomruk.

- Musisz mi odpowiedzieć na kilka pytań- powiedział- jeśli przekonasz mnie, że jesteś szczera, pozwolę ci się nasycić, jeśli nie…

- Jeśli nie to co? Pozwolisz mi cierpieć? Zabijesz mnie?- na jej twarzy pojawił się przebiegły uśmieszek- to nie ty, tylko twój brat. Nie jesteś taki jak Damon. Nie jesteś bezwzględny.

- Tu chodzi o Elenę a w takim wypadku nie mam taryfy ulgowej. Dla nikogo.- podkreślił dobitnie, wbijając w nią poważnie spojrzenie. Katherine zamyśliła się na moment, ale krew w ręce Stefana wciąż przykuwała jej wzrok i w końcu niechętnie skinęła głową. Stefan uśmiechnął się nikle i wziął głęboki wdech, chcąc zadać pierwsze pytanie.

- Co tu robisz?

- Mówiłam, chciałam opowiedzieć wam historię lekarstwa i przybliżyć młodemu jego dziedzictwo- powiedziała z przekonaniem, ale Stefan jedynie pokręcił głową.

- Oboje wiemy, ze ty nigdy nic nie robisz bezinteresownie i bez przyczyny- oznajmił- to musi mieć drugie dno.

- Chyba za dużo czasu spędzałeś z bratem- zakpiła Katherine- przestań mnie demonizować i spójrz na fakty: jaki miałabym cel w utrzymaniu mojego największego wroga w postaci najpotężniejszej istoty na ziemi? Przecież jako człowiek nie stanowiłby już zagrożenia.

- Tego usiłuję się dowiedzieć- odparł Stefan i wbił w nią wyczekujące spojrzenie. Po dłuższej chwili w końcu westchnął i odwrócił się na pięcie, kierujac się w stronę wyjścia.

- Co ty robisz?- zawołała za nim Katherine, przygryzając wargę za każdym razem, gdy jej wzrok spoczął na woreczku z krwią.

- Wracam do salonu poczekać jeszcze z tydzień aż zmądrzejesz i będziesz bardziej skora do współpracy- rzucił przez ramię i już miał zatrzasnąć za sobą ciężkie, mosiężne drzwi, gdy jego uszu doszedł cichy ledwie słyszalny szept.

- Nie chcę być człowiekiem.

Stefan zmarszczył brwi i odwrócił się w jej stronę. Sądził, że za chwilę usłyszy, że jest w ukrytej kamerze i że to jedynie głupi żart, ale nic podobnego się nie wydarzyło.

- Co ty mówisz?- spytał w końcu, zszokowany samotną łzą, spływającą po policzku panny Pierce.

- Skoro śmierć Pierwotnego niszczy cały jego ród to jak sądzisz, jak powrót jego człowieczeństwa wpłynie na nas?- odparła i chyba po raz pierwszy w życiu Stefan dostrzegł na jej twarzy realne przerażenie- myślisz, że dlaczego nie pozwoliłam Tylerowi go wtedy zabić? Może ten szczeniak jest gotów na śmierć, ale ja nie. Nie ma sposobu, by zniszczyć Kalusa i musicie się z tym pogodzić.

- Chcesz powiedzieć, że lubisz być potworem? – Stefan spojrzał na nią z niedowierzaniem- właściwie skąd tyle o tym wiesz? Lekarstwo…

- Mam wielu znajomych i sojuszników. Niemal tyle samo co wrogów- uśmiechnęła się z dumą- czarownice znają bajki, z których ja jeszcze nie wyrosłam.

- Czyli że niszcząc wampiryzm Klausa przywracamy człowieczeństwo wszystkim, którzy powstali z jego krwi?- na twarzy Stefana pojawił się szeroki uśmiech- i ty uważasz, że to dla mnie argument za tym, by nie szukać lekarstwa? Przecież to szansa na normalne życie i nie rozumiem jak możesz woleć tą… wegetację od posiadania rodziny, przyjaciół i spokojnej starości, przecież…

- No to musiałbyś się spieszyć, żeby zdążyć przeżyć takie życie.- odparła Kath.

- O czym ty…

- Odzyskalibyśmy swój normalny wiek, Stefan. Mam ponad sześćset lat a ty prawie sto pięćdziesiąt. Wiesz, co to by dla nas oznaczało?

Blondyn skrzywił się na samą myśl i z powątpiewaniem spojrzał na wampirzycę, ale nic nie sygnalizowało, by tym razem kłamała. Była szczera jak nigdy. Cholera.

Niewiele myśląc wampir rzucił Katherine woreczek z krwią, do którego przyssała się natychmiastowo a sam wybiegł z piwnicy prosto do salonu, gdzie czekała na niego zaniepokojona Caroline.

- Klaus nie odbiera- poinformowała go na wstępie a potem wnikliwie przyjrzała się jego twarzy- co się stało?

- Nie możemy wykorzystać na nim tego lekarstwa.- oświadczył a dziewczyna uniosła brwi wysoko, spoglądając na niego z niedowierzaniem.

 

- I co?- zapytał Damon natychmiast, gdy tylko Nelly zatrzepotała powiekami i niepewnie je uchyliła. Jej oczy już zdołały odzyskać naturalną barwę i teraz dziewczyna wyglądała już dużo lepiej niż kilka sekund temu, gdy jej pozbawione życia a w tym przypadku raczej duszy ciało powoli zaczynało sinieć.

- Ktoś mnie blokuje- powiedziała, ciężko przełykając ślinę- ktoś też próbuje przejąć nad nią kontrolę i sprawia jej tym niewyobrażalny ból, bo ona walczy. Przez chwilę wydawało mi się nawet, że uda mi się z nią porozmawiać, ale tam było tyle wspomnień, tyle obrazów…

- O czym ty mówisz?- warknął wampir a nastolatka niepewnie spojrzała mu w oczy.

- To wygląda tak, jakby jakiś Podróżnik próbował połapać się w jej życiu, żeby po uzyskaniu ciała mógł się w nim łatwo poruszać- powiedziała dziewczyna niepewnie- ale to niemożliwe z dwóch powodów: po pierwsze jedyni Podróżnicy na świecie znajdują się w tym pokoju a poza tym my nie mamy mocy, by wkraść się w czyjeś myśli czy wspomnienia. My w ogóle nie mamy mocy!

Damon uśmiechnął się do niej z pobłażaniem.

- Słowo „niemożliwe” nie istnieje w moim słowniku od 1864 roku- powiedział- a ty chyba potrzebujesz lepszej motywacji.

To mówiąc w wampirzym tempie okrążył Podróżników pięciu z nich pozbawiając głowy. Krew trysknęła na kremowe dywany i białe ściany a niedobitki odsunęli się w kierunku drzwi.

- Mieliśmy umowę- zawołała Nelly, drżąc z przerażenia.

- Nie dotrzymałaś jej warunków, więc je zmieniam- odparł Damon, chwytając dziewczynę za nadgarstek- nie dostaniecie ani kropli krwi Eleny, za to pozwolę wam żyć, jeśli ją znajdziesz.

To mówiąc ulotnił się wraz z dziewczyną, zostawiając Abby i trójkę Podróżników w ciężkim szoku.

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozdział 5.- Komplikacje

04 sie

ROZDZIAŁ 5. KOMPLIKACJE

- Mogłeś mi to pokazać wczoraj- powiedziała Elena z wyrzutem, nerwowo przegladając zawartość pudła, które dosłownie przed chwilą Damon przytaszczył do biblioteki, w której się obecnie znajdowali. Elena pospiesznie wyjęła z niego stare taśmy wideo, opisane za pomocą karteczek samoprzylepnych.

- Wczoraj byłem odrobinę zajęty- odparł Damon konspiracyjnym szeptem, przysuwając się do dziewczyny tak, aby móc owionąć ją swoim oddechem. Elena aż podskoczyła, gdy wyczuła jego obecność za plecami. A raczej gdy wyczuła jego męski zapach, który dotarł do jej nozdrzy, nęcąc zmysły, kusząc…

- „Przemiana w wilka”- przeczytała pospiesznie, biorąc pierwszą lepszą kasetę w drżące dłonie. Wszystko, byleby tylko skupić się na czymś poza intensywnym spojrzeniem niebiesko-zielonych oczu, dosłownie wypalającym jej dziurę w plecach- „Polowanie”, „Czary-Mary”… Co to ma znaczyć? Po pierwsze już same nazwy sprawiają, że czuję się jak w podstawówce, a poza tym… Ona nie mogła tego nagrywać, prawda?

- Zaraz się przekonamy- zapewnił ją Damon, sugestywnie poruszając brwiami, po czym zniknął w kantorku razem z zahipnotyzowaną bibiotekarką. Po chwili wrócił, ciągnąc za sobą szafeczkę na kółkach, zawierającą telewizor i odtwarzacz wideo, które zapewne pamiętały czasy dinozaurów. Chwilę namęczył się przy podłączania sprzętu a potem wsunął kasetę do odtwarzacza i usadawiając się na krześle obok Eleny zgasił światło, czekając na rozpoczęcie filmu.

Już podczas napisów początkowych Elena zrozumiała, że przebywanie w całkowitej ciemności z Damonem tuż obok wcale nie było mądrym posunięciem. Właściwie, biorąc pod uwagę jego rękę, nonszalancko spoczywającą na oparciu jej krzesła, niby przypadkiem ocierającą się o wrażliwą skórę jej ramion i pleców i jego słodki oddech, który czuła we włosach spokojnie mogła stwierdzić, że to była największa głupota w historii. Nie mogła się skupić na Isobell, która jakiś czas temu pojawiła się na ekranie, ani na sabacie czarownic, ktory nagrywała z ukrycia, bo jedyną rzeczą, która przykuwała jej uwagę, były dreszcze rozkoszy, przepływające przez  całe jej ciało i wzdłuż kręgosłupa- reakcja na subtelny dotyk Damona. Złapała się na tym, że wspominała minioną noc mimo, że obiecała sobie solennie, że już nigdy nie będzie do tego wracać. To było dla niej za wiele.

Tyle namiętności…

I czułości…

I ognia…

I pożądania…

Nigdy nie przypuszczała, że można przeżyć tyle emocji naraz….

Podskoczyła gwałtownie, wyrwana z głębokiego zamyślenia, gdy dłoń Damona spoczęła na jej kolanie.

- Co ty robisz?- warknęła, spoglądając na bruneta,
przypatrującego się jej z miną niewiniątka. Jednak w jego oczach czaiła się ta bezczelna pewność siebie i arogancki, zwycięski błysk, co jeszcze bardziej ją rozzłościło.

- Oglądam film?- bardziej zapytał niż oświadczył, wydymając wargi jakby tłumaczył coś osobie upośledzonej psychicznie, po czym niby to przypadkowo przejechał opuszkiem palca po jej dolnej wardze. Zadrżała i przymknęła powieki, głośno przełykając ślinę. Choć bardzo tego pragnęła, nie umiała powstrzymać swoich reakcji na jego słowa, dotyk i wszystko, co robił, by ją uwiezc.

- Coś nie tak?- zapytał niewinnie a  jego twarz ozdobił szelmowski uśmiech, gdy pochylił się ku niej jeszcze bardziej. Jej oddech drastycznie przyspieszył, gdy wbił intensywne spojrzenie w jej lekko rozchylone wargi, jednocześnie oblizując własne niczym dziecko, mające przed sobą  przysmak, któremu nie jest  w stanie się oprzeć.

- Film się skończył- powiedziała, dumnie unosząc podbródek. Musiała wykorzystać resztki swojej silnej woli, by wbić wzrok w jego oczy zamiast w usta, których tak pragnęła w tej chwili zakosztować. Był tak blisko, że mówiąc niemal je muskała i samo to wywołało w niej nagłe uderzenie gorąca, zupełnie jakby całe jej ciało stanęło w płomieniach, które zamiast bólu zwaistowały przyjemność jaka ją czekała w zamian za poddanie się własnym pragnieniom.

Nie mogła. To była tylko głupia słabość i nie mogła pozwolić, aby nią zawładnęła. To było tak bardzo nie w porządku, że  robiło jej się niedobrze na samą myśl. To nieco ją otrzezwiło.

Damon tymczasem odsunął się od niej z uśmiechem wyrażającym czystą satysfakcję.

- Wiesz w ogóle czego dotyczył ten film?- spytał  jak gdyby nigdy nic, zmieniając kasetę w odtwarzaczu- mam wrażenie, że byłaś nieco…- udał zamyślenie- rozkojarzona- spojrzał na nią z tym dwuznacznym błyskiem w oku, od którego robiło jej się gorąco.

- Oczywiście, że wiem- oburzyła się dziewczyna, starając się zabrzmieć jak najbardziej naturalnie- sabat czarownic i te sprawy… Wybraz sobie, że niektorzy potrafią skupiać się na czyms poza JEDNYM- podkreśliła złośliwie.

- No i jesteśmy kilka kroków dalej, bardzo dobrze- pochwalił a gdy Elena ściągnęła brwi w wyrazie konsternacji dodał konspiracyjnym szeptem- przyznajesz, że też o TYM myślałaś.

Elena prychnęła, zakładając nogę na nogę.

- Chciałbyś- stwierdziła pewnie.

- Ty też byś chciała- odparł wampir z niewinnym uśmieszkiem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie- po tym wszystkim nie możesz zaprzeczać, że pragniesz mojego dotyku i tego wszystkiego co sprawiło, że w nocy wzywałaś mnie z uwielbieniem.

- Damon!

- Eleno!

- Możesz przestać- warknęła- co mam ci powiedzieć? Tak, seks jest przyjemny i aby taki był nie potrzeba wytrawnych specjalistów. Wyobraz sobie, że nie jesteś jedynym mężczyzną, który potrafi doprowadzić kobietę do spełnienia i…

- Dziesięć razy w ciągu jednej nocy?- brunet przekrzywił głowę z powątpiewaniem i zmruży seksownie oczy, pochylając się ku niej po raz kolejny- jestem jedynym wampirem, który to potrafi, nie wspominając o ludziach, którzy po jednym takim maratonie zasypiają na stojąco…

- Słuchanie o twoich doświadczeniach seksualnych nie jest dla mnie wymarzoną formą rozrywki- rzekła Elena zjadliwie.

- Zabawne, bo to także twoje doświadczenia…

- Damon!

- Eleno!

Elena westchnęła udręczona i potarła skronie, wbijając wzrok w ekran telewizora, na którym właśnie pojawiły się pierwsze ujęcia filmu pod tytułem:”Polowanie”. Isobell, znajdująca się w lesie  opowiadała o swoich badaniach, dotyczących wilkołaków a następnie nakierowała kamerę na ślady łap, wydniejące w ziemi. Elena z całych sił skupiła się na legendzie, którą omawiała jej zmarła matka, starając się ignorować kompletnie obecność Damona, co wcale nie było łatwym zadaniem.

- Podania głoszą, że Pierwotne wilkołaki bały się wampirów aż do czasu, gdy pewna czarownica imieniem Sabine  rzuciła na nich klątwę, w wyniku której ich jad stał się dla krwiopijców trujący. Wówczas to wampiry zaczęły je tropić i mordować przed pełnią księżyca, bo w postaci ludzkiej mieli nad nimi przewagę…

- Nie martw się, poprzedni film był bezużyteczny- szepnął jej Damon wprost do ucha. Dziewczyna podskoczyła i zerwała się na równe nogi gwałtownie, przewracając krzesło, na którym siedziała. Satysfakcja na jego twarzy doprowadzała ją niemal do szału.

- Muszę się przewietrzyć- warknęła i w wampirzym tempie wybiegła z biblioteki. Damon uśmiechnął się szeroko, patrząc na miejsce w którym przed chwilą stała.

Droczenie się z nią było najlepszą rozrywką pod słońcem.

**************************

 

Anglia, 1610 rok

LATO

- Macel, proszę- jęknęła Rebekah, drżąc pod naporem rozgrzanych warg kochanka. Westchnęła z przyjemności, gdy przejechał językiem po jej obojczyku, dekolcie…

- Jesteś cudowna Rose- wyszeptał w zachwycie, ponownie wpijając się w jej wargi. Rebekah oddawała każdy jego pocałunek z równą namiętnością, wijąc się pod nim w ekstazie. To była jedna z chwil wytchnienia, gdzie mogli być po prostu sobą i cieszyć się swoim towarzystwem bez żadnych zahamowań. Od dwóch miesięcy grali nieustannie. Za dnia udawali, że łączy ich jedynie przyjaźń, jednak każdej nocy i zawsze gdy tylko akurat zostawali sami działo się dokładnie to, co w tej chwili- wybuch namiętności.

Klaus od razu postawił sprawę jasno i nakazał siostrze zakończenie tego romansu. Posunął się nawet do tego, by jej zagrozić ponownym zasztyletowaniem. Zasłaniał się troską- zaprzyjaźnił się z Marcelem, kochał siostrę, więc nie chciał, by którekolwiek z nich cierpiało. Jednak czy po tylu latach chodzenia po tej ziemi wciąż nie wiedział, ze zakazany owoc smakuje najlepiej?

Mimo wszystko Rebekah nie chciała się narażać na gniew brata ani na obrzydzenie czy nienawiść ze strony rodziny Gerard a w szczególności Marcela. Nie miała pojęcia co takiego ma w sobie ten dwudziestodwuletni studencik, ale wiedziała, że nie chce go stracić a tak stałoby się niewątpliwie, gdyby odkrył, że w ramionach nie trzyma słodkiej Rosalie Cuthbert tylko krwiożerczą Pierwotną wampirzycę. Zamiast więc powiedzieć mu prawdę wyszeptała mu do ucha jedynie „jestem twoja”, po czym ponownie tej nocy utonęła w rozkoszy i poczuciu spełnienia.

Rebekah zerwała się z łóżka gwałtownie, spazmatycznie łapiąc oddech. Ten sen był tak realistyczny, jak gdyby wszystko to działo się zaledwie wczoraj, a minęły przeszło cztery stulecia. Czy to możliwe, żeby to było aż takie żywe? Czy możliwe, że wciąż pamiętała każdy, nawet najlżejszy dotyk tego drania? Każdy, najmniejszy szczegół ich wspólnych, kradzionych chwil? To nie mogła być prawda, bo oznaczałaby, że choć trochę jej na nim zależy. A nie zależało. Ani odrobinę. Zamierzała go wykorzystał, tak jak on ją przed laty a następnie poćwiartować, spalić i zakopać. Chciała jego śmierci, chciała jego bólu, więc dlaczego na samą myśl o tym się wzdragała? Dlaczego o nim śniła? Albo to jej podświadomość chciała jej przypomnieć o najgłębiej skrywanych uczuciach, albo ktoś manipulował jej snem podczas gdy ona straciła na moment czujność….

- Możesz już wyjść- krzyknęła w mrok, rozglądając się po pokoju niczym rozwścieczona kotka- wiem, że tu jesteś tchórzu. Pokaż się albo….

Przerwała, słysząc znajomy śmiech tuż przy uchu.

- Spokojnie kochanie- wyszeptał mulat rozbawiony i delikatnie musnął jej wargi swoimi- nie wmówisz mi, że ani trochę ci się to nie podobało.

- Co takiego?- spytała Rebekah, siląc się na obojętność- twoje triki nie robią już na mnie wrażenia a ten mentalny atak wywołał u mnie co najwyżej odruch wymiotny.

- Oj tak- szepnął i delikatnie przejechał palcem wskazującącym wzdłuż linii jej szczęki, po policzku i aż do kącika ust- rzeczywiście: jesteś cała rozpalona. Jesteś jednak pewna, że to nie z powodu pożądania, które wciaż do mnie czujesz a któremu zaprzeczasz?

- Niech się zastanowię…. – mrunknęła Rebekah, wydymając wargi- Pożądanie czy nienawiść względem osoby, która najpierw przez dwieście lat udawała martwą a następnie postanowiła odebrać mi wszystko, co kocham…

- Po pierwsze: pożądanie i nienawiść wcale się nie wykluczają- odparł Marcel, rzucając wampirzycy przelotny uśmiech- po drugie: nie odbieram ci „wszystkiego co kochasz”. Urodę możesz sobie zatrzymać, za wiele przykrych wspomnień się z nią wiąże.

- Czyżbyś popadał w nostalgiczny nastrój, „kochanie”?- zakpiła Pierwotna.- wybacz, że ja i „moja uroda” po raz kolejny postanowiłyśmy zmącić twój spokój, ale sam rozumiesz: sprawy rodzinne…

- Nie masz za co mnie przepraszać, skarbie- szepnął, delikatnie odgarniając jej kosmyk włosów za ucho- od dwustu lat nie miałem kobiety, która dorównałaby tobie w łóżku- dodał, wpijając się gwałtownie w jej wargi. Nie protestowała, całowała go zachłannie, pojękując cicho prosto w jego usta. Gwałtownie naparła na niego całym swoim ciałem, wzbudzając w nim otumaniające zmysły pożądanie. Tak bardzo skupił się na jej dotyku i pocałunkach, że nawet nie zauważył, gdy z tylnej kieszeni dżinsów wyciągnęła telefon i napisała krótką wiadomość do Elijah.

Jest wasz.

Nie minęło nawet pół minuty , gdy do pokoju w wampirzym tempie wparował Pierwotny i jednym sprawnym ruchem zaaplikował Marcelowi pozbawiającą przytomności dawkę werbeny. Mulat krzyknął z bólu i zadrżał w ramionach Rebekah konwulsyjnie.

- Teraz jesteśmy kwita- wyszeptała blondynka, nim Marcel błysnął białkami i bezwładnie opadł na satynową pościel. Rebekah przełknęła głośno ślinę i poprawiła ramiączka koszulki, którą miała na sobie unosząc wzrok na Elijah, wpatrującego się w nią ze współczuciem i Klausa, posyłającego jej kpiący uśmiech.

- Przez chwilę zastanawiałem się kim jest ta mała zdzira, która go wydała- rzekł młodszy z braci.- ale tak niecnie go wykorzystać mogła tylko moja mała siostrzyczka.

*******************

- Gdzie byłaś Eleno?- spytał Stefan, stawiając przed brunetką kubek parującej kawy. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i upiła łyk, mrużąc oczy z przyjemności.

- Tego mi było trzeba- westchnęła rozmarzona i rozejrzała się po salonie Salbvatore’ów, gdzie skupiły się wszystkie nadprzyrodzone dziwadła, bliskie Gilbertównie oraz jej niedorozwinięty braciszek i ten blondasek o błękitnych oczach, który choć ładny, zwykle był po prostu nieprzydatny.  Dziewczyna prychnęła w duchu, zniecierpliwiona po czym przybrała na twarz maskę łagodności.

- Tęskniłam- wyznała, spontanicznie chwytając dłoń Stefana- przepraszam, że tak nagle zniknęłam. Ja po prostu nie umiałam sobie poradzić z tym wszystkim. Mój wampiryzm, ta sprawa z Klausem…

- Już dobrze- uśmiechnał się do niej Salvatore delikatnie- Rozumiem. Przykro mi tylko, że postanowiłaś sobie z tym poradzić sama. Pomoglibyśmy ci.

- Właśnie- podchwyciła Caroline a brunetka musiała powstrzymać się przed przewróceniem oczami, gdy spojrzała na wzburzoną pannę Forbes- jesteś moją najlepszą przyjaciółką i nie rozumiem, jak mogłaś ze mną nawet nie porozmawiać! Zawsze cię we wszystkim wspierałam, wiedziałam jak się czujesz zanim otworzyłaś usta a ty potraktowałaś mnie w ten sposób, jakby to nic dla ciebie nie znaczyło.

- Ona chce powiedzieć, że jeśli jeszcze raz spróbujesz nas tak nastraszyć skopiemy ci tyłek a wtedy Klaus będzie najmniejszym z twoich problemów- wyjaśnił Matt i uśmiechnął się do przyjaciółki promiennie. Najważniejsze, że była teraz z nimi, bezpieczna i zdrowa. Wszystko inne nie miało w tej chwili znaczenia. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i ścisnęła jego dłoń w wyrazie wdzięczności a on poczuł ciepło, które ogarnęło całe jego ciało. Stefan odchrząknał znacząco, przerywając im tę chwilę.

- Eleno, gdzie jest Damon?- spytał. Dziewczyna ściągnęła brwi i przygryzła dolną wargę.

- On…- zawahała się- musiał coś załatwić. Kiedy powiedziałam, że chcę wracać ustaliliśmy, że się rozdzielimy- on pojechał dalej a ja przyjechałam tutaj, żeby wam to pokazać- to mówiąc sięgnęła po dokumenty, które tu ze sobą przywiozła- nie uwierzycie…. Ja sama nie wierzę.

- Eleno, co to jest?- zapytał zaniepokojony Jeremy.

- To nie do opisania- odparła brunetka, kręcąc głową z niedowierzaniem- musicie sami przeczytać, ale najpierw….Gdzie jest Bonnie?

Tak, brak wiedzmy Bennett był bardzo niepokojący. Zazwyczaj kręciła się gdzieś w pobliżu i raczyła wampiry nienawistnymi spojrzeniami i sztuczkami, które Damon elokwentnie ochrzcił mianem „tętniaków mózgu” i teraz jej nieobecność była co najmniej dziwna. W dodatku jeszcze Jeremy aż cały się spiął na sam dzwięk jej imienia…. Tak, zdecydowanie musiała się dowiedzieć, o co chodzi.

- Kolejne komplikacje- oświadczył w końcu Tyler, który do tej pory sprawiał wrażenie nieobecnego- Bonnine jak zwykle zajmuje się… Czymś. Z resztą sama niedługo się przekonasz.

- Czymś?- powtórzyła wampirzyca, marszcząc brwi- co masz na myśli?

- To nieważne- przerwał im Stefan- nie ma na to czasu a Bonnie sama ci powie o co chodzi, gdy tylko się spotkacie. Będzie szczęśliwa, mogąc znów mieć cię przy sobie. Bardzo cierpiała, gdy nie odzywałaś się do niej przez te dwa miesiące.

- My wszyscy byliśmy w dołku- przypomniała Caroline, ale jedno ostrzegawcze spojrzenie Stefana wystarczyło, aby zamilkła. Westchnęła ciężko i niechętnie zabrała się za czytanie dokumnetów, które przywiozła ze sobą „Elena”. W miarę jak czytała na jej twarz wstępował wyraz kompletnego szoku.

- Jesteś tego pewna?- spytała, nie kryjąc zaskoczenia.

- Tyle dowiedziała się Isobell- odparła dziewczyna- ale tak, jestem pewna- dodała i gdyby ktoś poświęcił choć minutkę na to, aby wnikliwiej przyjrzeć się jej twarzy dojrzałby ten zadowolony błysk w oku.

- O co chodzi?- zniecierpliwił się Matt. Blondynka jednak kompletnie go zignorowała i przeniosła wzrok na Jeremiego. To jemu podała papiery, które przed chwilą przejrzała. Chłopak zmarszczył brwi zdziwiony, ale posłusznie zaczął czytać dokumenty, które miał przed sobą. Nie minęły dwie minuty, gdy odłożył papiery na ławę i wbił pytające spojrzenie w „siostrę”.

- Z tego wynika, że muszę zabić siedemdziesiąt niewinnych osób, aby odnależć drogę do lekarstwa- powiedział licząc na to, że za chwilę okaże się to jedynie głupim żartem. Sobowtór pokiwał głową ze smutkiem.

- Zgadza się. Po jednej duszy na dziesięć lat istnienia lekarstwa. Gilbert’owie od zarania dziejów mają w swych żyłach krew Łowców Demonów. Zabójstwo z zimną krwią to uaktywnia i daje nowe możliwości, które mają na celu zwalczanie wynaturzeń. W arsenale każdego łowcy znajduje się również mapa do tego, co eliminuje demoniczne moce na zawsze a mianowicie lekarstwa na wampiryzm. Problem polega na tym, że…

- Nie możesz tego zrobić- dokończył za nią Matt a dziewczyna pokiwała głową.

- Eleno, tu chodzi o Klausa i ciebie.- zaczął Jeremy ostrożnie- Twój wampiryzm i jego okrucieństwo to nasz największy problem. Jeśli muszę to zrobić dla ciebie to…

- Nie ma mowy- przerwała mu dziewczyna gwałtownie-Jeśli to zrobisz okażesz się takim samym okrutnikiem jak Klaus. A co z twoim człowieczeństwem? Jak będziesz żył po czymś takim? To niewykonalne.

- Jakoś sobie poradzę- upierał się chłopak- to nie ma dla mnie w tej chwili znaczenia, słyszysz? Jesteś dla mnie najważniejsza i jeśli…

- Elena ma rację- wszedł mu w słowo Stefan. Jego twarz była teraz chłodną maską opanowania, za którą skrywał swoje prawdziwe emocje- nie możemy tak ryzykować. Znajdziemy inny sposób, by pozbyć się tego wynaturzonego bydlaka.

- I może jeszcze inny sposób na to, by przywrócić mojej siostrze życie, które przeze mnie utraciła?!- spytał Jeremy z goryczą. Na to nikt już nie odważył się odpowiedzieć. Caroline zagryzła wargi i wbiła wzrok w dywan, Matt i Tyler pochylili głowy, jakby odmawiali jakąś mistyczną modlitwę a Stefan, jako jedyny ze zgromadzonych spojrzał na swoją byłą dziewczynę z nieskrywanym  smutkiem. To właśnie dlatego jako jedyny dojrzał ten błysk w jej oczach, który nie pasował kompletnie do ich obecnego położenia ani tym bardziej do Gilbertówny. Mimo przygnębienia i rozpaczy, jakie wyrażała jej twarz z jej spojrzenia biło zadowolenie i wręcz bezczelna pewność siebie, jaką okazują zwykle ludzie uważający się za panów sytuacji. Dziewczyna ścisnęła delikatnie dłoń Jeremiego a Stefan zmarszczył brwi po czym pod byle pretekstem ulotnił się z domu. Gdy znalazł się w bezpiecznej odległości, z dala od wścibskich uszu swych wampirzych przyjaciół sięgnął po telefon i wybrał numer brata. Od wczoraj, gdy tylko Elena przekroczyła próg Pensjonatu próbował się do niego dodzwonić, jednak i tym razem podobnie jak chyba ze sto razy przedtem włączyła się automatyczna sekretarka. Wampir zaklął pod nosem siarczyście i spróbował ponownie, jednak i tym razem mu się nie poszczęściło. Zdenerwowany wrócił do przyjaciół i przysiadł na brzegu kanapy, zamyślony. Coś mu tu nie pasowało. Coś było bardzo nie w porządku i musiał się dowiedzieć o co dokładnie chodziło, zanim komuś stanie się krzywda. Musiał się dowiedzieć, czy Elena to na pewno jego Elena. Tylko jeden sposób przyszedł mu do głowy.

******************

Elena otarła łzę, która spłynęła po jej policzku i zamoczyła wargi w kawie, którą nabyła w pobliskiej kawiarni. Nie smakowała jej specjalnie, ale musiała skupić się na czymś poza tym, co działo się ostatnio w jej życiu. Wiedziała, że część z tego to wynik jej błędnych decyzji, ale ta świadomość wcale nie poprawiała jej humoru. Przeszłość napawała ją smutkiem, teraźniejszość przerażała a o przyszłości nawet nie chciała myśleć. Nigdy przedtem, nawet po śmierci rodziców, nie czuła się tak podle i samotnie jak w tej chwili.
- Wszystko w porządku?-spytał jakiś chłopak dosiadając się do niej. Dziewczyna zerknęła na niego przez łzy i stwierdziła, że jest całkiem przystojny. Wysoki, opalony, dobrze zbudowany, z przydługimi brązowymi włosami, związanymi w kitkę i zachęcającym uśmiechem- jednym słowem prezentował się nie najgorzej.
- Tak, wszystko okay- potwierdziła dziewczyna wstając z ławki i poprawiła krótką spódniczkę, którą miała dziś na sobie.

- Nie wydaje mi się- stwierdził chłopak poważnie- taka przepiękna dziewczyna nie powinna być smutna. Ani samotna. Dziwi mnie, że twój chłopak pozwala ci  siedzieć tu bez eskorty. Nie boi się, że ktoś sprzątnie mu ciebie sprzed nosa?

- Nie mam chłopaka- odparła Elena dumnie, krzywiąc się w duchu na samą myśl o związkach i innych tych bzdurach, w które kiedyś tak usilnie wierzyła. To przecież była istna strata czasu- i nie szukam żadnego- zaznaczyła, ale nieznajomy tylko uśmiechnął się szerzej na te słowa.

- Jesteś za piękna by być z kimś związana- stwierdził, jednym susem pokonujac dzielącą ich odległość- ale też zbyt seksowna, by być sama- dodał ciszej, delikatnie ściskając jej ramię. Dziewczyna gwałtownie wstrzymała oddech, patrząc mu prosto w oczy. Już otwierała usta, by  odpowiedzieć, gdy nagle coś zmiotło chłopaka sprzed jej nosa. Elena rozejrzała się wokół zdezorientowana i dostrzegła szatyna, leżącego kilka metrów dalej z przetrąconym karkiem. Nad nim stał Damon, nonszalancko oparty o ścianę pobliskiego budynku.

- Zwariowałeś?- warknęła i podbiegła do chłopaka. Boże, przecież wiedziała, że nie żyje, ale mimo to brak pulsu na jego żyle szyjnej wycisnął z jej oczy kolejne łzy.

- Flirtujesz z wrogiem dla odreagowania sytuacji?- parsknął Damon, kpiąco unosząc brew- jesteś do mnie bardziej podobna, niż chciałabyś to przyznać.

- Jakim wrogiem? Co ci w ogóle odbiło?!

Wampir podszedł do niej i ku jej wyraznemu zdumieniu wyciągnął przed siebie strzykawkę, napełnioną po brzegi jakimś przezroczystym płynem. Bez wahania pociągnął za tłoczek a na dłoń Eleny spadło kilka kropel tej tajemniczej substancji. Dziewczyna zawyła z bólu, gdy skóra w miejscu zetknięcia z płynem zasyczała i zwęgliła się, tworząc małą, wypukłą rankę.

- Werbena- szepnęła oszołomiona, obracając strzykawkę w palcach- ale jak…

- Taka dawka konia by uśpiła- powiedział Damon spokojnie- ktoś na ciebie poluje a ja właśnie uratowałem ci życie. Pamiętaj o tym następnym razem, gdy zechcesz być dla mnie niemiła- dodał po czym przerzucił sobie ciało chłopaka przez ramię i skierował się w stronę ich zaparkowanego pod drzewem samochodu. Elena zmarszczył brwi i powlokła się za nim. Nie miała pojęcia, co się przed chwilą wydarzyło, ale wiedziała jedno- to dopiero początek.

 

******************

 

- Nie rozumiem do czego jestem wam potrzebny- oznajmił profesor Shane chyba po raz setny tego dnia. Bonnie westchnęła ciężko, gdy rozkładała świece i rozsypywała sól tworząc w ten sposób okrąg na spróchniałej posadzce. Znajdowali się właśnie w opuszczonym domu w środku lasu, gdzie niegdyś sto potężnych czarownic straciło życie w pożarze. To tu Bonnie zyskała swoją moc, gdy martwe wiedzmy przekazały jej swoją energię i to tu zawsze czuła największy jej przepływ.

-Kontakt z zaświatami to wynik bardzo potężnych zaklęć- wyjaśniła mulatka, siadając po turecku na skrzypiącej i przemokłej podłodze, w okręgu ze świec i soli- mimo tego, że oboje- wskazała na siebie i na przyglądającego jej się z zafascynowaniem Bena- dysponujemy równie potężną mocą potrzebujemy czegoś co nas ustabilizuje, da potrzebną energię. Ty będziesz naszym łącznikiem ze świetem zewnętrznym, dzięki czemu wszystko przebiegnie bez zbędnych zakłóceń.

- O jakich zakłóceniach mówisz?- spytał mężczyzna, nie kryjąc zdziwienia. Bonnie westchnęła ponownie.

- Kontakt z Drugą Stroną jest tak naprawdę zakazany, ale próbując przywołać ducha Pierwotnej Czarownicy łamiemy wszystkie zasady, jedną po drugiej. To niesie za sobą konsekwencje.

- Więc po co to robimy?- wypalił natychmiast.- skoro to takie niebezpieczne powinniśmy…

- Posłuchaj- wszedł mu w słowo Ben- nie wiem jak ty, ale ja chcę się dowiedzieć o co tu chodzi i pomóc Bonnie.Obiecuję, że nie zrobimy nic, co mogłoby tobie zaszkodzić.

- A przynajmniej postaramy się- mruknęła Bonnie na tyle cicho, by żaden z nich jej nie usłyszał, po czym wyciągnęła przed siebie obie dłonie wyczekująco. Ben i Shane dołączyli do niej i chwycili ją za ręce, zamykając oczy.

- Shane, odpręż się i pomyśl o najpiękniejszych chwilach w swoim życiu, o czymś co sprawia, że czujesz się żywy jak nigdy wczesniej. Poczuj tę energię i radość, którą chcesz się z nami podzielić- powiedziała dziewczyna cichym, kojącym głosem- Ben, skup całą swoją moc na każdej poszczególnej cząstce swojej krwii. Rozłóż ją w myślach na czynniki pierwsze, pomyśl o tym co łączy cię z Pierwotnymi mocami. Poczuj tę energię, poczuj ducha przeszłości i wczuj się w niego. Odpręż wszystkie mięśnie i zapomnij w ogóle o swoim ciele. Teraz jesteś tylko espresją, spokojnym wiatrem unoszącym się w stronę zachodzącego słońca. Ciało cię blokuje i ogranicza, ale wiatru nie powstrzyma nic. Jesteś wolny i niezależny… Na tyle niezależny, że z łatwością przechodzisz przez barierę pomiędzy światami…

- Czujecie to?- zapytał Shane szeptem, gdy w pomieszczeniu zrobiło się nagle nienaturalnie zimno, jakby ktoś niespodziewanie otworzył okno w środku zimy.

- To jest to….- powiedziała Bonnie- a teraz Ben, powtarzaj za mną. I skup się, skup się na wszystkim co cię otacza, nawet na tym czego nie widzisz, jak energia Shane’a i barierą, którą musimy przekroczyć. Czujesz to?

- Tak- potwierdził chłopak takim tonem, że nie miała wątpliwości co do tego, że mówi prawdę.

„Verum aperiat, ante occulta hominum. Et sanguis transibunt portam fretus pretium dimitte transire terminus. Spiritus ut se uniant invocábo. Circulum conveniant in sacris. Ego meo, immortalis. Gratia vobis, primum anus, quae est cogitationis naturalis statera. Et auribus suis erroribus.
Ego meo, immortalis. Gratia vobis, primum anus, quae est cogitationis naturalis statera. Et auribus suis erroribus.
Ego meo, immortalis. Gratia vobis, primum anus, quae est cogitationis naturalis statera. Et auribus suis erroribus.”

Powietrze wokół nich zadrgało delikatnie a po chwili w atmosferze rozniósł się aromat palonej siarki. Każde słowo zaklęcia wbijało się boleśnie w ich umysły i dusze, odbierając oddech i zdolność racjonalnego myślenia. Mimo to ani Bonnie ani Ben nie zaprzestali rytuału, czując, że są już naprawdę blisko. Z każdą sekundą było im coraz trudniej utrzymać ciała w pozycji siedzącej, każdy mięsień wręcz krzyczał z wycieńczenia. Oboje czarowników wykorzystywało energię życiową Shane’a, która przepływała przez ich ciała w postaci kolorowych pejzarzy pod powiekami i kojącego ciepła, zmniejszającego nieco ich zmęczenie.

- Nie możecie przerwać połączenia- zawołała Bonnie spanikowana, czując przerażający ból po wewnętrznej stronie dłoni- to sprawka czarownic, chcą, żebyśmy odpuścili. Nie możemy im na to pozwolić….

„Ego meo, immortalis. Gratia vobis, primum anus, quae est cogitationis naturalis statera. Et auribus suis erroribus.
Ego meo, immortalis. Gratia vobis, primum anus, quae est cogitationis naturalis statera. Et auribus suis erroribus.”

W tym samym momencie rozległo się charakterystyczne skwierczenie i do odoru siarki doszedł swąd palonej skóry. Bonnie zawyła dziko z bólu, ale mocniej ścisnęła dłonie obu mężczyzn czując, jak odruchowo próbują uwolnić się od jej palącego dotyku. Wykorzystała część swojej mocy, by usprawnić przepływ energii między nimi. Takie stabilne połączenie mogło choć w części ukoić ból, który czuli. Jednak i tak każda sekunda była katorgą.

„Ego meo, immortalis. Gratia vobis, primum anus, quae est cogitationis naturalis statera. Et auribus suis erroribus.
Ego meo, immortalis. Gratia vobis, primum anus, quae est cogitationis naturalis statera. Et auribus suis erroribus.”

I wtedy, gdy już zdawało się, że dłużej nie dadzą rady stało się coś, czego żadne z nich nie przewidziało- Ben niespodziewanie padł na ziemię, krzycząc z bólu w jakimś niezrozumiałym dla nikog, starożytnym języku. Przerwał połączenie, ale to nie miało znaczenia gdy z jego uszu i nosa krew zaczęła lać się strumieniami.

- Co się dzieje?- krzyknęła Bonnie, spanikowana i spróbowała podnieść go do pozycji siedzącej, ale chłopak tylko głośniej zawył z bólu. Profesor Shane patrzył na to, przerażony i drżącą dłonią sięgnął po leżącą pod jego stopami księgę zaklęć, szukając czegoś co mogłoby pomóc chłopakowi.

- Co się dzieje Ben- zawołała Bonnie czując, jak  po jej policzkach strumieniami ciekną łzy.

- Moja głowa- zdołał jedynie wyjąkać po czym zadrżał w jej ramionach po raz ostatni, konwulsyjnie i opadł bezwładnie niczym szmaciana lalka, bez przytomności. Dziewczyna z przerażeniem dotknęła jego nadgarstka, próbując wyczuć puls a profesor Shane coraz usilniej wertowal księgę.

- Nie- wyszeptała Bonnie, nie wyczuwając bicia jego serca- o Boże, co my zrobiliśmy?

 

************************

 

Stefan spojrzał wprost w czekoladowe tęczówki Eleny, ale od chwili gdy nabrał wątpliwości co do jej tożsamości dostrzegał w niej coraz więcej różnic w porównaniu do obrazu dziewczyny, jaki nosił w sercu. Jej oczy nie miały teraz w sobie tego blasku i radości, które pamiętał i były nieco jaśniejsze od oczu panny Gilbert. Nie tak głębokie i instensywne, to chyba o to chodziło. Jej delikatne, idealnie wydepilowane brwi miały inny kształt, choć nie do końca umiał wyjaśnić na czym ta różnica polega. Jej usta miały odcień bardziej przypominający brzoskwinie a niżeli maliny a dolna warga była odrobinę węższa, niż to zapamiętał. Nawet włosy były ciemniejsze- pozbawione rudych refleksów i różnych odcieni brązu straciły życie, jakim wręcz emanowała Elena. A jej postawa? Niby taka deliaktna, niemal nieśmiała a jednak gdzieś tam w jej wnętrzu czaiło się to zimne zadowolenie, które sprawiało, że jej pewność siebie nie była naturalna.  Nie mógł się jednak dodzwonić do brata, aby owe wątpliwości zweryfikować, więc musiał działać na własną rękę.

- Eleno- zaczął i przybliżył się do dziewczyny, która posłała mu pytające spojrzenie znad wachlarza długich, kruczoczarnych rzęs- tak bardzo mi ciebie brakowało- szepnął, przejeżdżając delikatnie opuszkami palców po jej zarumienionym policzku- powiedz, że teraz już wszystko będzie dobrze, proszę cię.

- Teraz już wszystko będzie dobrze, Stefan- odparła brunetka, splatając delikatnie ich palce ze sobą. Dla niego jednak to nie był ten sam elektryzujący dotyk, jaki pamiętał.- już nigdy nic i nikt nas nie rozdzieli, przysięgam. Jestem twoja na wieki- to mówiąc wpiła się w jego wargi,jednak on zamiast oddać pocałunek niespodziewanie chwycił ją za gardło i z całej siły przyszpilił ją do pobliskiej ściany- co tu robisz Katherine?- wysyczał jej prosto w twarz. Na początku po jej ślicznym obliczu przebiegł cień zaskoczenia, jednak minął tak szybko jak się pojawił a  zastąpił go  kpiarski uśmiech.

- Bardzo dobrze- pochwaliła go niczym dumna mamusia swego synka- Co mnie zdradziło?

- Nic nie wiesz o Elenie- warknął pogardliwie i mocniej zacisnął palce na jej szyi- możesz być jej sobowtórem, ale i tak różnicie się wyglądem. Nie mówisz jak ona, nie pachniesz jak ona a już na pewno nie całujesz jak ona.

- Mówisz o świętej Elenie, która teraz zabawia się Bóg jeden wie gdzie z twoim własnym bratem?- zakpiła, ostantencyjnie przewracając oczami- daj spokój, ty też masz prawo do chwili przyjemności- dodała kokieteryjnie, zbliżając swą twarz do jego twarzy.

- Czego tu szukasz i jaki miałaś interes w powiedzeniu nam o tej klątwie rodu Gilbertów?- zapytał, ignorując jej matrymonialną propozycję.

- A czy ja musiałam mieć w tym jakiś interes?- zapytała, udając obrażoną- nie doceniasz mnie Stefanie. To zawsze był twój największy błąd, nie sądzisz?

Wampir nie zdołał odpowiedzieć, bo w tym samym momencie do jego sypialni wkroczyła Caroline. Blondynka zatrzymała się wpół kroku, oniemiała na widok dziewczyny duszonej przez Stefana.

- Eleno?- zapytała niepewnie.

- Chciałaś powiedzieć „Katherine”- poprawił ją blondyn z wyrazną odrazą spoglądając na brunetkę. Caroline usta otworzyła na kształt litery „O”, a jej oczy wyrażały kompletną dezorientację.

- Że co?

- Sam jeszcze nie wiem, o co tu chodzi , ale się dowiem ty….- nie dane mu było jednak skończyć, bo odkładnie  w tym momencie znudzona i już naprawdę mocno wkurzona Caroline podbiegła do nich w wampirzym tempie i skręciła Katherine kark.

- To za mnie, za Elenę i każdego, kogo skrzywdziłaś w tym mieście- powiedziała opuszczając pokój przyjaciela, który patrzył za nią z niedowierzaniem.

***************

Dziewczyna wyszła przed pensjonat i wyjęła telefon, wybierając dobrze sobie znany numer. Głos z brytyjskim akcentem odezwał się już po drugim sygnale.

- Już się za mną stęskniłaś, kochanie?- zapytał Klaus a Caroline niemal wyczuła, jak się uśmiecha z satysfakcją.

- Zawrzyjmy układ- zaproponowała, nie bawiąc się we wstępy, bo po co?

- No proszę, uwielbiam takie konkretne kobiety- zamruczał do słuchawki a w Caroline aż zawrzało na te słowa- czego chcesz, najdroższa?

- Po pierwsze proszę cię grzecznie, zanim znajdę sposób na ucięcie ci języka, żebyś przestał mnie tak nazywać….- zaczęła

- Najszybszy sposób to metoda usta-usta.

… Po drugie wiem, jak  bardzo kochasz te swoje hybrydziątka i dlatego ci pomogę- ciągnęła, ignorując jego wtrącenie- ty obiecasz zostawić Elenę i wszystkich naszych bliskich w spokoju a ja dostarczę ci kogoś, kto będzie dla ciebie równie przydatny jak ona, gdy już dotrzemy do lekarstwa.

- Masz na myśli….

- W piwnicy Salvatore’ów znajdziesz pewną ceimnowłosą, przebiegłą, nieskorą do współpracy sukę, która tylko czeka na to, by znów stać się człowiekiem- poinformowała go, dumna z siebie. Klaus zamilkł na moment.

- A więc Katherine wreszcie zgubiła ta jej słabość do braci- zakpił mieszaniec i chciał powiedzieć coś jeszcze, gdy nagle Caroline usłyszała przepełnione bólem zawodzenie i krzyki jakiegoś mężczyzny. Zamarła ze słuchawką przy uchu.

- Klaus co się dzieje?- zawołała, a gdy w odpowiedzi usłyszała kolejne pełne cierpienia jęki, wpadła w prawdziwą panikę- Klaus, co się dzieje? Wszystko w porządku? Klaus?

- Nie martw się o mnie skarbie, odezwę się pozniej- powiedział i zakończył połączenie. Caroline z niedowierzaniem spojrzała na milczący telefon i obejrzała się za siebie w chwili, gdy w drzwiach stanął Stefan.

- Słyszałeś- stwierdziła, widząc wyraz jego twarzy.

Stefan tylko skinał głową.

- Robi się bardzo nieprzyjemnie- stwierdził siląc się na spokój i objął blondynkę opiekuńczo ramieniem- ale poradzimy sobie z tym, jak zawsze.

*******************

 

- Powiesz mi w końcu, co było na tych filmach?- spytała Elena zniecierpliwiona patrząc, jak Damon sypie ostatnią porcję ziemi na mogiłę chłopaka, którego w jej obronie własnoręcznie zamordował. Tak, Elena nie mogła znieść myśli, że ktoś, nawet człowiek, który próbował ją skrzywdzić miałby wylądować w jakimś zatęchłym rynsztoku. Każdy zasługiwał na szacunek po śmierci a już samo to, że znajdował się w bezimiennym „grobie” w jakimś lesie, z dala od ludzi i bliskich było wystarczającą karą za wszystkie życiowe przewinienia.

- Wiedziałabyś, gdybyś została ze mną na ostatnie czterdzieści minut tego pasjonującego seansu, zamiast obrażać się niczym mała dziewczynka- wytknał jej Damon, uśmiechając się szelmowsko. Wiedziała, że się z nią droczył, ale jej wcale nie bylo do śmiechu.

- Damon!- warknęła.

- Eleno!

-Ta rozmowa nie ma najmniejszego sensu- westchnęła dziewczyna, przysiadając na opadłym pniu- jakiś koleś próbował mnie zabić, albo porwać nie mam pojęcia. A z tobą nawet nie można się normalnie porozumieć. Albo jestem tak kiepska w sztuce negocjacji, albo mam po prostu pecha do palantów.

- Sądzę, że i jedno i drugie- odpowiedział Damon ujmując jej dłoń delikatnie a Elena nie mogła powstrzymać lekkiego uśmiechu na te słowa.

- Droga do lekarstwa na wampiryzm nie jest nikomu znana, ale wiadomo, że od wieków jest ono poszukiwane- zaczął wyjaśniać po kilku minutach uporczywej ciszy- Isobell odkryła, że ma to związek z pierwotnym ludem, który żył w czasach pierwszych wampirów. Ludem, który zamieszkiwał ich wioskę, zwaną dziś: „Mystick Falls”. Konkretnie mowa tu o starszyznie, którą dziś określamy mianem „założycieli”.

Elena pobladła gwałtownie na te słowa.

- Mówisz….

- Tak, wiem o czym pomyślałaś. Salvatore’owie, Forbes’owie, Gilbert’owie, Lookwood’owie- nasi przodkowie mają związek z antidotum a my musimy się tylko dowiedzieć, jaki. Jedynym sposobem jest…

- Powrót do Mystick Falls- dokończyła za niego Elena, głosem wypranym z emocji.

 

****************

- To może jeszcze raz- powiedział Elijah wbijając kołek tuż pod żebrami Marcela, o cal od serca. Rebekah skrzywiła się, słysząc kolejne krzyki pełne bólu.

- Gdzie znajdę tę twoją wiedzmę- wysyczał Pierwotny wprost w twarz mulatowi- wyrwę serce jej albo tobie, wybieraj.

Marcel zmrużył swoje czarne oczy, jakby przyjmując wyzwanie.

- Zgoda- powiedział, zerkając na blondynkę stojącą za bratem- ale niech ona to zrobi. Ciebie nigdy nie lubiłem.

Rebekah otworzyła usta szeroko ze zdziwienia, podchodząc do niego na odległość pocałunku. Wyraz jej twarzy sprawił, że Marcel zaśmiał się głośno.

- Czyż to nie będzie romantyczne?- zakpił, lubieżnie oblizując wargi- ta, która kiedyś skradła mi serce teraz zrobi to naprawdę i to w wyśmienitym stylu. Chciałbym zobaczyć twoją minę,gdy już będzie po wszystkim.

Rebekah nie wytrzymała- z miną seryjnego zabójcy zamachnęła się i wymierzyła mu siarczysty policzek. Na jego twarzy pojawiła się czerwona, krwawa pręga, przebiegająca przez całą jej długość. Klaus zachichotał na ten widok.

- Miło znów zobaczyć was razem- skomentował zgryźliwie i uniósł ręce w obronnym geście, gdy siostra zmroziła go wzrokiem.

- Nie pogrywaj ze mną Gerrard- zwróciła się do mulata- nie mam dziś nastroju na…

- Jak dla mnie na to, co właśnie robimy nastrój masz idealny- przerwał jej z tajemniczym uśmieszkiem- jesteś wtedy taka seksowna….

Rebekah zamachnęła się ponownie, chcąc zadać mu kolejny cios, jednak Klaus unieruchomił jej dłoń w powietrzu. Blondynka spojrzała na brata pytająco, a ten ze znudzonym wyrazem twarzy wyminał ją i stanął ledwie kilka centymentrów od byłego przyjaciela.

- Wydaj tę sukę Marcel- poradził mu Pierwotny spokojnie- nie wygrasz z urokiem Rebekah, opanowaniem Elijah ani z moją siłą. Zginiesz tak czy siak, ale możesz sobie przedtem oszczędzić niepotrzebnych cierpień.

Marcel rozesmiał się gardłowo a śmiech ten sprawił, że krew w żyłach Rebekah niemal zastygła mimo, że jej serce gwałtownie przyspieszyło biegu. Znała go, wiedziała, ze coś knuje…

- Moja śmierć niczego nie zmieni, „przyjacielu”- zaszydził mulat. Klaus zacisnał zęby z siłą imadła.

- Mylisz się. Uwolni moją siostrę od insekta, który gnębi ją nieustannie od czterech stuleci- powiedział grobowym tonem.

- Na jej nieszczęście na takich jak ty działa jedynie kołek z białego dębu- odparł tamten- których, jak tak się dobrze zastanowić mam pod dostatkiem- dodał konspiracyjnym szeptem.

To co działo się potem trwało może ułamek sekundy- oczy mieszańca stały się złote a kły wydłużyły się drastycznie i już po chwili przypominały wilcze siekacze.

- Nie!- krzyknęła Rebekah, ale było już za pozno- Klaus zatopił zęby w ramieniu Marcela, wprowadzając do jego organizmu wilkołaczy jad. Ból wstrząsnął całym jego ciałem, gdy blondynka brutalnie odepchnęła brata, z szokiem przyglądając się głębokiej ranie z której pulsującym rytmem wypływała krew.

- Coś ty narobił?!- zawołała, w szale potrząsając Klausem niczym marionetką. Pod powiekami zapiekły ją łzy, ale ostatkiem sił powstrzymywała je nie chcąc, aby ktokolwiek dostrzegł oznaki jej słabości- jak w takim stanie ma nam cokolwiek powiedzieć?!

-To będzie świetna motywacja- odparł Pierwotny niezwruszenie- gdy już uporamy się z buntownicza czarownicą i zgrają nieprzystosowanych społecznie wampirów, terroryzujących nasze miasto pomyslę nad uleczeniem go a następnie zabiciem w bardziej „cywilizowany” sposób- za pomocą kołka.

Teraz jego twarz rozciągnęła się w okrutnym uśmiechu. Rebekah spojrzała na Elijah niepewnie, ale ten tylko pokręcił głową ze smutkiem. Tym razem nie mógł nie zgodzić się z bratem. Wampirzyca głośno przełknęła ślinę i przeniosła wzrok na zwijającego się z bólu  u jej stóp Marcela. Dawka jadu, jaką uraczył go Klaus była tak duża, że zadziałał od razu, opanowując cały organizm mulata. Nie pozostało mu wiele czasu.

- Przegrałeś Marcel- powiedziała, siląc się na beznamiętny ton- powiedz prawdę i zakończmy to.

- Chcesz usłyszeć prawdę?- wychrypiał, a gdy dziewczyna pochyliła się nad nim w skupieniu, nastawiąjac uszy aby nie uronić ani słowa z jego wyznania, rozesmiał się, posykując z bólu- prawda jest taka, ze nigdy cię nie kochałem. Byłaś dobra w łożku i na początku to o to chodziło. Potem się okazało, że oprócz zaspokojenia mnie nadajesz się jeszcze do czegoś- możesz zapewnić mi nieśmiertelność i przychylność najpotężniejszego wampira nie ziemi. Wiesz, dlaczego tak się z nim zaprzyjazniłem? Bo byłem mu wdzięczny, że mnie od ciebie uwolnił. Byłem z siebie dumny, gdy zatopiłem ostrze sztyletu w twoim sercu. Nie wiem, co mu w ogóle przyszło do głowy, gdy postanowił cię uwolnić. Te pięćdziesiąt dwa lata bez ciebie były jak prezent od losu, kolejne dwieście- istna tortura. Nienawidziłem cię od chwili, gdy wyznałem ci miłość. Co za ironia, prawda?

Rebekah pobladła gwałtownie, słuchając tego wyznania a za każdym razem, gdy na jej idealnej twarzy pojawiał się grymas bólu Marcel świętowal małe zwycięstwo, które odrobinę wynagradzało mu przeżywane właśnie tortury. Doskonale wiedział jak ją zranić i jak doprowadzić ją do białej gorączki i umiał to wykorzystać. Gdy skończył jej oczy były puste, jakby przesłonięte pajęczyną mrozu. W chwilach takich jak ta naprawdę się jej bał. Gdy się wściekała była niebezpieczna, ale za to niesamowicie seksowna. Gdy się uspokajała przypominała rozpędzone tornado, niszczące wszystko na swej drodze…. Tak, tak, wciąż była niesamowicie seksowna, mimo wszystko. Niby jej nienawidził i czerpał przyjemność z jej bólu, jednak wciąż był tylko facetem, prawda?

-  Niezła próba skarbie- pochwaliła go Rebekah, śmiertelenie powaznym tonem- ciekawi mnie tylko czy gdy wymyślałeś tę bajeczkę wiedziałeś o tym, że gdy próbowałeś odzyskać moje względy w 1656 roku  zahipnotyzowałam cię, byś zdradził mi swoje prawdziwe uczucia i intencje. Kto by pomyślał, że potrafiłeś tak bardzo kochać. Niemal mi przykro, że musisz zginąć wspominając, jak błagałeś mnie przez niemal pół wieku bym ci wybaczyła i do ciebie wróciła.

Klaus zagwizdał przeciagle z uznaniem a Elijah posłał siostrze pełne niedowierzania spojrzenie. Nie sądził, że taka będzie jej reakcja na słowa mulata a teraz musiał przyznać, że bardzo się ostatnio zmieniła. Kiedyś po takim wyznaniu głowa Marcela leżałaby kilometry od jego ciała, ale teraz…

„- To pewnie przez tego małego”- pomyślał, wspominając blondyna- przyjaciela uroczej Eleny. Czy to nie o jego względy zabiegała Rebekah i czy to nie z jego zdaniem liczyła się ostatnio aż za bardzo? Często zastanawiał się czy to tylko jej kolejna gierka, zabawa służąca zabiciu czasu czy jednak rzeczywiście jest coś na rzeczy. Jego mała siostrzyczka była przecież taka kochliwa!

Elijah nie zdołał jednak z tych swoich przemyśleń wyciagnąć konkretnych wniosków, bo w tym momencie, chwilę po tym jak w pokoju zrobiło się nienaturalnie duszno a w powietrzu rozniósł się aromat dzikich róż Pierwotny opadł na kolana, krzycząc z bólu. Coś rozsadzało mu czaszkę od środka, miał wrażenie że każdy nerw jego mózgu płonie a wszystko co działo się wokół odbierał tak, jakby był pod wodą. Wiedział, że takich cierpień przysporzyć mogły mu jedynie czarownice, ale nie miał nawet siły na to, aby się podnieść i sprawdzić, kto tak naprawdę atakuje go mentalnie. Gdzieś w oddali, jego uszu doszły przepełnione cierpieniem krzyki jego rodzeństwa, które mimo tylu lat wzajemnej niechęci i zadawanych ran wciąż wywoływały w jego martwym sercu nieopisany ból. Był najstarszy, powinien ich chronić, powinien im pomóc… Świadomośc niebezpieczeństwa, które czycha na Klausa i Rebekah sprawiła, że znalazł w sobie siłę, by wstać. A raczej by podnieść się z wysiłkiem na łokciach i zadrzeć głowę do góry, spoglądając na swego kata.

Nad nim górowała wysoka, zakapturzona postać, okryta staromodnym, powłóczystym płaszczem. Pierwotny nie był w stanie dostrzec twarzy ani właściwej sylwetki okrutnika, ale zadbane, delikatne dłonie, które wyciągał przed siebie mamrocząc słowa  zaklęcia w jakimś prastarym, pierwotnym języku zdecydowanie należały do kobiety.

Wszystkie te chaotyczne, bezsensowne przemyślenia zeszły jednak  na dalszy plan, gdy Elijah oraz jego rodzeństwo został brutalnie przyszpilony do przeciwległej ściany za pomocą jakiejś niewidzialnej siły. Szarpał się, próbował uwolnić lecz na próżno. Kątem oka dostrzegł, jak owa postać podchodzi do nienaturalnie wycieńczonej Rebekah z kołkiem z białego dębu w dłoni. Dziewczyna zdołała jedynie nieznacznie unieść głowę, chcąc spojrzeć śmierci prosto w oczy a Klaus ryknął wściekle z bezsilności, gdy czarownica uniosła narzędzie z zamiarem zatopienia jego ostrza w piersi Pierwotnej Siostry…

- Zostaw, ona jest moja!- odezwał się władczo Marcel. Dopiero teraz Elijah dostrzegł, że jako jedyny nie został zaatakowany. W dodatku ich napastnik opuścił broń i cofnął się o krok, darując Rebekah życie, jakby słowa mulata miały w sobie jakąś moc sprawczą.  Elijah zmarszczył brwi w wyrazie konsternacji. Niemożliwe, to by musiało oznaczać, że…

- Musisz mi podać jego krew- odezwał się Marcel, wskazując ruchem ręki na Klausa, a gdy czarownica bez słowa sprzeciwu rozcięła nadgarstek unieruchomionej hybrydzie za pomocą kołka z białego dębu, zadając blondynowi niepotrzebnych cierpień a następnie uniosła go nad twarzą Marcela sprawiając, że strumień brunatnego płynu spłynął prosto do jego gardła, lecząc jego zatruty wilkołaczym jadem organizm spełniły się najgorsze obawy Elijah. Marcel w jakiś niezrozumiały sposób kontrolował ową czarownicę a zważywaszy na to, że była w stanie pokonać samych Pierwotnych i posiadała jedyną broń zdolną ich zabić musiał mieć na nią niezłego haka. Tak czy inaczej Elijah dawno nie widział równej siły i to go niesłychanie przerażało, bardziej, niż mogłoby się wydawać.

- Było blisko- odezwała się zakapturzona postać miękkim, niesamowicie kobiecym głosem a Klaus ryknął po raz kolejny tego dnia. Był wściekły i upokorzony a to nie wróżyło niczego dobrego. Jasne było, co się stanie gdy już uda mu się uwolnić.

- Nie możemy ryzykować- zawtórował jej Marcel a następnie pochylił się i połaczył ich usta w zachłannym, brutalnym pocałunku. Elijah spojrzał na siostrę i widząc wyraz jej twarzy zapragnął natychmiast porwać ją w objęcia tak, by nie musiała oglądać tego całego cyrku. Niestety- nie mógł ruszyć nawet małym palcem u stopy. Musiał więc bernie przyglądać się jej bólowi, rozczarowaniu, wściekłości a następnie masce obojętności, która powoli zasnuwała jej twarz. Teraz jedynie oczy wyrażały przeżywane przed chwilą emocje…. To, oraz żądzę mordu. Elijah nie był pewien, które z tych uczuć było w tej chwili przeważające, ale miał przeczucie, że wcale nie chce się tego dowiedzieć.

- Działamy według planu- polecił Marcel, odrywając się od warg skrytej za kapturem dziewczyny- jesli coś pójdzie nie tak….

- Poradzę sobie- weszła mu w słowo- miałam na to całe stulecia. A co z tymi tutaj?- ruchem ręki wskazała na Pierwotnych. Marcel delikatnie przygryzł wargę, jakby się nad czymś zastanawiał. Jego wzrok powoli prześlizgnął się po śmiertelne opanowanym Elijah, rozsierdzonym Klausie, sprawiającym wrażenie oszalałego a następnie na dłużej zatrzymał się na Rebekah, która wbiła w niego mordercze, zimne spojrzenie. Dziewczyna była w tym naprawdę dobra, ale niestety: ono jedynie rozpaliło jego niegasnące pragnienie, które płonęło w nim już od jakichś dwóch stuleci, od chwili, gdy się rozstali. Twarz Marcela rozciągnęła się w szerokim uśmiechu na samą myśl o tym.

- Osłabiłaś ich a ja jestem zaopatrzony w całkiem pokazna kolekcję kołków z białego dębu- powiedział z nieskrywanym entuzjazmem- poza tym mamy tyle do nadrobienia…

Mówił do wszystkich, ale patrzył tylko na blondynkę, która na te słowa warknęła cicho. Gdy tylko czarownica ulotniła się moc, która obezwładniała  rodzeństwo osłabła i cała trójka opadła bez sił na kamienną posadzkę. Marcel przypadł do Rebekah, która uniosła na niego zamglone spojrzenie, próbując go odepchnąć, jednak na marne: mężczyzna niemal z czułością uniósł ją najdelikatniej jak tylko potrafił a następnie przycisnął jej wiotkie, obolałe ciało do swej piersi i pocałował w czoło.

- Śpij skarbie- szepnął, odragniając jej twarzy zbłąkany kosmyk włosów. W jego głosie dziewczyna wyczuła nutkę ironii i rozbawienia, za które tak go nienawidziła, jednak była tak wykończona, ze nie miała nawet siły tego wszystkiego przeanalizować. Nie powinna się tak czuć, jako jedna z najpotęzniejszych istot na świecie powinna być silna, niepokonana, jednak nie mogła nic poradzić na to, że miała wrażenie, jakby jej umysł przesłaniała gęsta mgła, która pragnęła pochłonąć ją do końca i nie było przed tym ratunku. Poległa w nierównej walce z powiekami ciężkimi jak z ołowiu po czym bezwiednie wtuliła się w ciało mulata, jako jedyną stałą rzecz w otaczającej ją rzeczywistości. Nim kompletnie zatonęła w objęciach Morfeusza w jej głowie pojawiła się jedna, szybka niczym błyskawica myśl.

„- To dopiero początek koszmaru”.

*******************

-  Naprawdę nie rozumiem, czym się tak stresujesz- powiedział Damon po raz setny, obserwując jak Elena opróżnia czwartą już szklaneczkę whysky- nie powiesz mi, że zamierzasz się wypiąć na wszystkich tych frajerów, za których do niedawna życie byś oddała.

- To oni wypną się na mnie, gdy tylko mnie zobaczą- odparła Elena, krzywiąc się lekko, gdy wysokoprocentowy napój zaczął palić jej przełyk- a Caroline własnoręcznie mnie zakołkuje.

- Przesadzasz, przecież oni cię kochają- odparł Damon pewnie- a gdyby naszej barbie odbiło mój braciszek w lśniącej zbroi cię obroni- dodał, krzywiąc się na samo wspomnienie ich wielkiej, epickiej miłości, na którą musiał patrzeć przez ostatnie półtora roku. Elena zmrużyła oczy w zamyśleniu.

- Jesteś zazdrosny- zawyrokowała w końcu. Damon spojrzał jej głęboko w oczy, zdziwiony nieco jej bezpośrednością.

- O dziewczynę, którą kocham?- sarknął- nigdy w życiu.

- Przestań- poprosiła łagodnie- przecież wiesz, że…

- Owszem wiem i dlatego  nie mam ochoty słuchać twoich kłamstw o tym, że jest ci przykro, ale jednak nie powinienem się łudzić, bo nic do mnie nie czujesz a mój braciszek jest jedynym, którego pragniesz- zmierzył ją przeciągłym spojrzeniem i uśmiechnął się krzywo- wybacz mi moją  śmiałość słoneczko, ale tym razem jestem zdeterminowany, aby udowodnić ci, że się mylisz- to mówiąc niebezpiecznie zbliżył swoją twarz do jej twarzy, wbijając intensywne spojrzenie niebiesko-zielonych tęczowek w jej rozchylone wargi. Zadrżała lekko, jednak gdy wampir miał ją pocałować odsunęła się w ostatniej chwili.

- Bądż dobrym przyjacielem i nie rób tego więcej- powiedziała, przez zdenerwowanie tonem niemal apodyktycznym- nie możesz całego swojego życia uzależniać od kogoś, kto nie da ci tego, czego pragniesz.

- Eleno…- zaczął, ujmując jej twarz w obie dłonie.

- Mam tego dosyć, nie rozumiesz?- warknęła, gwałtownie podnosząc się z barowego krzesła- odnalazłeś mnie po to, by zadać mi więcej bólu? Nie dociera do ciebie, że czego byś nie zrobił nigdy ci się w pełni nie oddam? Zgoda, całowaliśmy się dwa razy, spędziliśmy ze sobą raptem dwie noce i to daje ci prawo do tego, żebyś uważał się za zwycięscę? Nie jestem  nagrodą w jakimś pieprzonym turnieju o nazwie „kto pierwszy-ten lepszy” i nie będę jak Katherine, która wdała się w romans pomiędzy braćmi a potem nie wiedziała, którego wybrać. Bo to dla mnie żaden wybór, rozumiesz?! Dostałeś to czego chciałeś, więc z łaski swojej daj mi już spokój!

- Tak nisko mnie sobie cenisz?- spytał, patrząc na nią z niedowierzaniem- uważasz, że zaprzepaściłbym to, co jest między nami dla pociągu fizycznego i chwilowego kaprysu?

- Czy nie robiłeś już tego wcześniej?- spytała, dumnie unosząc podbródek- myślisz, że ile jestem ci w stanie wybaczyć?

Przez chwilę toczyli wojnę na wściekłe spojrzenia.

- Dobrze- skapitulował po pełnej napięcia minucie ciszy-  powiedzmy, że masz racje i rzeczywście wykorzystałem twoje kuszące ciałko dla własnych celów. Dlaczego jednak ty to zrobiłaś? Dlaczego jak zwykle się nie wycofałaś? I nie mów, że mnie wykorzystywałaś tak, jak sądzisz że ja wykorzystałem ciebie, bo nie jesteś Katherine i nigdy nie posunęłabyś się  do czegoś tak obrzydliwego.

- Nie rozumiesz?- prychnęła, starając się w swój głos wlać jak najwięcej jadu- byłam samotna, słaba, smutna i skołowana. Potrzebowałam bliskości i ciepła, potrzebowałam przyjaciela. Ale ty jak zwykle stwarzasz same problemy, jakby to doświadczenie było dla ciebie czymś więcej niż długo wyczekiwany seks. Przestań się oszukiwać i znajdz nowy cel w życiu, bo gadka o tym, że jestem sensem twojego istnienia w ogóle do ciebie nie pasuje. Przyznaj, tak naprawdę wcale nie chcesz ze mną być. Twoje starania to reakcja na to, że ci się opieram. Nie mozemy z takiego powodu stracić naszej przyjazni.

Damon otworzył usta szeroko ze zdziwienia, gdy Elena chwyciła za butelkę whysky, stojącą na barze i odeszła pospiesznie w stronę najdalej ulokowanego stolika, by skomsumować ją w samotności. Nawet w takiej chwili nie mógł przestać podziwiać jej krągłości i tego wrodzonego wdzięku, z jakim się poruszała.

- Frajer- pomstował w duchu, duszkiem opróżniając szklankę burbona- totalny, beznadziejny frajer.

 

************************

Od ich rozmowy minęły równo dwie godziny a on wciąż nie mógł odwrócić od niej wzroku. Chwilę po tym, jak zostawiła go samego przy barze   do jej stolika dosiadł się jakiś rudowłosy frajer, niby to pocieszając ukradkiem ocierającą łzy niewiastę, niby to obejmując ją po przyjacielsku, ale Damon nie miał złudzeń- koleś po prostu wpadł w sidła jej niebanalnego uroku i zapragnął w tej chwili zaciągnąć ją do łóżka, by tam… Nawet nie chciał o tym myśleć. Ponownie skupił spojrzeniem na siedzącej przed nim długonogiej blondynce i uśmiechnął się do niej rozbrajająco w ten tylko jemu znany sposób, który sprawiał, że momentalnie robiła się mokra. Tryumfował, wiedząc, ze wciąż to potrafi- ostatnimi czasy zmarnował tyle energii na kapryśną panienkę Gilbert, że miał prawo zapomnieć kilku trików ze swego uwodzicielskiego arsenału. Nie chciała z tego skorzystać, uważała, że to problem którego nie potrafi przeskoczyć- jej strata. On już nigdy więcej nie da się tak niecnie zmanipulować.

- No więc… Co taki przystojniak jak ty robi tu zupełnie sam?- zapytała tymczasem blondynka, sugestywnym gestem przejeżdżając paznokciami po guzikach jego koszuli. Damon już miał odpowiedzieć, gdy nagle śmiech Eleny i tego rudzielca kompletnie wytrącił go z flirciarskiego nastroju. Zerknął w tamtym kierunku i ujrzał brunetkę, przytulona do rudego niczym do pluszowego misia. Wampir zacisnął dłonie w pięści, jednak zapomniał, ze w jednej z nich trzyma pustą szklankę, która pod siłą jego mięsni pękła, raniąc wnętrze jego dłoni dotkliwie.

- Boże! Wszystko w porządku?- pisnęła blondynka spanikowana, a Damon przwrócił oczami, zniecierpliwiony.

- Tak skarbie, wszystko jest w jak najlepszym porządku- odparł, wykorzystujac na niej wampirzy wpływ a gdy twarz dziewczyny rozświetlił radosny uśmiech, położył rękę na jej prawym kolanie. Rana już dawno się zagoiła.

Wyczuł na sobie czujne spojrzenie Eleny, ale tym razem w ogóle się tym nie przejął. Chciała, by znalazł nowy cel w życiu? Chciała, by przestał liczyć się z nią tak jak do tej pory?

-Proszę bardzo. -pomyślał i bez wahania wpił się w usta blondynki.

Gdzieś w oddali słyszał, jak Elena wciąga powietrze ze świstem i nawet przez chwilę z tego powodu tryumfował, ale alkohol szumiący w głowie i ciało dziewczyny, którą trzymał w ramionach skutecznie uniemożliwiły mu racjonalne myślenie. Była seksowna a jej krągłości budziły męską fantazję, jednak wciąż czegoś jej brakowało…

Jej sylwetka miała inny kształt, jej piersi były o wiele mniejsze od piersi Eleny, a zamiast kuszącego zapachu piżmu i czekolady wyczuł jedynie nutkę mięty, która choć równie przyjemna nie była tak… zmysłowa.

- Chodz- wyszeptał wprost w jej wargi- zbyt tłoczno tutaj- dodał, zerkając na Elenę. Wyraz jej twarzy sugerował,że wszystko słyszała. On jednak kompletnie się tym nie przejmował, gdy prowadził dziewczynę na tyły knajpy, z dala od wścibskich spojrzeń. Przycisnął ją do chłodnej ściany i pocałował namiętnie, błądząc dłońmi po całym jej ciele. Po nie tak smukłej talii jak talia Eleny, nie tak krągłym tyłku, jak pupa Eleny, nie tak miękkim włosom, jak włosy Eleny, nie tak zgrabnym i długim nogom jak nogi Eleny…

- Dość- warknął apodyktycznie, odrywając się od warg nie tak słodkichjak wargi Eleny…

Zaklął siarczyście pod nosem.

- Co się stało?- zapytała blondynka, zdziowiona tym nagłym zaprzestaniem pieszczot- jesteś w tym nieziemski- dodała kokieteryjnie i spróbowała go znów pocałować, ale Damon odsunął ją od siebie stanowczo na odległość ramienia.

- Za to ty wcale nie jesteś w tym taka dobra na jaką wyglądasz- odparł bezczelnie, a gdy oburzona dziewczyna chciała już coś na to odpowiedzieć powstrzymał ją, po raz kolejny tego wieczoru używając na niej hipnozy.

- Nie odzywaj się i daj mi robić swoje- zakomenderował i bez ostrzeżenia wgryzl się w jej tętnicę. Dziewczyna zawyła z bólu i próbowała się wyrwać, okładając go pięściami ale na nim nie robiło to wrażenia. Był pijany, smutny i wściekły jednocześnie a takie wybuchowe połączenie uczyniło go nieczułym na wszelkie głosy rozsądku. Głuchy był także na nawoływania roztrzęsionej Eleny, które  dobiegały jakby z innej rzeczywistości. Juz zapomniał jak smakuje krew prosto z żyły.

Euforia…

Siła…

Bogactwo smaków, niebo w ustach…

Odurzająca energia…

I on miałby zrezygnować z tego wszystkiego z powodu osoby, która nieudolnie usiłowała go odepchnąć od czegoś, co dostarczało mu takiej przyjemności i zapewniało życie? Dokładnie: czegoś, nie kogoś. To było tylko zródło jego siły, nic więcej. W reakcji na kolejne, słabnące już ciosy agresywniej przyssał się do rany, wywołując dodatkową dawkę wrzasków i jęków, które raniły jego uszy. Dopiero gdy na jego języku znalazła się ostatnia kropla krwi dziewczyny, którą trzymał w ramionach a jej ciało opadło bezwładnie niczym szmaciana lalka, odsunał wargi od jej rozerwanej tętnicy i pozwolił Elenie odepchnać się brutalnie od swojej ofiary. Brunetka opadła na kolana obok bezimiennej blondynki, a on ze swego rodzaju rozbawieniem obserwował jak próbuje ją ocucić i trzęsącymi się rękoma sprawdzić jej niebijący już przecież puls. W jego mniemaniu Elena zachowywała się jakby kompletnie oszalała- rozpaczała po śmierci nieznanej sobie dzieczyny zupełnie jakby straciła członka rodziny mimo, że jeszcze kilka minut temu posyłała w jej stronę nienawistne spojrzenia. Gdzie tu logika?

Chwilę trwało, nim Elena wstała z klęczek i spojrzała na niego z obrzydzeniem.

- Jak mogłeś?- wysyczała, ocierając łzy- ona była niewinną dziewczyną  a ty…

- A ja pozbawiłem cię rywalki- zaszydził Damon- zabiłem dziewczynę, o którą byłaś zazdrosna. Teraz też będziesz udawać, że nic do mnie nie czujesz?- dodał z lubieżnym uśmiechem, podchodząc do niej na odległośc pocałunku.

- Zrobiłeś to po to, żeby udowodnić mi, że masz rację?- zapytała, głosem nabrzmiałym z emocji- ty potworze!

- Z naszej dwójki to ty jesteś większym potworem- warknął, tracąc nagle całe swoje pozorne opanowanie- zwodzisz mnie, mojego brata i udajesz świętą. A teraz jeszcze próbujesz mi wmówić, że nic do mnie nie czujesz, że twoje pocałunki nie były pocałunkami a seks ze mną nie był seksem,w  dodatku najlepszym w twoim życiu. Zaraz usłyszę, ze twoja zazdrość nie była zazdrością a jedynie przyjacielską troską.

- Jesteś beznadziejny- wrzasnęła Elena a po jej policzkach spłyneła kolejna porcja łez- krzywdzisz ludzi dla zabawy! To dla ciebie kolejna, chora gra!

- Taki już jestem!- krzyknął Damon, pochylając się nad nią- jestem wampirem i zjadam ludzi! To także twoja natura, więc przestań mnie z łaski swojej oceniać, bo wcale nie jesteś lepsza. To wszystko co się tu dziś stało to TWOJA WINA!!!

TRZASK!

Głowa Damona odskoczyła gwałtownie do tyłu po zetknięciu z rozpędzoną ręką Eleny. Wampir z niedowierzaniem potarł nabiegły krwią policzek i zmroził brunetkę spojrzeniem. Jej łzy już zdążyły obeschnąć a oczy pałały żądzą mordu i wewnętrzną determinacją.

- Nienawidzę cię- wysyczała dobitnie a choć nie dał tego po sobie poznać każde jej słowo raniło dotkliwie jego martwe od półtora wieku serce- zniszczyłeś wszystko co było między nami, zdeptałeś moje i swoje uczucia. Dzisiejszej nocy straciłeś mnie na zawsze, nieodrawacalnie. Nienawidzę cię i nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, słyszysz?

Patrzył za nią, gdy odwróciła się na pięcie i zdecydowanym krokiem kierowała się w przeciwną stronę. Zostawiała go, tym razem na zawsze choć przecież wcale nie chcial do tego doprowadzić. Chciał tylko udowodnić jej, że się myli i że nie ma żadnego wpływu na jego decyzje. Chciał zobaczyć zazdrość w jej oczach, taką samą jaką niegdyś okazała widząc go z Rebekah, a tymczasem tak daleko zapędził się w tej zabawie, ze teraz nie było juz odwrotu.

W pewnym momencie, gdy tak patrzył za nią rozmyślając o wydarzeniach dzisiejszego dnia i planował wrócić do knajpy, by znalezć sobie jakiś ładny deser drogę Eleny zajechało srebre audi. Dziewczyna nie zdążyła mrugnąć, gdy z pojazdu wypadły dwie, zakapturzone postaci i po chwili brunetka zawyłą dziko, łapiąc się za głowę by za moment upaść na asfalt bez przytomności.

„Czarownice”- pomyślał Damon i podbiegł do nich w wampirzym tempie, jednak jednen z napastników wykazał się niezwykłym refleksem i po chwili i on zwijał się z bólu na chłodnym parkingu. Nie mógł się ruszyć: był zmuszony patrzeć jak wrzucając nieprzytomny sens jego życia na tylne siedzenie wozu i odjeżdżają z piskiem opon.

- Eleno- krzyknął w noc z desperacją.

*************************

 

Odkąd profesor Shane i Bonnie przynieśli ciało Bena i połozyli je na kanapie Salvatore’ów nikt  z obecnych nie poruszył się nawet o milimetr. Caroline, wsparta na opiekuńczym ramieniu Stefana wpatrywała się przed siebie tępym wzrokiem. śmierć zawsze ją przygnębiała i choć nie znała młodego czarownika za dobrze to już zdążyła go polubić. To on sprawił, że na twarzy Bonnie widniał ten rodzaj uśmiechu, który niegdyś zarezerwowany był jedynie dla Jeremiego.

No właśnie, Bonnie. Trzęsła się cała w objęciach Matta, uparcie powtarzając, że to jej wina mimo iż blondyn usiłował zaprzeczać tym słowom.

Jeremy natomiast wraz z Shane’em przeglądali owoce pracy profesora i Isobell oraz dokumenty przyniesione przez Katherine, dyskutując o czymś zawzięcie, jakby nie przyjmowali do wiadomosci tragedii, która się wydarzyła. Jedynie Tyler siedział z boku, podświadomie izolując się od reszty i zagryzał wargi, jakby rozmyślał nad czymś intensywnie. Po chwili zerwał się z fotela, zwracając na siebie uwagę wszystkich zebranych i podszedł do Caroline.

- Chodz- poprosił zaskakująco łagodnie i wyciągnął dłoń, którą ta niepewnie ujęła. Chłopak poprowadził ją na piętro, do najbliższego gościnnego pokoju i zamknął za nimi drzwi po czym rozsiadł się na wiktoriańskim łóżku, stojącym pod ścianą. Blondynka oparła się o framugę drzwi, zachowując między nimi spory dystans, co było na tyle bolesne, że musiał spuścić głowę, by nie dostrzegła wyrazu jego twarzy. Nie miał prawa jej za to wszystko winić, wiedział, że sobie na to zasłużył.

- Nie lubię, gdy jesteś taka jak teraz- wyznał, uporczywie wprtrujac się w dywan po kilku pełnych napięcia minutach ciszy.

- Ostatnio odnoszę wrażenie, że nie lubisz mnie w żadnym wydaniu- odparła z ledwo wyczuwalną nutką ironii w głosie. Tyler ostrożnie podniósł na nią wzrok. W jej oczach dostrzegł niewybrażalny  smutek i żal a  poczucie winy uderzyło w niego z taką siłą, że gdyby stał z pewnością ścięłoby go z nóg.

- Caro, przepraszam- wyszeptał z bólem-ani ze mnie kochanem ani przyjaciel a nawet marny wróg. Jestem do dupy.

- Zgadzam się- przyznała blondynka nienaturalnie spokojnym głosem- ale jesli koneicznie chcesz być obrażany, nie odbieraj mi tej przyjemności i pozwól zrobić to samej- zerknęła na niego a gdy ten wolno pokiwał głową, kontynuowała- Jesteś dupkiem i to0talnym egoistą, który zostawił mnie i wszystkich swoich przyjaciół w imię zemsty za coś, co Klaus robił setki razy przedtem. Gdzie tu sens? Złamałeś mi serce- głos jej zadrżał płaczliwie i nawet nie zauważyła, gdy po jej policzkach zaczęły spływać słone łzy, rozmazując perfekcyjny makijaż i pozostawiając na twarzy czarne smugi od tuszu- łamiesz je teraz za każdym razem, gdy każesz mi patrzeć na tę twoją bezduszność i obojętność.

- Sądzisz, że mi jest z tym łatwo?- jęknał, czując, że i on za moment się rozklei- w jednej chwili straciłem wszystko. Rodzinę, człowieczeństwo, normalne życie. Nie mogłem mu tego darować.

- My byliśmy twoją rodziną, Tyler!- krzyknęła Caroline- a ty miałeś gdzieś nasze uczucia, moje uczucia.  Nienawidzę cię za to!

- Ja siebie też- warknął- ale bardziej nienawidzę Klausa za to, że zamordował moją matkę i nieustannie naraża ludzi ktorych kocham na niebezpieczeństwo. Musi za to zapłacić, rozumiesz?- teraz i jemu głos się załamał i już nie mógł dłużej się powstrzymywać: po prostu rozpłakał się jak małe dziecko, ukrywając twarz w dłoniach. Caroline na moment zamurowało, ale po chwili otrząsnęła się z szoku i podeszła do niego po czym  ostrożnie otoczyła go ramionami, jakby bała się odrzucenia. Ale on wcale jej nie odrzucił tylko mocniej wtulił się w jej miękkie ciało, rozluzniając się w jej ciepłym uścisku i pozwalając sobie na chwile słabości. Oboje płakali i oboje potrzebowali teraz swojej bliskości. Było niemal jak za dawnych czasów, gdy Tyler spojrzał jej w oczy i zbliżył swoją twraz do jej twarzy. Jednak gdy ich usta miały się wreszcie spotkać w tak upragnionym pocałunku hałas na dole wybudził ich z transu, w który wpadli i sprawił, że odskoczyli od siebie jak opażeni. Oboje w wampirzym tempie pognali do salonu, gdzie zastali przyjaciół z szokiem wpatrujących się w kanapę, na której siedział  Ben, spazmatycznie łapiąc oddech i spoglądając na nich z realnym przerażeniem. Caroline zacmokała ze zdziwieniem.

- Czy on nie powinien być martwy?- zapytała, niezbyt inteligentnie.

 

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozdział 4. blady świt

04 sie

Obudziły ją pierwsze promienie słońca. Jęknęła przeciągle i niechętnie uchyliła powieki. Nie miała pojęcia, co się z nią działo, ani jakim cudem znalazła się na tej łące przykryta jedynie jakimś kawałkiem lichego materiału, który kiedyś zapewne był jej sukienką, ale jednego była pewna- po raz kolejny przesadziła z piciem i teraz niemiłosiernie bolała ją głowa. Z wysiłkiem podniosła się do pozycji siedzącej i rozejrzała wokół, zdziwiona.
Tak jak już wcześniej zauważyła znajdowała się na łące, a konkretnie na pasie zieleni, oddzielającym plażę od lasu. Kilka metrów dalej znajdowało się jezioro a jego spokojna toń wręcz zapraszała do tego, aby się w niej zanurzyć. Na wodzie unosiły się skrawki materiału… Z tej odległości Elena nie mogła mieć pewności, ale zdawało jej się, że to części koronkowej bielizny, którą zeszłej nocy miała na sobie… A jej włosy były jakby lekko wilgotne…
„-Co jest grane do cholery?”- pomyślała, ze zgrozą odkrywając, że jest kompletnie naga. Próbowała sobie to wszystko poukładać w głowie, gdy nagle poczuła subtelny pocałunek na karku i elektryzujący dotyk na ramieniu. Podskoczyła zaskoczona i odwróciła się gwałtownie, spoglądając wprost w seksownie zmrużone oczy Damona. Wydawał się być taki… zadowolony, szczęśliwy, gdy prześlizgnęła wzrokiem po jego idealnym NAGIM ciele.
- O Boże- wyszeptała z przejęciem, nie reagując nawet na pocałunek, który wampir właśnie złożył na jej ustach. Była oszołomiona, zaskoczona i zdruzgotana…. A smak jego ust doprowadzał ją niemal do szaleństwa. Jego zapach…. dotyk…. To jak jej ciało na niego reagowało…. Tego nie dało się opisać słowami. Nie, zdecydowanie nie mogła tego dłużej ciągnąć….
- Zostaw mnie!- warknęła, brutalnie go od siebie odpychając i w wampirzym tempie znalazła się przy najbliższym drzewie tym samym zwiększając dystans między nimi. Damon wbił w nią intensywne spojrzenie swych niebiesko-zielonych oczu, które poczuła dotkliwie w każdej części swego nagiego ciała a na jego ustach pojawił się zwycięski uśmiech.
Uśmiech kogoś, kto dostał dokładnie to,czego chciał.
Uśmiech kogoś, kto otrzymał długo wyczekiwaną, zasłużoną nagrodę.
Elena zadrżała konwulsyjnie, uświadomiwszy sobie co to dokładnie oznacza.
- Co tu się stało?- zapytała słabo, jednocześnie usiłując szczelnie zakryć się trzymaną w ręku podartą sukienką. Nie mogła znieść jego natarczywego spojrzenia i sposobu w jaki taksował ją wzrokiem, jakby tak bardzo podobało mu się to, co miał przed oczami, że gotowy byłby zaraz się na nią rzucić i już nigdy nie wypuścić z objęć. To był wzrok wytrawnego łowcy, polującego na trudną do osaczenia zwierzynę lub cóż… po prostu napalonego mężczyzny. Na samą myśl o tym Elena głośno przełknęła ślinę.
- Jeśli musisz wiedzieć, to właśnie patrzysz na nasze małe pole bitwy- odezwał się Damon, sugestywnie poruszając brwiami- chociaż nie do końca. Zaczęliśmy gdzieś tam- machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku- i tak nawiasem mówiąc podejrzewam, że zdołaliśmy przepłoszyć całą leśną zwierzynę. Kłusownicy będą niepocieszeni. To była długa noc.- dodał,niebezpiecznie się do niej zbliżając. Z każdym jego powolnym krokiem jej serce coraz bardziej przyśpieszało a ona już nie potrafiła dłużej kontrolować niespokojnego oddechu. Jego oczy błyszczały szczerą radością a usta ozdabiał uwodzicielski uśmiech, ale Elena nie mogła tego znieść. Po prostu odwróciła głowę.
Był nagi. Nie miała prawa go podziwiać. Ona była naga. Nie miał prawa przewiercać jej takim łakomym wzrokiem. Świadomość tego, co zrobiła uderzyła w nią ze zdwojoną siłą.
Przespała się z Damonem Salvatore. Naprawdę to zrobiła. Po tylu jego nieudanych próbach by ją uwieść wreszcie mu uległa. Uległa samej sobie. A gdy tylko to zrozumiała w jej umyśle pojawiły się zaginione w morzu alkoholu wspomnienia z wczorajszego wieczoru. Dreszcze, które czuła za każdym razem, gdy jej dotykał. Ekscytację, gdy dotykała jego sprawiając mu niewyobrażalną przyjemność. Namiętne, łakome pocałunki, wzbudzające tylko ich niegasnące pożądanie. Nieznośną rozkosz, gdy poruszał się w niej dziko i gwałtownie. Jęki i krzyki, wyrażające przyjemność, jaką dawali sobie wzajemnie. Wszystkie pozycje, w których to robili….
-Eleno-szepnął Damon ujmując jej twarz w obie dłonie. Boże, czy on naprawdę nie mógł się ubrać? Czy musiał stawiać ją w takiej niezręcznej sytuacji? Nie rozumiał jak to wszystko wpłynie na ich wzajemne relacje? Nie dopuszczał do siebie świadomości, że ta noc była początkiem końca? Czy rzeczywiście był na tyle głupi, by z taką nonszalancją obnosić się ze swoją nagością niczym z trofeum zdobytym w bojach i
jawnie podziwiać jej drżące pod jego intensywnym spojrzeniem ciało jakby chciał przypomnieć jej, że teraz ma do tego pełne prawo?
Elena nie czekała, aż jej umysł
przetrawi te wszystkie fakty i spróbuje odpowiedzieć na nurtujące ją pytania. Wyrwała się z uścisku zaskoczonego Damona, w biegu narzuciła na siebie jego wczorajszą koszulę, leżącą na trawie i oddaliła się w wampirzym tempie.
Biegła, nie oglądając się za siebie. Lawirowała wśród drzew i leśnego poszycia, modląc się w duchu, żeby nie przyszło mu przypadkiem do głowy gonić za nią. W końcu wypadła na gorący asfalt i dostrzegła kabriolet Damona, zaparkowany na poboczu. Kluczyki wciąż tkwiły w stacyjce, ale drzwi były zablokowane.
Zdenerwowanie sprawiło, że nie namyślając się długo dziewczyna po prostu wyważyła je jednym silnym pociągnięciem po czym siadła za kierownicą i z piskiem opon odjechała.
„-Wyglądam jak siedem nieszczęść”-pomyślała niezadowolona spoglądając w lusterko. Włosy miała rozczochrane, ciało zroszone potem, makijaż nieco rozmazany a paznokcie czarne od ziemi, którą rozdrapała w nocy dając upust rozkoszy, jaka przeszywała jej ciało.
„Muszę koniecznie wskoczyć pod prysznic”- przeszło jej przez myśl, gdy do jej nozdrzydotarł zmysłowy zapach wody kolońskiej, pochodzący z koszuli Damona, którą miała na sobie.

***

Bonnie naprawdę cieszyła się, że mogła opuścić Mystick Falls, choć czuła się z tym okropnie. Jej babcia umarła, ojciec wciąż podróżował a matka stała się wampirem, ale przecież miała przyjaciół, którzy byli jej bliżsi niż własna rodzina i którzy teraz jej potrzebowali. Mimo to cieszyła się, że ich opuszcza chociaż na chwilę, żeby odetchnąć i nabrać dystansu. Ta cała sprawa z grożącym im Klausem, wyjazdem Eleny i podejrzaną misją Tylera porządnie dała jej w kość. W końcu czara goryczy się przelała i stało się- wyładowała się na Jeremy’em. Była jednak zbyt dumna, by go za to przeprosić- w końcu to on pierwszy ją zranił, zakochując się ponownie w duchu swojej zmarłej wampirzej dziewczyny i ukrywając przed nią ten fakt nie wiadomo jak długo. Choć minęło tyle czasu ból wcale nie zelżał. Wciąż miała do niego o to żal i mimo, że starała się być jego przyjaciółką czuła, że to jej nie wystarcza. A on już miesiące temu przestał robić cokolwiek, by ją odzyskać, jakby kompletnie przestało mu na tym zależeć. Ta myśl doprowadzała ją do szału.
Bonnie westchnęła ciężko, stając przed drzwiami z wiśniowego drewna. To tu mieszkała jej matka-wampirzyca, która kiedyś zostawiła ją pod opieką babci nie dając znaku życia przez piętnaście lat a teraz wpadła w depresję z powodu utraty magii. Wampirzyca w Los Angeles- kto by się tego spodziewał?
Mulatka wzięła głęboki wdech i już miała zapukać, gdy nagle drzwi się otworzyły i po chwili w progu stanął przystojny blondyn o błękitnych niczym ocean oczach. Na moment Bonnie straciła zdolność mówienia.
- Co tu robisz?- wykrztusiła w końcu nie dbając o to, jak niegrzecznie to musiało zabrzmieć. Wciąż była w szoku. Blondyn uniósł brwi tak wysoko, że częściowo zasłoniła je grzywka, opadająca na czoło.
- Kim jesteś?- spytał a uwadze Bonnie nie uszedł fakt, że odrobinę przymknął drzwi, jakby dawał jej niemy znak, że nie jest tu mile widziana.
- Szukam Abby Bennett- wyjaśniła pokrótce a chłopak pokręcił tylko głową z politowaniem.
- Nie ma jej tutaj a nawet gdyby była nie powiedziałbym ci tego- prychnął i cofnął się w głąb domu.
- Czekaj- zawołała Bonnie, powstrzymując go przed zamknięciem drzwi- masz mi natychmiast powiedzieć, gdzie ona jest, albo inaczej pogadamy.
- Jeśli liczyłaś na zaproszenie, to muszę cię rozczarować- prychnął, ale uśmiech spełzł mu z twarzy w chwili, gdy Bonnie przekroczyła próg.
- Nie jesteś wampirem?- wyszeptał, zszokowany a Bonnie zmarszczyła brwi.
- Dlaczego miałabym nim być?- zapytała, robiąc krok do przodu- chcę tylko znaleźć moją matkę,
Chłopakowi szczęka opadła niemal do samej ziemi.
- Kogo?- wrzasnął zszokowany.

***

- Wybacz, nie miałem pojęcia, że Abby ma córkę- powiedział blondyn jakiś czas później, stawiając przed Bonnie kubek z parującą kawą- mówiła, żebym wystrzegał się każdego, kto tylko o nią zapyta i tak właśnie robiłem.
Bonnie skinęła głową ze zrozumieniem i rozejrzała się dookoła, zafascynowana wystrojem wnętrza nowego domu matki. Na ścianach wisiało mnóstwo zdjęć i obrazów a jasne meble nadawały mu pogodny wyraz, co kontrastowało z z tym, czego Bonnie do tej pory dowiedziała się o upodobaniach matki. No ale z drugiej strony praktycznie jej nie znała, była dla niej jak obca. Podobnie z resztą jak chłopak, z którym teraz dzieliła kanapę. Dziewczyna nie czuła się w jego towarzystwie zbyt pewnie i tylko świadomość, że w razie czego ma do dyspozycji magię, którą przekazało jej niegdyś sto zmarłych czarownic sprawiła, że jeszcze stąd nie uciekła.
- Gdzie ona tak właściwie się podziewa?- zapytała mulatka, upijając łyk ciepłego napoju- Jakie was łączą relacje i najważniejsze: kim jesteś?
Blondyn zaśmiał się wbrew sobie.
- Zawsze tyle gadasz?
- Nie, chyba po prostu podświadomie zastępuję sobie przyjaciółkę, Caroline- westchnęła Bonnie- wiesz, to ona zawsze była tą, która zamęczała wszystkich mnóstwem pytań i innej bezsensownej paplaniny, ale robiła to w taki sposób, że nikt nie śmiał gniewać się na nią dłużej niż przez pięć minut… no dobra, dziesięć. Jest kochana i śliczna, ale większość miała ją zawsze za nierozgarniętą blondynkę, dla której zakupy i chłopcy stanowią centrum wszechświata… Przepraszam, pewnie cię zanudzam…- dodała pospiesznie, widząc jego minę. Chłopak zachichotał.
- Właściwie to teraz zapragnąłem poznać tą twoją uroczą przyjaciółkę- odparł z rozbawieniem- a skoro ty poczułaś się na tyle pewnie, że uraczyłaś mnie wstępem do swojej biografii to i ja chyba mogę odpowiedzieć na kilka twoich pytań. Tylko uwaga: maksymalnie pięć, resztę zostawmy dziennikarzom, którzy kiedyś zaczną się do mnie dobijać z powodu moich licznych osiągnięć.
- No dobrze…- zgodziła się Bonnie chichocząc i zamyśliła się na moment, nie mogąc jednocześnie uwierzyć w to, że dała się wmanewrować w tak głupią zabawę gdy dookoła działo się tyle strasznych rzeczy- więc najpierw jakieś łatwe, tak dla rozgrzewki: jak się nazywasz i kim jesteś dla mojej matki?
- To są dwa pytania- wypomniał jej chłopak, ale widząc jej minę natychmiast spoważniał- no ok, nie patrz tak na mnie. Nazywam się Ben Davies i jestem podopiecznym Abby… Przygarnęła mnie do siebie, gdy tylko odkryłem swoje magiczne zdolności…
- Jesteś czarownikiem?!- przerwała mu mulatka zaskoczona.
- Uwierz, że dla mnie to też był szok, gdy w swoje dziewiętnaste urodziny siłą woli spaliłem własny dom.- przyznał Ben, spuszczając wzrok ze wstydem- tej nocy w hotelu rodzice powiedzieli mi, że jestem adoptowany i że podobnie jak moi biologiczni rodzice nigdy nie byłem normalny. Byłem przerażony, chciałem odnaleźć prawdziwą rodzinę, dowiedzieć się, co się ze mną dzieje, bo powoli zaczynałem wariować, więc po prostu bez słowa uciekłem. Trochę włóczyłem się tu i tam aż w końcu spotkałem Abby. Była tak samo zagubiona i osamotniona jak ja i potrzebowała kogoś, na kogo mogłaby przepisać ten dom, bo jak wiesz magiczna blokada przed czynnikami nadnaturalnymi działa tylko wtedy, gdy właściciel jest człowiekiem. Zawarliśmy więc układ- ona dała mi dach nad głową, co i jej zapewniło bezpieczeństwo i wyjaśniła mi wszystko dokładnie. Nauczyła kontrolować moce, opowiedziała o całym tym magicznym półświatku….
- Wampirzyca uczyła cię czarować?- zawołała Bonnie- ona sama sobie ze swoją przemianą nie radziła, straciła moc i….
- I moja obecność okazała się dla niej lecznicza- dokończył za nią blondyn- gdy ją poznałem była zagubioną, niepewną „dziewczynką”, pogrążoną w depresji, ale z czasem widziałem jak wraca jej energia, uśmiech i chęć do życia. Zaprzyjaźniliśmy się i…
- I teraz musisz mi powiedzieć gdzie ją znajdę-poprosiła Bonnie, instynktownie przysuwając się bliżej chłopaka- bo widzisz, ja również potrzebuję jej pomocy… w kwestii czarowania.
- o proszę, a jeszcze przed chwilą wyśmiewałaś się ze mnie, że brałem u niej lekcje – zakpił Ben- co jest takiego ważnego, że stwierdziłaś, że ktoś pozbawiony magii jest ci w stanie pomóc?
- Posłuchaj, rozumiem, że moja matka praktycznie cię adoptowała, ale to jeszcze nie oznacza, że oficjalnie dołączyłeś do naszej i rodziny i że powinnam ci się teraz zacząć zwierzać- warknęła dziewczyna, zrywając się z kanapy.
- Zaczekaj- zawołał za nią Ben i dogonił ją na ganku.
- Abby wyjechała na poszukiwania lekarstwa na swoją „przypadłość”- wyjaśnił ostrożnie, instynktownie kładąc jej dłoń na ramieniu- nie martw się o nią, da sobie radę, ale dopóki nie wróci nie ma z nią kontaktu. Jednak wiem, że gdyby tu teraz była chciałaby, żebym ci pomógł. Mogę ci pomóc i chcę tego, więc mi pozwól.
Bonnie westchnęła ciężko, pocierając skronie.
- Posłuchaj, praktycznie cię nie znam i nic o tobie nie wiem, ale jedno jest pewne: niedoświadczony czarownik, który ledwo dowiedział się o swoich mocach i uczy się nad nimi panować na nic mi się nie przyda. Wybacz- powiedziała łagodnie i odwróciła się na pięcie, chcąc odejść.
- Zaczekaj do cholery- zawołał za nią ponownie i chwycił ją pod ramię, unieruchamiając- ja…
Jednak Bonnie wcale nie miała ochoty słuchać tego desperata. Zmrużyła oczy, koncentrując na nim całą swoją moc. W normalnych warunkach już po sekundzie chłopak padłby na ziemię, wyjąc z bólu i błagając o litość, ale nie tym razem. On również zmrużył oczy, jakby przeciwstawiał się jej zaklęciu, ale nic nie wskazywało na to, żeby owe zaklęcie się powiodło. Bonnie ściągnęła brwi w konsternacji i skupiła wszystkie swoje siły, każdą cząsteczkę swej mocy i każdą komórkę w swym ciele na tej jednej myśli- zadać mu ból. To było tylko zaklęcie obronne, nie mogło zrobić mu krzywdy a jedynie pozbawiało przytomności. Nie wymagało też użycie większej mocy. Dlaczego więc teraz, gdy koncentrowała wszystkie swoje siły nic się nie działo? Każda sekunda wypalała z niej energię, ale nie mogła przestać. Przecież była najpotężniejszą ze współczesnych czarownic. Nikt dotąd nie posiadł mocy większej od tej, którą dysponowała a jedynymi stworzeniami magicznymi, zdolnymi ją pokonać w takiej walce były czarownice pierwotne, które zmarły przecież tysiące lat temu…
- Krew ci cieknie z nosa- zauważył Ben, wyrywając ją tym z transu i otępienia, w które wpadła. Mechanicznie uniosła dłoń do twarzy, a gdy znów na nią spojrzała jej palce zabarwione były na kolor ciemnoczerwony. Dziewczyna spojrzała na Bena przerażona.
- Czym ty jesteś?- wydarła się. Nie panowała już nad niczym a w szczególności nad swoimi emocjami.
- Różnie już na mnie mówili- wyznał chłopak niewzruszenie- w przepowiedniach zazwyczaj widnieję pod nazwą: „Odrodziciel”.
- W przepowiedniach?
Ben uśmiechnął się łagodnie.
- Sam dopiero się z tym wszystkim oswajam- powiedział po czym wyciągnął z tylnej kieszeni jeansów paczkę chusteczek higienicznych i ku zaskoczeniu Bonnie zaczął ocierać krew z jej twarzy- to Abby pomogła mi się dowiedzieć prawdy. Prawdy o moim pochodzeniu i pochodzeniu moich potężnych i nieposkromionych mocy. Jestem jedynym, co przetrwało po czasach Pierwszych Czarownic. Jestem Odrodzicielem.

***

- Skąd to wszystko wiesz?- Elijah wydawał się być wyraźnie zaskoczony- jestem tu już od miesiąca, a….
- A ja zebrałam potrzebne informacje w ciągu godziny?- weszła mu w słowo Rebekah i wygodnie rozsiadła się na skórzanym fotelu, stojącym pod ścianą- musisz wreszcie przyznać, że moje perwersyjnie metody są o wiele skuteczniejsze, braciszku.
- Mówisz zupełnie jak Klaus- prychnął Pierwotny, siadając na kanapie, naprzeciwko siostry.
- Nic dziwnego, skoro odziedziczyłam po nim temperament- odparła blondynka, wydymając wargi- a ty, „Święty” Elijah, nawet nie wiedziałeś, że Marcel jest w mieście.
- Najwyraźniej nie chciał się ujawniać, a ja tylko…
- A ty jesteś TYLKO Pierwotnym i znasz Marcela TYLKO od czterech stuleci! Nie wspominając o tym, że badasz tę sprawę TYLKO od miesiąca, podczas gdy banda napalonych pożal się Boże wampirków TYLKO terroryzuje NASZE miasto!
- Chryste, rzeczywiście brzmisz jak Klaus- głos Elijah był spokojny i łagodny, gdy ujął drobną dłoń siostry i z nabożną czcią ją ucałował- jak Klaus, gdy jest przerażony. Przyznaj, rozmawiałaś z Marcelem osobiście, prawda?
Rebekah głośno przełknęła ślinę na wspomnienie o mężczyźnie. Tego, co się między nimi działo nie można było nazwać rozmową, mimo że udało jej się wyciągnąć z niego potrzebne informacje zanim poszli do łóżka. Wieki temu nauczyła się, jak go uwieść tak, aby pozostał z niedosytem. Jego pragnienie bycia z nią wiele razy go zgubiło. Niestety, to działało w obie strony…

Anglia, 1610 rok

WIOSNA

Rebekah uśmiechnęła się do swego odbicia w lustrze, podziwiając atłasową suknię w kolorze płynnego złota, którą miała na sobie i misterne loki, nad którymi służące pracowały przez ponad cztery godziny. Cztery długie godziny, które człowiekowi zdawały się czasem straconym ona traktowała jak przerwę na herbatkę. Nieśmiertelność zapewniała jej nieskończone możliwości, nieograniczony czas. A dzisiejszy wieczór wart był każdej minuty, jaką spędziła by wyglądać tak wyrafinowanie i szykownie a jednocześnie dziewczęco. Dziś, po raz pierwszy od chwili gdy wraz z braćmi przybyła „na wychowanie” do szlacheckiej rodziny Gerardo miała wziąć udział w prawdziwym, niemal królewskim balu i cieszyła się na to jak dziecko. Była niemal zadowolona, że Mikeal wypłoszył ich z Hiszpanii. Nigdy nie lubiła tego kraju natomiast tu w Anglii odnalazła coś, czego nie było nigdzie indziej- spokój i poczucie bezpieczeństwa. Prawdziwą, beztroską zabawę. Wiedziała, że to tylko pozory, które stwarzała by nikt nie domyślił się kim tak naprawdę jest, ale możliwość spędzania czasu w sposób, w jaki zwykły to robić dziewiętnastoletnie dziewczęta była dla niej jak prezent od losu. Nie przeszkadzało jej nawet „matkowanie” Clarissy Gerardo i nadopiekuńczość pana domu, dostojnego Jamesa Gerardo. Oboje byli pewni, że śliczna blondynka i jej dwaj starsi bracia, których przyjęli pod swój dach to jedynie biedne, zagubione sieroty, łaknące rodzicielskiego wsparcia. I dokładnie to starali się im zapewnić. No a przynajmniej jej, bo Elijah i Klaus byli przecież dorośli. Nikt jednak nie miał pojęcia o tym, że taki stan rzeczy utrzymuje się od jakiegoś tysiąca lat.
- Już czas siostrzyczko- oznajmił Klaus, bezszelestnie wślizgując się do jej sypialni. Rebekah uśmiechnęła się do niego ciepło. Ubrany w szykowny frak i ze starannie przyczesanymi włosami bardzo przypominał Elijah. Gdyby nie ten przebiegły błysk w oku…
- Wyglądasz ślicznie- zapewnił ją blondyn, gdy po raz kolejny nerwowo zerknęła w lustro- oczarujesz wszystkich- dodał z figlarnym uśmiechem i złożył na jej policzku delikatny, braterski pocałunek i po czym zachęcająco wyciągnął dłoń, którą ta chichocząc, ujęła.
Razem zeszli do bawialni i razem wsiedli do powozu. Pomknęli w noc.

Zabawa była znakomita, jedzenie przepyszne a alkohole bardzo wyszukane, jak na szlachtę przystało. Wystrój sali i muzyka zachwycały i nastrajały wieczór w sposób niemal magiczny. To była zupełnie inna magia od tej, którą znała Rebekah i to również sprawiało jej radość- miała wrażenie jakby nagle w jednej chwili wszystkie jej dziewczęce, naiwne marzenia się ziściły. Girlandy, zawieszone pod sufitem; służba, przemykająca między gośćmi z tacami pełnymi przystawek i wykwintnych alkoholi; pozłacany parkiet, zapełniony tłumem tańczących z wielką gracją ludzi ubranych w najpiękniejsze stroje; stół zapchany po brzegi najróżniejszymi potrawami, których nazw Pierwotna nawet nie była w stanie powtórzyć; szelest trenów drogich sukni, wirujących w tańcu; zapach kwiatów, unoszący się w powietrzu. To wszystko sprawiało wrażenie jedynie pięknego snu i Rebekah czuła się niczym księżniczka. W dodatku nie mogła narzekać na brak adoratorów a to już do końca wprawiło ją w dobry nastrój. Zaśmiała się w duchu na samą myśl o tym, że gdyby była teraz człowiekiem nogi najpewniej odpadłyby jej, wykończone tymi nieustającymi tańcami.
Jedna rzecz jednak nie chciała dać jej spokoju. Natarczywe spojrzenie czarnych jak noc oczu wprowadzało jej ciało w drżenie….
Przez pierwsze pół godziny sądziła, że to tylko jakaś głupia gra, prowokacja. Podjęła więc wyzwanie i zaprezentowała w pełnej krasie wszystkie swoje umiejętności taneczne sądząc, że to go zawstydzi. Tak się jednak nie stało.
Po dwóch godzinach była zirytowana, gotowa wydrapać mu oczy byleby tylko dał jej spokój. To właśnie wtedy Elijah poprosił ją do tańca, uspokoił i delikatnie przypomniał o maleńkim, ale istotnym szczególe. Chłopak był synem ich „dobrodziejów”.
„- Marcel Gerard”- usłyszała, gdy tylko wkroczyła do sali i nim się obejrzała wysoki, muskularny czarnoskóry mężczyzna pochylił głowę, by ucałować jej drżącą dłoń. Jego oczy były hipnotyzujące- czarne i głębokie z tą drapieżną iskierką, czającą się gdzieś w ich wnętrzu…
„-Rosalie Cuthbert”- skłamała gładko, dygając przed nim lekko, ja, na dobrze wychowaną damę przystało.Dotyk jego dłoni wywoływał u niej coś, czego dotąd nigdy nie czuła a raczej nie czuła w aż takim natężeniu. Nie umiała tego sprecyzować, ale ni umiała też o tym zapomnieć.
Po raz kolejny spojrzała w stronę młodego Gerarda, bezwiednie robiąc obrót w ramionach blondyna, z którym właśnie tańczyła. Marcel popijał szampana i rozmawiał o czymś żywo z Niklausem, ale patrzył tylko na nią. Wreszcie dziewczyna poczuła jak opuszcza ją cała pewność siebie, na którą pracowała całą wieczność. Dosłownie.
Odwzajemniła jego spojrzenie, nie potrafiąc już ukryć zaskoczenia i ujrzała jak na jego twarz wstępuje szeroki uśmiech. Niecałą minutę później chłopak przeprosił Klausa i nim zdołała mrugnąć stał już przy niej, uśmiechając się przyjaźnie.
- Zatańczmy- powiedział takim tonem, że nie śmiała mu odmówić. Jak w transie podała mu swoją dłoń, którą ujął z czcią i po chwili znalazła się w jego objęciach.
Nie rozmawiali wcale. Wirowali w tańcu, zawstydzając wszystkie inne pary na parkiecie a gdy zaczęto szeptać między sobą o ich rzekomym romansie, trzymając się za ręce uciekli do ogrodu, gdzie pod gwiazdami potwierdzili owe plotki na tysiąc różnych sposobów.

- Wszystko dobrze Rebekah?- zapytał Elijah, wyrywając siostrę z zamyślenia.
-Jasne- odparła dziewczyna, energicznie potrząsając głową, jakby próbowała pozbyć się natrętnych wspomnień- ja po prostu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to wszystko moja wina.
- Co ty mówisz?- oburzył się Pierwotny- to w żadnym wypadku nie jest twoja wina…
- Nie? a kto wbrew zakazowi starszego brata wyznał mu całą prawdę? Kto robił wszystko, by doprowadzić do jego przemiany? Kto go szkolił? Kto opowiedział mu całą naszą historię?
- Nie zapominajmy o tym, kto tak naprawdę go przemienił i za jaką cenę- przypomniał siostrze Elijah łagodnie- Klaus wcielił go do naszej rodziny, wykluczając z niej ciebie na pięćdziesiąt dwa lata i niszcząc wasze uczucie. Po ponad stuleciu dręczenia was wreszcie mu się to znudziło, ale to z jego powodu spłonęło wtedy miasto. To on zostawił Marcela na pewną śmierć i to z jego powodu Marcel szuka zemsty. Wampir zrodzony z krwi Pierwotnego, mający za sobą całą armię potępieńców…
- To trudna walka Elijah- przyznała Rebekah, ściskając dłoń brata z determinacją- ale on odebrał nam nasz dom i honor. Spójrz gdzie musimy teraz mieszkać!- rozejrzała się wokół z wyraźnym obrzydzeniem- podczas gdy on cieszy się małym królestwem, które nie należy do niego i naszym domem-pałacem, który sobie przywłaszczył!
- Więc co zrobimy?- zapytał Elijah, przysuwając się bliżej blondynki. Od zawsze fascynowała go jej siła i stanowczość a w tej chwili to wręcz z niej emanowało, przyciągając go bliżej niczym magnes. Rebekah zerwała się z fotela gwałtownie.
- Poza uśmierceniem wiedźmy, która urządziła sobie prywatną hodowlę białych dębów? Oderwiemy mu łeb i odbierzemy co nasze- zawyrokowała i ulotniła się w wampirzym tempie.
- Stara miłość nie rdzewieje- mruknął Elijah wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała jego siostra, po czym wyciągnął komórkę i wybrał numer.
- Niklaus? Mamy problem- oznajmił beznamiętnie.

***

- To wszystko, czego w ciągu ostatnich dziesięciu lat udało mi się dowiedzieć na temat lekarstwa- powiedział profesor Shane, rzucając na ławę kilkanaście teczek i skoroszytów- większość z tego to bujdy a to, co ten mały- ruchem ręki wskazał Jeremiego- wyczytał w internecie ma swoje potwierdzenie jako legenda, głoszona od stuleci.
- Rozumiesz chyba, że nie mamy tyle czasu, aby to wszystko przejrzeć- powiedział Stefan- nie chodzi o legendy, ale o to, żeby znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Cokolwiek.
- Do tego zmierzam- odparł mężczyzna, zajmując miejsce w skórzanym fotelu przy kominku- mówimy tu o legendach, sięgających czasów pierwotnych a to, co my dziś uważamy za bajki tamtejsi ludzie zazwyczaj przekazywali sobie jako przestrogę lub po prostu najświeższe informacje. Coś jak starożytne wieczorne wiadomości. Prymitywne, ale skuteczne. Teoretycznie wy wszyscy- wskazał po kolei Caroline, Tylera i Stefana- jesteście postaciami z legend a jednak siedzicie tu przede mną. Jak to możliwe? I skąd ludzie w ogóle dowiedzieli się o istnieniu wampirów, hybryd czy wilkołaków? To bardzo proste- nasze wyobrażenie na ten temat wzięło się właśnie z zamierzchłych czasów, z czasów gdy magia nie budziła grozy czy niechęci a była na porządku dziennym.
- Wystarczy już tej psychoanalizy- burknął Tyler- do rzeczy.
Caroline zgromiła chłopaka spojrzeniem, ale ten tylko wzruszył ramionami nic sobie z tego nie robiąc. Odkąd wrócił ze swojej małej „wycieczki” zachowywał się jakby nic go już nie obchodziło. Był nieobecny, zamyślony a gdy ktoś próbował z nim rozmawiać warczał i przeklinał lub po prostu odchodził bez słowa. Przypominał bombę zegarową, gotową lada moment wybuchnąć i Caroline miała szczerą nadzieję, że ów wybuch nie godzi w nią ani w żadnego z jej przyjaciół tylko tak gdzie trzeba- we wroga. Tylko czy Tyler w ogóle rozumiał jeszcze, kto jest jego wrogiem? Czy docierało do niego jakieś słowo poza: „zemsta” i „walka”? Dziewczyna naprawdę się o niego martwiła, bo przez większość czasu sprawiał wrażenie obłąkanego.
- No więc wszyscy obecni znają już legendę o Pierwotnej Czarownicy zakochanej w Czarowniku, który wybrał śmierć zamiast życia u jej boku- ciągnął Shane, jakby nie zdając sobie sprawy z napiętej atmosfery, która wytworzyła się w pokoju- wiemy, że stworzyła lekarstwo i porwała jego ukochaną Amarę , aby go zwabić, ale nikt dotąd nie zastanowił się nad tym jak, poza tym jednym epizodzikiem, wyglądało jej życie. W swoich badaniach dotarłem do tajemniczej przepowiedni, jaka jednej jesiennej nocy nawiedziła Esther. To było tuż przed jej śmiercią, kobieta miała proroczy sen i poprosiła jedno ze swoich dzieci, aby go opisało. Długo nie mogłem rozszyfrować tych starożytnych znaków, ale dzięki pomocy Isobell Flemming….
- O mój Boże- wyszeptała Caroline, z trwogą spoglądając na Matta, Stefana,Jeremiego i Tylera. Nawet ten ostatni wydawał się być oszołomiony.
- Znacie ją?- spytał profesor, nic nie rozumiejąc z ich dziwnego zachowania.
- Od tej najgorszej strony- odparła natychmiast Caroline.
- Owszem- odezwał się Stefan, posyłając blondynce spojrzenie, wyrażające niemą prośbę, aby się zamknęła.- i jeśli rzeczywiście się w to wmieszała to znaczy, że gra jest warta świeczki. Isobell była wybitną badaczką.
- W rzeczy samej- potwierdził Shane i chwilę powertował w grubej, granatowej teczce po czym wyjął pożółkły, rozpadający się w rękach kawałek pergaminu.Przyjaciele wymienili zdziwione spojrzenia.
- Ten dokument oczywiście nie jest oryginałem, który zaginął wieki temu, ale ktoś usłużny przepisał treść przepowiedni i zakonserwował go w dobrze ukrytym miejscu, dzięki czemu jesteśmy w stanie ją teraz poznać.

Widzę ją, tę której dusza niegdyś czysta teraz okaleczona. Nie widzę twarzy, ale dostrzegam mrok. Tylko mrok, ciemność, w której się pochłonęła. Niewzruszenie patrzy na ból niewinnych tak jak niegdyś inni patrzyli na jej miłość nieszczęśliwą i śmiali się. I teraz ona się śmieje, ból zadając, niszcząc. Widzę miłość, która ją oszpeciła, która zsyła na świat zagładę. Ona nie zapomni nigdy i on także nie zapomni, bo zabierze ze sobą jego serce i pozostawi po nim pustkę, którą zapragnie wypełnić. Więc będzie gonić za nią, nienawidząc, dopóki ona go także nie znienawidzi a gdy wybije godzina odkupienia jeden, Zrodzony z Krwi Pierwotnej odnajdzie sposób, by to zakończyć. Nowego Z Krwi Starej w magii nadejdą czasy. To on znajdzie ukojenie dla duszy poczwary z Nowego Świata i on zdecyduje, komu należy się zbawienie. A po wszystkim zwać go będę Odrodzicielem, tym który uwalnia od klątwy krwi i przywraca zapomnianą magię. I tak matka ziemia zachowa równowagę najczystszą- co starsza odebrała młodszy zwróci. „

- Co to za bełkot?- prychnął Matt.
- To nie bełkot- obruszył się Shane- tu najważniejsza jest symbolika. Patrząc pod kątem celu naszych badań można bardzo wiele wywnioskować i okazuje się, że to ma sens. Spójrz- wskazał na konkretną część rękopisu- „Niewzruszenie patrzy na ból niewinnych tak jak niegdyś inni patrzyli na jej miłość nieszczęśliwą” – czy to nie pasuje idealnie do sytuacji, w której znalazła się Sabine z legendy? I dalej: „on także nie zapomni, bo zabierze ze sobą jego serce i pozostawi po nim pustkę, którą zapragnie wypełnić. Więc będzie gonić za nią, nienawidząc, dopóki ona go także nie znienawidzi”- porwanie Amary, która była przecież miłością- „sercem” Silasa. Według legendy od chwili w której ją stracił robi wszystko, aby ją odzyskać.
- Co to ma wspólnego z lekarstwem?- wtrącił Tyler a Shane tylko przetarł czoło, kręcąc głową nad jego głupotą.
- Nie widzisz tego?- zapytał z niedowierzaniem, a gdy ten tylko wzruszył ramionami, westchnął ciężko- mówiłem, symbolika to podstawa. ” Przywraca zapomnianą magię”, „Zrodzony z Krwi Pierwotnej”, „Nowego Z Krwi Starej w magii nadejdą czasy”, – czarownik, znający tajniki dawno zapomnianej magii. Ktoś, kto albo urodził się w czasach, gdy magia dopiero się kształtowała, albo jest w posiadaniu genów, które dają mu dostęp do potęgi, o jakiej współcześnie nikt nawet nie śnił. I teraz uwaga: najważniejsze. „znajdzie ukojenie dla duszy poczwary z Nowego Świata i on zdecyduje, komu należy się zbawienie”, „uwalnia od klątwy krwi”, „co starsza odebrała młodszy zwróci” – nie sądzicie, że to oczywiste? Wampiry to niejako istoty zrodzone z krwi i to krew daje im życie. Coś podobnego fachowo nazywamy: „KLĄTWĄ”. Zbawienie to w tym przypadku uleczenie z klątwy jaką Pierwotna Czarownica nałożyła na swoje dzieci a którą rozprzestrzeniła się na taką skalę w zastraszającym tempie.
- To wszystko to tylko twoje domysły- zauważył Jeremy sceptycznie- nawet Pierwotna Czarownica nie jest nieśmiertelna. Tamta magia przepadła i….
- Niekoniecznie- usłyszeli nagle i wszyscy jak jeden mąż spojrzeli z zaskoczeniem na drzwi, w którym stanęła Bonnie z jakimś złotowłosym chłopakiem, uśmiechającym się do nich przyjaźnie.
- Kto to jest?- zapytał Jeremy nieufnie. Jakoś nie bardzo podobało mu się spojrzenie,jakim mulatka co rusz obrzucała blondyna….. I jeszcze ten błysk w jej czarnych oczach…
- Jestem Ben Davies- przedstawił się nieznajomy i podszedł do każdego po kolei, wymieniając uścisk dłoni.
- Pupilek mojej matki, potężny czarownik odporny na każdy mój urok- wyjaśniła Bonnie z grubsza- człowiek-zagadka- dodała rozmarzonym półszeptem a Jeremy ściągnął brwi ze zdziwieniem i przyjrzał się przybyszowi podejrzliwie. Nikt jednak nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, bo samo jego pojawienie się wprowadziło sporo zamieszania. Pośród szczebiotu Caroline, zniecierpliwionych pomruków Tylera i uprzejmych uwag Matta i Stefana Jeremy wyszedł z pensjonatu niezauważenie.
Nie mógł już dłużej patrzeć na Bonnie, która chyba pierwszy raz od ich zerwania była taka… radosna, żywa.
To bolało. Cholernie.

***

Elena odetchnęła głęboko, wysiadając z samochodu. Droga tutaj była męcząca, ale nie miała innego pomysłu. Przecież potrzebowała jakiegoś punktu startowego a to był najlepszy sposób, aby go znaleźć. Swego czasu, jeszcze zanim stała się wampirem jej biologiczna matka była świetnym badaczem. W ten sposób odkryła swoje pokrewieństwo z Katherine i parę innych interesujących faktów. A może w tym swoim głodzie wiedzy i fascynacji wampiryzmem dowiedziała się przy okazji, jak go zwalczyć? Tego Elena musiała się dowiedzieć.
Zanim zdecydowała się tu przyjechać zatrzymała się na chwilę na stacji benzynowej( zrozumiała, że strój na który składała się porwana damonowa koszula nie był najlepszym wyborem, jeśli nie chciało się wzbudzać zainteresowania). Umyła się, przebrała się w luźną jasną koszulę, wiązaną pod biustem, dżinsowe obcisłe spodenki i skórzane botki na koturnie po czym wypiła ze trzy worki krwi nim ruszyła w ponowną podróż. W internecie sprawdziła lokalizacje dawnego biura Isobell. Co prawda ona nie pracowała tam już od jakichś trzech lat, ale działalności nie zamknięto. Teraz właścicielką była niejaka Holly Parker i to z nią Elena musiała się „rozmówić”, by dopuściła ją do tajnych akt, o których zapewne wiedziało jedynie wąskie grono wtajemniczonych.
Brunetka westchnęła ponownie, stając przed budynkiem. Trzygodzinna podróż do Waszyngtonu nie była szczytem jej marzeń szczególnie po dniu takim jak ten i rewelacjach, jakich dziś doświadczyła. Z drugiej jednak strony mogła przestać myśleć i skupić się na czymś innym, niż wspomnienie nocy, która najpewniej na zawsze zmieni jej relacje zarówno ze starszym Salvatore’em, jak i jego bratem. Na samą myśl o tym coś ścisnęło ją w dołku i zblokowało oddech. Własna lekkomyślność zaczęła ją przerażać, ale teraz nie to było najważniejsze. Dziewczyna wzięła jeden, uspokajający oddech i przekroczyła próg kancelarii.
Wnętrze było przestronne, na beżowych ścianach wisiało mnóstwo nikogo nie interesujących dyplomów i zdjęć, przedstawiających pracowników podczas wręczania jakichś prestiżowych nagród a za kontuarem z wielkim napisem: „RECEPCJA”, wiszącym kilka metrów powyżej siedziała starsza kobieta w okularach i przeglądała jakieś papierzyska, zaściełające cały blat. Na widok Eleny natychmiast zaprzestała pracy, cokolwiek tak naprawdę robiła i uśmiechnęła się szeroko.
- W czym mogę służyć?- spytała przyjaźnie. Elena pochyliła się delikatnie do przodu, opierając dłonie na kontuarze.
- Chciałabym porozmawiać z panią Holly Parker- powiedziała, starając się zabrzmieć jak najbardziej naturalnie- to sprawa nie cierpiąca zwłoki.
- Ależ oczywiście- zaszczebiotała urzędniczka- na którą godzinę była pani umówiona?
Tak, tego pytania Elena obawiała się najbardziej. Ze zdenerwowania przygryzła dolną wargę.
- Właściwie to ja nie byłam…-zaczęła.
- Och, w takim razie przykro mi, ale Pani Parker jest bardzo zajęta- weszła jej w słowo kobieta- ale proszę się nie martwić, zaraz panią umówię… Chwileczkę…. Przyszły piątek na godzinę trzynastą. Pasuje pani?
- Właściwie to ja jestem przejazdem….- westchnęła Elena robiąc zawiedzioną minę.
- Rozumiem, ale nie ma żadnych wcześniejszych terminów- wyjaśniła jej kobieta rzeczowo- jeśli pani nie pasuje to…
- Proszę na mnie spojrzeć- poprosiła dziewczyna a gdy urzędniczka to zrobiła, przysunęła się do niej bliżej i skupiła spojrzenie czekoladowych oczu na jej szarych tęczówkach- jestem wyjątkowym przypadkiem i potraktuje mnie pani wyjątkowo. Zaprowadzi mnie pani do swojej szefowej, bo moja sprawa nie może czekać. Porozmawiam z nią a pani nie będzie nam przeszkadzać bez względu na to, co się stanie.
- Zaprowadzę cię do szefowej, bo twoja sprawa nie może czekać. Nie będę wam przeszkadzać bez względu na to, co się stanie- powtórzyła kobieta w transie i poprowadziła Elenę wzdłuż długiego korytarza prosto do gabinetu pani Parker. Tam, za mahoniowym biurkiem siedziała ładna blondynka po trzydziestce i rozmawiała przez służbowy telefon. Na widok gości pospiesznie zakończyła połączenie i spojrzała na swoją pracownicę pytająco unosząc jedną brew.
- Ta pani ma bardzo ważną sprawę- wyjaśniła recepcjonistka i opuściła gabinet.
- W czym mogę służyć?- zapytała prawniczka, wbijając w Elenę spojrzenie bursztynowych oczu. Dziewczyna zajęła miejsce naprzeciwko kobiety i uśmiechnąwszy się uprzednio postanowiła od razu wykorzystać wpływ.
- Zaprowadzi mnie pani teraz do kryjówki Isobell i tajnych akt wszystkich spraw, nad którymi pracowała o nic nie pytając- nakazała hipnotycznym półszeptem- po wszystkim zapomni pani, że w ogóle rozmawiałyśmy i że kiedykolwiek mnie pani widziała. Jeśli pojawi się ktoś, kto zechce panią znów zauroczyć proszę pamiętać: spotkała pani Katherine Pierce.
- Zaprowadzę cię do sekretnego pokoju Isobell- wymamrotała kobieta i sięgnęła do szuflady biurka, wyjmując z niego jakiś podłużny przedmiot, wyglądem przypominający klucz- ale najpierw jeśli pozwolisz… nafaszeruję cię werbeną- zakończyła grobowym tonem i w tempie niezwykłym jak na człowieka wyrzuciła niepozorny przedmiot prosto w stronę Eleny, która nie zdołała nawet mrugnąć gdy coś, co miało być kluczem rozpadło się w powietrzu, rozpylając wokół niej palący gaz.
„Perfumy z werbeny”- pomyślała Elena krzycząc z bólu i w wampirzym tempie uciekła z pola rażenia tej okrutnej „broni”, uderzając plecami o przeciwległą ścianę. Nie dane jej było nacieszyć się tą chwilową ulgą, bo po sekundzie ból w ramieniu niemal rozerwał jej mięśnie i tkanki, wyciskając z oczu łzy. Takich cierpień mogło jej przysporzyć jedynie drewno.
- Co do diabła- warknęła i jednym szybkim ruchem usunęła z ciała długi na pół metra mahoniowy kołek, zagryzając wargi z wściekłości. Nie zdążyła nawet przeanalizować sytuacji, gdy pani Parker zamierzyła się na nią kolejnym kołkiem, tym razem celując prosto w serce. W ostatniej chwili Elena zatrzymała jej rękę, ściskając za nadgarstek a gdy z ust kobiety wydobył się cichutki jęk bólu z furią odrzuciła ją na drugi koniec gabinetu. Prześlizgnęła się przez biurko, zrzucając na podłogę dokumenty, znajdujące się na nim i wylądowała na ścianie, która niemal się zatrzęsła pod jej naporem.Elena stanęła nad nią, gdy ta próbowała się podnieść i złapać oddech, niestety z marnym skutkiem. Jak nic miała złamaną rękę i spore rozcięcie na skroni i brunetka w tej chwili czuła przede wszystkim wstyd. Wstyd i ogromną wściekłość.
- Naprawdę myślałaś, że pokonasz wampira?- krzyknęła, ale po chwili głos jej się załamał, a do oczu napłynęły łzy. Była zła na siebie, że tak łatwo dała się ponieść emocjom. Przecież to naturalne, że kobieta próbowała się bronić przed istotą, która jednym ruchem mogła pozbawić ją życia. Jeszcze niedawno sama była bezbronnym człowiekiem, dla którego kołki i wymyślne wynalazki zawierające werbenę i jakieś drewniane konstrukcje były jedynym sprzymierzeńcem w walce o życie. Dziewczyna wzięła jeden, uspokajający wdech i ostrożnie przykucnęła przy kobiecie, uważając na każdy swój ruch. Nie chciała jej znów wystraszyć, ale nawet jej oddech sprawiał, że kobieta drżała konwulsyjnie ze strachu i odsuwała się od niej najdalej, jak było to tylko możliwe.
Elena westchnęła ciężko i przegryzła sobie nadgarstek.
- Pij- nakazała, podstawiając ranę pod jej wargi.
-Ni…-zaczęła tamta, ale reszta jej słów utonęła w potoku krwi, która wypełniła jej usta. Musiała przełknąć, inaczej by się zadławiła a z każdym jej łykiem ból mijał a na jej twarz wracały kolory. Gdy Elena dostrzegła, że rana na głowie całkowicie się zasklepiła a dłoń ponownie stała się w pełni władna odsunęła się od pani Parker i spojrzała na nią spode łba.
- I co teraz zrobisz? Przemienisz mnie w wampira? Bo przez własną głupotę nie możesz tego rozegrać inaczej. No chyba, że mnie porwiesz i będziesz torturować.
Elena zaśmiała się na te słowa gorzko.
- Ciekawy pomysł- przyznała- jeszcze go przemyślę. Wiesz, że nie miałam wyboru- spoważniała, widząc realne przerażenie, wykrzywiające bądź co bądź ładną twarz kobiety- zaatakowałaś mnie.
- A co powinnam zrobić?- spytała tamta z sarkazmem- wyprawić ci honorową ucztę i może jeszcze sama się pociąć na stole ofiarnym, robiąc za przystawkę? Jesteś wampirem.
- Nie zamierzałam nikogo skrzywdzić- przerwała jej Elena- ja tylko potrzebuję dostępu do akt Isobell Flemming, to wszystko. Nie jestem taka, jak ci się wydaje i nie prosiłam się o to, żeby być tym kim się stałam. Nic nie poradzę na to, że jestem wampirem tak jak ty nic nie zrobisz z tym, że jesteś tylko człowiekiem. Nie zabiłam cię mimo, że każdy inny wampir na moim miejscu właśnie to by zrobił w pierwszej chwili, gdy tylko byś go zaatakowała. Wręcz przeciwnie- uratowałam cię przed śmiercią no a przynajmniej przed niezbyt przyjemną wizytą w szpitalu, więc może byś tak zrobiła wyjątek i mi po prostu zaufała?
Pani Parker zastanowiła się przez chwilę.
- Po co ci informacje o Isobell?- spytała w końcu- zaginęła jakieś trzy czy cztery lata temu. Czego tak naprawdę chcesz?
Elena wzięła głęboki wdech nim odpowiedziała.
- Była moją matką.

***

Damon pokręcił głową nad bezmyślnością dziewczyny. Czy ona naprawdę sądziła, że po tym wszystkim pozwoli jej tak po prostu uciec? Wystarczyło mu raptem dziesięć sekund na tamtej polanie, żeby dojść do siebie i pobiec za nią(oczywiście już w ubraniu). Na jego nieszczęście zdołała już odjechać(jego samochodem!), więc musiał po prostu „pożyczyć” auto od przejeżdżającego tamtędy chłopaka. Tak, Damon zawsze miał słabość do Porsche zwłaszcza, jeśli nie musiał za nie płacić. Wampir uśmiechnął się do własnych myśli.
Jechał za nią niemal całą drogę aż do Waszyngtonu. Mniej więcej w połowie trasy domyślił się, co chciała tam osiągnąć i nie mógł się nie uśmiechnąć na tę myśl. Nie podzielił się z nią tą informacją wczoraj głównie ze względu na jej małomówność, ale to właśnie tam zmierzali zanim… hmmm, zrobiło na tyle przyjemnie, że całkiem o tym zapomniał.
No właśnie. Cudowna noc z cudowną kobietą, którą rozpaczliwie pożądał od dwóch lat kompletnie wyprowadziła go z równowagi. Nie wierzył, że coś takiego może się kiedykolwiek wydarzyć a tu proszę- życie pisze doprawdy przedziwne scenariusze. Damon nie mógł wyjść z szoku.
Elena była dla niego idealna. Piękna, mądra, wrażliwa i zabawna… Nie umiał nawet zliczyć jej zalet, nie umiał wyjaśnić sposobu w jaki na nią reagował. I wcale, nawet na samym początku ich znajomości nie chodziło o podobieństwo do Katherine. Owszem, to go zafascynowało, ale w chwili gdy próbował ją zahipnotyzować i zmusić do pocałunku a ona dała mu w twarz zrozumiał, że to dwie zupełnie różne osoby. Były niczym ogień i woda a wbrew pozorom to Elena stanowiła uosobienie tego pierwszego żywiołu. Była impulsywna, waleczna, ale też tak bardzo dobra, że nie potrafiła zrozumieć iż są na świecie istoty całkowicie pozbawione uczuć i serca. Dobro dostrzegła nawet w nim i to właśnie sprawiło, że zaczął się zmieniać. Wszystko co robił, robił dla niej, aby zasłużyć na łaskę jaką go obdarowała i na jej przyjaźń. To Isobell uświadomiła mu, że ta troska, chęć chronienia jej za wszelką cenę i to jak bardzo łaknie jej dotyku, jej towarzystwa wywołane są przez jedno uczucie. Miłość.
To wtedy wszystko zaczęło się komplikować. Stefan stał się jeszcze bardziej zaborczy a Elena ostrożniejsza. Damon zachodził w głowę jakim cudem jest jedyną dziewczyną, która nie marzy o tym aby się na niego rzucić i dlaczego jego uwodzicielski urok na nią nie działa, dlaczego po raz pierwszy zawiódł. I w tym momencie do gry wkroczyła Katherine. Pojawiła się w mieście po to tylko, aby namącić mu w głowie, Gdy po raz pierwszy ją pocałował sądził, że jest Eleną. Był delikatny i czuły, ale i tak odczuł ten pocałunek w każdym nerwie swego martwego ciała. Gdy całował ją po raz drugi wyobrażał sobie, że to Elena. Tryumfował, bo tego samego dnia usłyszał od Gilbertówny, że nigdy by go nie pocałowała.
„Czyżby?”- przeszło mu wtedy przez myśl. To dokładnie w tamtej chwili zrozumiał, że już nie kocha Katherine a uczucie, jakim ją niegdyś darzył było niczym w porównaniu do tego, co żywił względem Eleny. Pławił się w blasku jej urody, jej uśmiechu. Spijał każde słowo z jej ust, drżał na każdy jej dotyk. Śnił o niej po nocach, myślał za dnia. Wariował.
Nie byłby sobą, gdyby tego nie spieprzył. Gdy po raz kolejny usłyszał od Eleny, że go nie kocha a to, co dzieje się między nimi jest tylko jego wyobrażeniem nie wytrzymał i zabił Jeremiego. Żałował długo, bo okazało się, że bez jej przyjaźni jego życie jest puste i pozbawione ciepła, jakim dziewczyna wręcz emanowała. To wtedy dotarło do niego, że woli żyć, co dzień oglądając jej szczęście ze Stefanem i mieć ją blisko, niż stracić ją na zawsze. Zaczął więc robić wszystko, żeby ją odzyskać i udało, choć nie było to łatwe. Wtedy zaczął naprawdę doceniać każdą chwilę, jaką mógł z nią spędzić. Uwielbiał się z nią kłócić, droczyć, denerwować i żartować. Była słodka, gdy była zła i tak bardzo pociągająca…. Do tego dochodziła jeszcze kwestia tego, iż oczywiście nie potrafił się powstrzymać przy niej od sarkastycznych uwag, zagadkowych uśmiechów, uwodzicielskich zagrywek i podtekstów w co drugim słowie. Usiłował się znieczulić kobietami i alkoholem, ale to tylko potęgowało pożądanie, gdy tylko ją ujrzał. Nikt nie potrafił tego w nim wywołać, tylko ona. I tylko ona mogła owe pożądanie ugasić.
Kolejny uśmiech przemknął przez jego twarz. To nie była do końca prawda. Gdy już raz jej zakosztował pragnął tylko więcej i więcej. A ona uciekła, tak po prostu jakby bała się przyznać, że także go pragnie choć przecież dała tego jasny wyraz tej nocy. Pragnęła go. Elena Gilbert go pragnęła. I jakie to było uczucie?
Cudowne. Zniewalające, upajające niczym alkohol. I nie było mowy o tym, by tego nie wykorzystał, nawet jeśli ona sobie tego nie życzyła. Może i umysł podpowiadał jej jedno, ale Elena z natury była uczuciowa. Musiał tylko robić to, co do tej pory robił każdego dnia- wywoływać w niej emocje, wahanie i niepewność, które sprawiały, że poddawała się chwili.
No tak, pozostawała tylko kwestia tego, że musi się z nią spotkać a nie zrobi tego tak, żeby nie domyśliła się, że ją śledził. Będzie zła. Tylko czy to kiedykolwiek go powstrzymało? Oczywiście, że nie, przecież nie był Stefanem. Na samą myśl uśmiechnął się szeroko i wysiadł z auta. W momencie gdy już miał wejść do kancelarii rozdzwonił się jego telefon. Przeklął pod nosem i niezadowolony nacisnął zieloną słuchawkę.
- Czego chcesz, bracie?- spytał, nie kryjąc poirytowania.
- Jesteś teraz z Eleną?- spytał młodszy Salvatore, rozgarączkowany- daj mi ją natychmiast do telefonu!
- Chwila ogierze, z sex-telefonami będziesz musiał jeszcze trochę poczekać- odparł Damon, uśmiechając się złośliwie- po pierwsze, nigdzie w pobliżu nie ma twojej BYŁEJ dziewczyny a po drugie to, że z braku innej opcji zaakceptowałem waszą słodko-gorzką miłość nie oznacza, że będę teraz robił za waszą pocztę erotyczną.
- Przestań błaznować i znajdz ją do cholery- warknął Stefan do słuchawki- chodzi o lekarwstwo. Isobel badała jego pochodzenie, może mieć gdzieś w zanadrzu konkretne informacje, które pomogą nam do niego dotrzeć. Poszperałem w internecie i natknąłem się na kancelarię, w której pracowała przed zniknięciem. To było…
- W Waszyngtonie?- podpowiedział starszy Salvatore. Stefan zaniemówił na moment.
- Skąd wiesz?- spytał w końcu podejrzliwie.
- Zgaduj- odparł Damon, uśmiechając się łobuzersko i zakończył połączenie.

***

- To wszystko to naprawdę wasz roczny zbiór?- spytała Elena z niedowierzaniem spoglądając na setki półek, uginających się pod naporem mnóstwa pudeł i teczek.
- To cały roczny zbiór Isobel- poprawiła ją pani Parker- tak, była zapaloną badaczką a to wszystko dotyczy spraw nadnaturalnych. Znajdz to, czego szukasz i odejdz.
- Dziękuję- powiedziała Elena, z wdzięcznością spoglądając za kobietą, gdy ta znikneła za drzwiami a gdy została w piwnicznym archiwum całkowicie sama skierowała swój wzrok z powrotem na półki. Wzięła głęboki oddech i zabrała się za wertowanie tysięcy papierów, które po brzegi wypełniały te teczki i pudła. To była żmudna praca. Isobel dokumentowała wszystko, co mogło mieć związek ze światem nadnaturalnym, więc cóż…. było tego sporo. Właśnie czytała informacje, które Isobel niegdyś zebrała na temat Klausa, gdy poczuła silny podmuch wiatru i w ułamku sekundy stanęła przed nią dziewczyna o jej twarzy, jej włosach i jej figurze, a jednak ten wyraz oczu, ten złośliwy uśmiech, mógł należeć tylko do jednej osoby…
- Katherine- szepnęła Elena, zrywając się na równe nogi. Jej sobowtór uśmiechnął się złośliwie, na widok rozwścieczonej miny dziewczyny.
- Cześć słoneczko, tęskniłaś?- zaszczebiotała fałszywie przesłodzonym tonem.
- Co tu robisz?- warknęła Gilbertówna- jak śmiesz pokazywac mi się na oczy po tym, co zrobiłaś Tylerowi?!
- To nic, czego nie robiłam wcześniej- odparła Katherine, opierając się niedbale o najbliższy regał.- za to w tobie widzę wiele zmian. Wampiryzm ci służy i przynajmniej to jedno mamy wspólne. Chyba nie chcesz tego zniszczyć, prawda?
- O czym ty mówisz?- spytała Elena, ściągając brwi w konsternacji. Katherine prychnęła, kręcąc głową nad głupotą swej potomkini.
- Myślisz, że Klaus nie wie, do czego zmierzacie? Dokładnie w tej chwili on i cała jego Pierwotna rodzinka zbierają armię, by skopać wam tyłki. Myślisz, że kto z takiej bitwy wyjdzie zwycięsko?
Elena zastanowiła się przez chwilę.
- Pewnie ten, kto stanie po jego stronie- odparła a wyraz twarzy Katherine utwierdził ją w przekonaniu, że ma rację.- jak możesz? Czy to nie ciebie ścigał przez pięćset lat? Czy to nie jego śmeirci pragnęłaś najbardziej?
- Nawet jeśli jakimś cudem uda ci się wepchnąć mu lekarstwo do gardła nie tracąc przy tym serca wciąż nie wiesz, jak to wszystko wpłynie na nas.Nie zapominaj, że to on nas stworzył, on zapoczątkował naszą linię. Jego śmierć nas zabija. Co się stanie, gdy on powróci do swojej ludzkiej formy?
- Nie mam pojęcia- warknęła Elena- ale jestem gotowa się o tym przekonać.
- Na twoje nieszczęście ja nie jestem- syknęła Katherine i już sięgała w stronę jej serca, gdy nagle coś gwałtownie odrzuciło ją do tyłu. Wampirzyca uderzyłą w najbliższy regał, łamiąc go na pół, ale natychmiast otrzepała się z kurzu i ruszyła na napastnika.
- Co ty tu robisz Damon?- krzyknęła Elena, gdy wampir uderzył Katherine w tył głowy i odrzucił ją od siebie sprawiając, że wylądowała na pobliskiej ścianie.
- Jak to co? Rycerzyk od siedmiu boleści przybył na ratunek swojej księżniczce- zakpiła Katherine, wywołując w Damonie pokłady skrywanej agresji.
- Przestan się wiecznie wtrącać Katherine i wynoś się- warknął, ściskając ją za gardło z całej siły- Elena już nigdy więcej nie będzie cię oglądać, zruzumiałaś?
- Masz rację- przyznała wampirzyca, ale coś w jej radosnym tonie głosu mu nie pasowało. Zmarszczył brwi i rozejrzał się wokół, ale nigdzie nie dostrzegł Gilbertówny.
„-Cholera jasna, znowu uciekła”- pomyślał wampir i wyładował całą swoją furię na Katherine, łamiąc jej kark. Dopiero gdy koebita padła na podłogę niczym szmaciana lalka dostrzegł coś bardzo interesującego w pudle, w którym wcześniej szperała Elena. Zmarszczył brwi w konsternacji i wziął je ze sobą, opuszczając kancelarię.

***

Elena wybiegła z tamtąd najszybciej jak mogła, wsiadła w samochód i odjechała prosto przed siebie. Była wściekła, rozżalona i bezradna. Nie miała pojęcia co robić.Dopiero po półgodzinnej jezdzie gdy emocje jej nieco opadły zauwarzyła, że jest środek nocy.
„- Spędziłam tam aż tyle czasu?”- zdziwiła się i postanowiła skręcić do najbliższego motelu. Pospiesznie zameldowała się w pierwszym lepszym pokoju i gdy tylko zamknęła za sobą drzwi rzuciła się na łóżko, wykończona. Marzyła tylko o długim śnie i relaksującej kąpieli, dokładnie w tej kolejności, jednak sen nie przychodził. To co ostatnio działo się w jej życiu po prostu ją przerastało i nie potrafiła tak po prostu o tym zapomnieć i oddać się w objęcia Morfeusza. Mijały kolejne minuty i w końcu Elena nie wytrzymał- rzuciła się w stronę swojej torby i wygrzebała z niej swój oprawiony w skórę pamiętnik.
Dawniej pisywała codziennie, ale odkąd wyjechała z Mystick Falls nie miała do tego głowy i tak oto dziennik, który niegdyś stanowił dla niej coś w rodzaju dobrego przyjaciela teraz kurzył się na dnie jej torby. Dziewczyna wróciła na łóżko i possała końcówkę długopisu. Co by tu napisać? Zanim zdołała choćby pomyśleć słowa same wypłynęły spod jej palców.

Zawsze wierzyłam, ze nie jestem taka jak Katherine. Zawsze uważałam się za kogoś lepszego od niej… aż do wczoraj….

Niespodziewany łomot do drzwi wyrwał ją z zamyślenia. dziewczyna zamarła, zszokowana. Kto mógł się dobijać akurat do tego konkretnego pokoju o trzeciej nad ranem? Ktoś załomotał w drzwi ponownie.
- Elena, wiem, ze tam jesteś- zawołał Damon a serce dziewczyny przyspieszyło biegu. Elena wzięła głęboki oddech, nim odważyła się odpowiedzieć.
- Idz stąd. Daj mi święty spokój.
- Nie mogę, Ukradłaś mi samochód. I wszystkie ciuchy, które miałem w bagażniku.
- Weż to sobie i spływaj.
- Elena do cholery, jeśli nie otworzysz mi dobrowolnie, wymuszę to na tobie siłą.
Wampirzyca zmrużyła oczy, rowścieczona.
-Nie odważysz się- odparła pewnie. W odpowiedzi usłyszała ciche prychnięcie po czym drzwi z hukiem wylądawały na podłodze, pod nogą Damona, który teraz uśmiechał się do niej zwycięsko.
- Mówiłaś coś?- zakpił.
- Oszalałeś?!- krzyknęła dziewczyna, robiąc kilka kroków w tył, gdy ten zaczął się do niej zbliżać. Zaraz jednak napotkała opór w postaci ściany. Głośno przełknęła ślinę, gdy poczuła oddech Damona na swoim policzku. Jego wargi były tak niebezpiecznie blisko jej warg, że gdy mówił delikatnie je muskał, wprawiając jej ciało w drżenie.
- Powinniśmy porozmawiać, nie sądzisz?- wyszeptał, uwodzicielsko mrużąc oczy.
- Nie mamy o czym- odparła Elena i zebrała całą siłę, jaką w sobie miała, żeby go od siebie odepchnąć. Wampir z wściekłości zargyzł wargi, mierząc się z dziewczyną na spojrzenia. W końcu Elena nie wytrzymała i zrobiła jedyną rzecz, jaka przyszła jej w tamtej chwili do głowy: postanowiła po prostu wyjść. Jednak w momencie, gdy miała wyminąć Damona ten chwycił ją pod łokieć, unieruchamiając w swoim silnym uścisku. Znów był tak blisko, oszołamiał ją, sprawiał, że nie mogła trzezwo myśleć…
- Chcesz, żebym zapomniał o najpiękniejszej nocy w moim życiu?- warknął- Chcesz, zapomnieć o najlepszym seksie, jaki kiedykolwiek miałaś? Jaki ja kiedykolwiek miałem? Zrobię to, jeśli i ty potrafisz. Będę udawał, że nie przespałem się z osobą, która stanowi sens mojego życia. Będę udawał, że wcale o tobie nie myślę, że wcale cię nie pragnę tak rozpaczliwie, że mógłbym się na ciebie rzucić nawet na środku ulicy, w miejscu pełnym ludzi. Będę udawał, że nie mam ochoty w tym momencie rozerwać twoich ubrań na strzępy i już nigdy nie wypuszczać z łóżka. Tylko czy ty potrafisz ingnorować swoje pragnienia?
Świat wokół Eleny zawirował. Nie spodziewała się takiego wyznania, nie spodziewała się, że to wywoła w niej aż takie emocje i nie spodziewała się swojej reakcji na te słowa a jednak zrobiła to: pocałowała go. Nie myślała jasno, gdy podskoczyła, by opleść jego biodra nogami, gdy oddawała każdy jego pocałunek z równą pasją a już na pewno nie wtedy, gdy odchyliła głowę w tył, gdy przeniósł się z pocałunkami na jej szyję. Zachichotała, gdy Damon delikatnie przygryzł jej skórę, wprawiając jej całe ciało w drżenie.
- Nie możemy tego zrobić tutaj- wyszeptała, przygryzając płatek jego ucha- ktoś nas zobaczy…. wywarzenie drzwi to był jeden z twoich najgorszych pomysłów…
Damon uśmiechnął się do niej zadziornie i w wampirzym tempie przeniósł ją do łazienki, zatrzaskując za nimi drzwi. Nie przerywając pocałunków posadził ją na umywalce. Gorączkowo pozbawili się ubrań, pieszcząc każdy centymetr swoich ciał. Ciężki oddech Eleny zamienił się w przeciągły jęk, gdy Damon wszedł w nią gwałtownie i zaczął się w niej poruszać. Możliwość oglądania rozkoszy na jej twarzy była najpiękniejszym prezentem od losu. Czuł nie małą satysfakcję widząc, że mimo usilnych starań dziewczyna nie jest w stanie powstrzymać gwałtownego jęku przyjemności za każdym razem gdy się z niej wysuwał i wsuwał z powrotem. Krzyknęła i wbiła pazkoncie w jego plecy, gdy zalała ją fala gwatłownego, intensywnego orgazmu. To wystraczyło aby i on osiągnął spełnienie. Ścisnął jej piersi i odnalazł jej wargi ponownie się w nie wpijając w szaleńczym, namiętnym pocałunku. Potem delikatnie się z niej wysunął.
Oszołomiona dziewczyna nie była nawet w stanie się poruszyć, gdy zakładał spodnie a potem podniósł swoją koszulę, rzuconą gdzieś w kąt i stanął przed nią, by nią ją okryć. Nie protestowała, gdy włożył jej ręce w rękawy koszuli, a następnie zaczął ją zapinać, taksując ją wygłodniałym, roznamiętnionym wzrokiem. Zadrżała, gdy przy ostatnim guziku pochylił się, by złożyć słodki pocałunek na jej obojczyku.
- Niesamowicie ci w mojej koszuli- szepnął, ujmując jej twarz w obie dłonie- nie masz pojęcia jaka jesteś teraz seksowna.
Tak, Elena zdecydowanie nie była w stanie myśleć logicznie, gdy był tak blisko i patrzył na nią tak jak w tej chwili. Być może to dlatego przyciągneła go do siebie w delikatnym pocałunku a następnie wtuliła się w niego jak mała, bezbronna dziewczynka. Wreszcie od czasu gdy wyjechała z Mystick Falls poczuła się w pełni bezpiecznie.

***

Pensjonat Salvatore’ow jak zwykle pękał w szwach. Już z podjazdu Katherine słyszała podniesione głosy swoich „wrogów”, które z pewnością nie wróżyły niczego dobrego… Przynajmniej nie dla nich. Dziewczyna uśmiechnęła się do własnych myśli, ponownie przeglądając trzymane w dłoni papiery. Jak zwykle Damon dał się ponieść emocjom i to dzięki temu to ona, nie on znalazła się w posiadaniu dokumentów, które wszystko mogą wywrócić do góry nogami.
-Ciekawe jak teraz poradzi sobie „Drużyna Odkupienia”- pomyślała brunetka złośliwie i załomotała do drzwi. Usłyszała, jak w środku nagle umilkły wszelkie rozmowy i po chwili jej uszu doszły czyjeś ostrożne kroki. W drzwiach stanął Stefan. Był tak samo przystojny jak go zapamiętała a na jej widok zmarszczył brwi, w wyrazie zaskoczenia.
- Elena…- wyszeptał w oszołomieniu.
Brunetka zdobyła się na najbardziej delikatny, słodki uśmiech na jaki było ją stać.
- Cześć- powiedziała, naśladując ton głosu panny Gilbert- stęskniłam się za tobą.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozdział 3.- dogonić króliczka

04 sie

Damon zapewne przeraziłby się wiedząc, że jego zapas burbona został całkowicie opróżniony a cały salon w Pensjonacie zaścielały magiczne księgi zaklęć.
- Znalazłaś coś?- spytał Matt, wertując „Nadludzkie Przypadłości”, jedno z dzieł samej Emily Bennet. Bonnie pokręciła głową, sfrustrowana.
- W rodowej księdze nic nie ma- westchnęła, pocierając skronie w zamyśleniu- zaczynam wątpić w istnienie tego lekarstwa. To jakieś bujdy.
- Niekoniecznie- odezwał się Jeremy, niespodziewanie wchodząc do Pensjonatu. Podszedł do przyjaciół z szerokim uśmiechem na ustach i nie zważając na ich zdumione miny rzucił plik starannie złożonych kartek na ich kolana. Mulatka zmarszczyła brwi i zaczęła je dokładnie przeglądać. Jakieś niewyraźne obrazki przypominające malowidła naścienne, łacińskie teksty, których znaczenie nawet ona rozumiała jedynie w połowie i kilka krótkich historyjek przypominających bajki na dobranoc, zapisane zawiłym, średniowiecznym językiem…
- Co to jest?- spytał Matt, wbijając nic nierozumiejące spojrzenie w młodego Gilberta, który teraz niemal emanował dumą.
- Przepustka Eleny do wolności- odparł, a gdy Bonnie posłała mu spojrzenie,mówiące:”chyba zwariowałeś!” chłopak westchnął i rzuciwszy plecak, który dotąd znajdował się na jego ramionach na ziemię rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu nieopodal kominka, w którym wesoło trzaskał ogień.
- Jest wiele mitów, dotyczących lekarstwa na wampiryzm, tak jak jest wiele mitów dotyczących samych wampirów- zaczął, ściszając głos niemal do szeptu- niektóre przypominają opowieści o Drakuli, inne to czysta bajka pokroju „Zmierzchu”, ale wśród nich znajdują się też takie, które opowiadają o istotach z którymi mamy do czynienia na co dzień. Istnieją legendy, mówiące o stworzeniu pierwszego krwiopijcy, ale je akurat znamy aż za dobrze. Na ich potwierdzenie mamy przecież Klausa, Rebekah i Elijah, choć ten ostatnimi czasy nie daje znaku życia. Jak wiadomo Esther przemieniła własne dzieci, które po jej śmierci rozproszyły się po całym świecie i na swój sposób niszczyły go. W tamtych czasach nie była ona przecież jedyną czarownicą a wiemy, że Pierwotne Wiedźmy były o wiele potężniejsze od tych znanym nam dzisiaj. No więc myślałem nad tym bardzo długo i w końcu nie wytrzymałem, więc na informatyce zacząłem buszować w internecie i natknąłem się….
- Szukałeś takich informacji w szkole?- przerwała mu Bonnie gwałtownie- oszalałeś? Czy ty w ogóle sobie zdajesz sprawę z tego, jakie to było nieodpowiedzialne? Jak…
- Musiałem coś zrobić- obruszył się brunet, obrzucając teraz mulatkę niechętnym spojrzeniem- moja ukochana siostra jest w rękach psychola, który jednym skinieniem palca może ją zabić a ja miałem po prostu siedzieć w szkole i udawać, że wszystko w porządku podczas gdy wy szukacie sposobu na uratowanie jej? Nie uważasz, że to brzmi jak chory żart?
- I ty się dziwisz, ze cię z takich akcji wykluczamy?- warknęła dziewczyna zrywając się na równe nogi- zachowujesz się jak smarkacz i narażasz nas wszystkich. Boże, jak można być tak głupim w mieście, posiadającym własnych łowców wampirów i zjawisk nadprzyrodzonych?
- Byłem ostrożny, nikt się nawet nie skapnął- krzyknął Jeremy donośnie- pan Morino nie zauważył, że podczas lekcji zajmowałem się czymś poza projektowaniem stron internetowych. To komputery, mój żywioł. Wyluzuj i daj mi dokończyć.
Bonnie już otwierała usta, najwyraźniej nie zamierzając odpuścić tak łatwo, ale wtedy odezwał się Matt.
- On ma rację- powiedział łagodnie- jesteśmy podenerwowani, ale musimy wyluzować i przestać skakać sobie do oczu za każdym razem, gdy się w czymś nie zgadzamy, bo to do niczego nie prowadzi. Uspokójmy się. Jeremy, dokończ tę historię.
Gilbert zerknął na mulatkę, która zrobiła kilka uspokajających wdechów i skinęła głową na znak, że może kontynuować, po czym ostrożnie przysiadła na brzegu kanapy.
Niespiesznie sięgnął po kartki, które przyniósł i zagłębiając się w lekturze począł mówić.
- No więc okazuje się, że cała historia lekarstwa na wampiryzm skupia się na najlepszej przyjaciółce Esther, Sabine. Jako Pierwotna Czarownica była nieśmiertelna i jak głoszą podania oszałamiająco piękna. Miała w sobie wiele wrodzonego dobra a w wiosce, w której dorastali Pierwotni uchodziła za obrończynię, która chroniła miejscową ludność przed atakami wilkołaków. Po śmierci Esther usiłowała odwrócić zaklęcie, które kobieta rzuciła na swe dzieci rozumiejąc już, że uczyniła je w ten sposób potworami, ale wtedy Pierwotni uciekli i długo nie mogła ich odnaleźć. Skupiła się więc na naprawianiu szkód, jakie po sobie zostawiali licząc na to, że pewnego dnia Mikeal je znajdzie i zabije. Zawarła z nim umowę, że gdy tylko to się stanie jego również uśmierci, by wreszcie mógł połączyć się z rodziną. Mijały stulecia i nic nie wskazywało na to, by misja Mikeala choć w połowie się powiodła. Wędrując tak już piąty wiek i „sprzątając” po krnąbrnym rodzeństwie Sabine dotarła do wioski, w której to poznała młodego, ale za to bardzo potężnego czarownika Silasa. Według podań zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia a Sabine dostrzegła, że mimo iż chłopak jest młodszy od niej o te pięćset lat jego moc jest równa jej mocy. Idealnie się dopełniali, ale gdy już mogłoby się zdawać, że wszystko jest cudownie i kobieta wreszcie mogła zapomnieć o przykrym obowiązku, który gnał ją przez cały świat przez stulecia w wiosce pojawiła się oszałamiająco piękna kobieta- Amara, która zawróciła Silasowi w głowie. Sabine była okropnie o niego zazdrosna i to owa zazdrość zabiła w niej dobro, za które pokochał ją czarownik. Stała się złośliwa, zgorzkniała a momentami nawet okrutna. Dobro innych ludzi przestało mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. Liczył się tylko Silas i to, by zdobyć go tylko dla siebie. Z czasem zaczęła uciekać się do podstępów i intryg, nie przebierała w środkach a Silas bardzo długo był niezdecydowany pomiędzy nimi dwiema. Pewnej nocy rywalka Sabine ukazała swe drugie oblicze i okazało się, że jest wampirzycą. W tamtych czasach już całkiem sporo się ich po świecie włóczyło, Mikealson’owie nie raz sobie folgowali w tym względzie. Amara pragnęła być z Silasem przez wieczność, a że mimo potężnej siły jaką dysponował nieśmiertelny wcale nie był, ostatecznie uczyniła z niego swego pobratymcę. Sabine była wściekła i zapragnęła zabić kobietę, która odebrała jej ukochanego, ale wtedy on stanął pomiędzy nimi i w tym dokładnie momencie postanowił podjąć decyzję, którą z nich wybrać na towarzyszkę nieśmiertelnego życia. Okazało się, że to za jego namową wampirzyca go przemieniła- pragnął sprawdzić, która z nich dwóch darzy go większą miłością i czy Sabine jest w stanie zagłuszyć niechęć do krwiopijców na rzecz ich wiecznego uczucia. Okazało się jednak, że wcale nie mogła i stworzyła lekarstwo na wampiryzm w desperackiej próbie odzyskania jego dawnego „ja”. Silas oświadczył, że z chwilą przemiany zgasł ostatni, słabo już tlący się płomień miłości do niej i odszedł z Amarą, jednak Sabine nie dała za wygraną i długo ich ścigała aż wreszcie udało jej się odebrać mu ukochaną i uwięzić na resztę wieczności. Legenda głosi, że od tamtej pory gonią się nawzajem- on, gnany szaleńczym pragnieniem ocalenia swej słodkiej Amary a Sabine, pragnąca zaaplikować mu anty-wampirze lekarstwo w nadziei, że dzięki temu odzyska jego miłość.
- Wow- westchnął Matt, gdy Jeremy zakończył opowieść i wbił w przyjaciół wyczekujące spojrzenie- piękna historia. A ty z pewnością zostaniesz cenionym mówcą, ale ile w tym wszystkim prawdy?
- Nie mam pojęcia- przyznał Jeremy- długo ślęczałem w bibliotece nad tymi tekstami, interpretując je i usiłując ustalić, na ile mają szansę być wiarygodne, ale…
- Nie ważne- przerwała mu Bonnie, po raz kolejny wertując kartki, które przyniósł- to już ustalę sama. Potrzebuję tylko doświadczonej, zaufanej czarownicy…
- Chyba czas, żebyś porozmawiała z matką- zauważył Matt, a Bonnie niechętnie skinęła głową.
- Nie będzie zachwycona- westchnęła mulatka, ruszając do wyjścia- no ale cóż, chyba będzie musiała to przełknąć.

***

- Jesteś tego pewien?- syknęła Caroline, stając przed gabinetem profesora Shane’a.
- Oczywiście- zapewnił ją Stefan i nie siląc się nawet na to, żeby zapukać po prostu wparował do środka. Caroline wielokrotnie potem powtarzała, że to był największy błąd, jaki tylko mogli popełnić. Widok roznegliżowanego profesorka w kręgu równie roznegliżowanych ludzi, mamroczących jakieś tylko dla nich zrozumiałe frazy przyprawił ją o gęsią skórkę. Na dźwięk otwieranych drzwi ci hm… dziwni ludzie podskoczyli i wbili w intruzów pełne wyrzutu spojrzenia. Stefan zagryzł wargę na myśl o tym, jaki ubaw miałby Damon, widząc jak Shane w panice sięga po jakiś koc, leżący nieopodal i szczelnie się nim otula, podchodząc do nich.
- Czego chcecie?- warknął z niezadowoleniem- przerwaliście połączenie…
- Wybacz, że wparowaliśmy prosto w środek orgii- mruknął Stefan z ironią godną samego Damona. Uśmiechnął się na samą myśl o tym. Czyżby jednak byli do siebie choć trochę podobni, jak przystało na braci?
- To nie orgia, a rytuał, którego wy nie jesteście częścią- odparł Shane dumnie unosząc podbródek- bądźcie łaskawi wyjść i…
- Mamy do ciebie sprawę Shane- przerwał mu Stefan- i dobrze wiesz, czego ta sprawa dotyczy. Lepiej odeślij przyjaciół do domu, musimy poważnie porozmawiać.
Shane udał zaskoczenie, ale jego przyspieszony puls tak dobrze słyszalny dla dwójki wampirów go zdradził. Wreszcie głośno przełknął ślinę i podszedł do gości, znajdujących się w gabinecie. Szepnął coś jednemu w z nich na ucho i odsunął się pospiesznie pod ścianę.
I dokładnie w tym momencie mężczyzna ten zamknął oczy i zaczął powtarzać jakieś wyuczone formułki pod nosem. W pomieszczeniu nagle zrobiło się zimno jak w kostnicy. Caroline odruchowo wzdrygnęła się. Już od tak dawna nie odczuwała chłodu.
- Stefan?- zawołała z paniką, gdy niespodziewanie wszystkie lampy pogasły i w gabinecie zapadły egipskie ciemności. W chwili, gdy imię przyjaciela opuściło jej usta, blondynka poczuła w piersi taki ucisk, że momentalnie osunęła się na kolana, głośno krzycząc z bólu. Dusiła, się… Ale to przecież niemożliwe, była wampirem….
- Czarownicy- usłyszała stłumiony głos Stefana i za chwilę jak przez mgłę do jej uszu dotarł trzask, przypominający dźwięk łamanych gałęzi i w tym momencie ból niespodziewanie zniknął tak szybko, jak się pojawił. Wyczerpana osunęła się wprost w ramiona Stefana, który znalazł się przy niej nagle nie wiadomo skąd. Dziewczyna kurczowo zaciskała powieki, usiłując uspokoić oszalałe serce i po chwili odważyła się otworzyć oczy. Nad sobą ujrzała zatroskaną twarz Stefana, który pomógł jej wstać gdy tylko tego spróbowała. Caroline wzrokiem ogarnęła pokój i zamarła. Światło ponownie rozbłysło, oślepiając ją na moment a jej oczom ukazała się scena jak z horroru: na dywanie leżało dziesięć nagich ciał z przetrąconymi karkami.
- Musiałem to zrobić- wyjaśnił Stefan, spuszczając wzrok- inaczej by cię zabili…
- Wiem- zapewniła go dziewczyna, pocieszająco kładąc dłoń na jego ramieniu i spojrzała na profesora Shane’a, kulącego się pod ścianą.
- Nasłałeś ich na nas!- krzyknęła z niedowierzaniem- ich śmierć to twoja wina.
- Nie mieliście prawa mnie tu nachodzić- jęknął słabo, ale wtedy Stefan podbiegł do niego w wampirzym tempie i ignorując nawoływania Caroline ścisnął jego gardło i rzucił na biurko, zawalone jakimiś papierzyskami.
- A teraz grzecznie opowiesz nam wszystko, co wiesz na temat lekarstwa na wampiryzm- oznajmił wyszczerzając w uśmiechu wampirze kły.

***

Rebekah westchnęła ciężko, ponownie słysząc drażniący dźwięk telefonu i bez wahania nacisnęła czerwoną słuchawkę. Mogła go wyłączyć, ale jednak wciąż miała nadzieję, że to dzwoni Matt, zaniepokojony jej nagłym zniknięciem… Pragnęła choć raz poczuć, że chłopak naprawdę się o nią troszczy i wcale nie chodziło tu o troskę, jaką przeciętny, dobry człowiek odczuwa względem człowieka- chciała, by okazał jej trochę więcej hm… serca, tak jak okazywał je tej barbie- Caroline i małej zdzirze- Elenie. Niestety i tym razem się zawiodła. To tylko Klaus, który z niewiadomych jej powodów próbował się do niej dobijać od samego rana. Które to już nieodebrane połączenie? Pięćdziesiąte? Dla świętego spokoju mogłaby w sumie z nim porozmawiać, w końcu mimo wszystko wciąż był jej bratem i nie chciała całkowicie wykreślić go ze swojego życia. Jednak gdy tylko pomyślała, że zapyta ją gdzie się obecnie znajduje i co robi a ona będzie musiała kłamać zrezygnowała z tego pomysłu. Już i tak między nimi było zbyt wiele napięcia, nie chciała dodatkowo obciążać swojego sumienia, albo nadwerężyć tej słabej więzi, która ich jeszcze łączyła. Klaus nie mógł się dowiedzieć, że wróciła do domu.
Do ich miasta.
Do Nowego Orleanu.
Wieki temu to ona wraz z braćmi stworzyła to miasto. Nadała mu ten niepowtarzalny charakter i mimo że nie było jej tu od przeszło stulecia wciąż czuła się tak, jakby w całości, wraz ze wszystkimi jego mieszkańcami należało do niej. Tu była panią, niemal królową. To dlatego natychmiast tu przybyła, gdy tylko Elijah poinformował ją, że ktoś zamienił połowę mieszkańców w armię wampirów, które powoli przejmowały nad Nowym Orleanem kontrolę. Krwiopijcy przestali się ukrywać, napadali niewinnych ludzi w środku dnia, nikt już nie czuł się bezpiecznie a Rebekah zachodziła w głowę kim był ich stwórca i jakim prawem przywłaszczył sobie jej królestwo? Czy nie wiedział, że to był ich teren? Że rodzina Pierwotnych bez większego problemu mogła go zabić, złamać niczym suchą gałązkę?
- Rebekah Mikealson- usłyszała za sobą lekko zachrypnięty głos i gwałtownie przystanęła zszokowana. Nie dbała o to, że zatrzymała się na środku ulicy, zmuszając przejeżdżające samochody do gwałtownego hamowania. Nie dbała o to, że kierowcy trąbią na nią, rozwścieczeni.
„- Przecież to niemożliwe”- przekonywała samą siebie, gdy odwróciła się w kierunku, z którego płynął ów głos.
Przed nią stał wysoki, muskularny, ciemnoskóry mężczyzna. Na oko miał może z dwadzieścia lat i przyglądał jej się z nieskrywanym zafascynowaniem, uśmiechając się kpiąco. Rebekah poczuła, jak cała krew odpływa jej z twarzy.
- Marcel- wyszeptała i odruchowo zrobiła krok w tył, gdy brunet podszedł do niej na odległość pocałunku.
We własnej osobie- potwierdził mężczyzna- tęskniłaś?
- Co tu robisz?- zaatakowała go, ignorując pytanie- to twoja sprawka- dodała, nim zdołał jej odpowiedzieć- prawda?
- Dokładnie tak- przyznał wesoło, spoglądając na nią z ukosa- ale czy ty naprawdę chcesz teraz rozmawiać o interesach? Niezbyt romantyczny sposób na przywitanie kochanka- dodał, udając obrażonego.
- Byłego kochanka- sprostowała Rebekah, zakładając ręce na piersi.
- Technicznie rzecz biorąc nigdy ze sobą nie zerwaliśmy.
- Technicznie rzecz biorąc nie widzieliśmy się przez dwieście lat.
Marcel zmarszczył nos, jakby wspomnienie tak długiej rozłąki sprawiło mu ból, ale w jego czarnych jak noc oczach wciąż tańczyły iskierki rozbawienia. Niespodziewanie chwycił Rebekah za rękę i pociągnął ją w stronę bocznej uliczki. Dziewczyna nie opierała się, posłusznie szła tuż za nim, ale gdy tylko wyczuła jego zadowolenie, które nieco uśpiło jego czujność natychmiast wykorzystała moment i zaatakowała go od tyłu. Powrót Marcela oznaczał kłopoty zarówno dla niej jak i dla całego wampirzego półświatka. Musiała go unieszkodliwić a jedynym na to sposobem było po prostu wyrwanie mu serca. Nie przewidziała jednak tego, co zdarzyło się potem- Marcel odwrócił się do niej w wampirzym tempie, unieruchomił jej nadgarstek w chwili, gdy miała wykonać ten zdradziecki manewr i przycisnął ją do chłodnej ściany pobliskiego budynku, napierając na jej klatkę piersiową kołkiem…
Kołkiem z białego dębu.
Rebekah zamarła, zszokowana czując jak ostry szpikulec powoli przebija jej skórę. Jeśli dotrze do jej serca…
- Skąd to masz?- warknęła zaraz po tym, jak wydała z siebie stłumiony jęk bólu, gdy kołek głębiej wszedł w jej ciało. O Boże…
Nie twoja sprawa Bekah- odparł Marcel, czule gładząc ją po policzku wolną dłonią- już nie. Miałaś swoją szansę, ale ją zmarnowałaś. Kochałem cię, ale mnie zawiodłaś. Teraz patrząc na ciebie mam jedynie ochotę zadać ci tyle bólu, ile to tylko możliwe. Chcę, byś zdechła w męczarniach jak przystało na sukę. Nienawidzę cię.
- Zrób to, śmiało- zawołała wampirzyca wojowniczo- na co jeszcze czekasz? Boisz się czegoś? Zemsty Klausa, Elijah czy może własnych uczuć? Zrób to do cholery!
Prowokowała go, wiedziała o tym i bała się nawet pomyśleć, do czego może dojść, jeśli myli się co do niego. Jęknęła i mocno zacisnęła powieki, gdy kołek mocniej wsunął się w jej ciało. Teraz tylko milimetry dzieliło go od serca…
I wtedy, dokładnie w momencie, gdy Rebekah była gotowa pożegnać się z życiem poczuła, że drewno opuszcza jej ciało, jednak nim zdołała nacieszyć się chwilą ulgi i triumfu czyjeś gorące, namiętne wargi naparły na jej, obsypując tęsknymi, długimi, łakomymi pocałunkami. Natychmiast je odwzajemniła, czując gorąco oblewające całe je ciało. Tak wspaniale mógł całować jedynie…
- Marcel- wyszeptała wprost w jego wargi, bezwiednie błądząc dłońmi po całym jego ciele. Och, jak za tym tęskniła….
Brakowało mi ciebie- westchnął Marcel, przenosząc się z pocałunkami na jej szyję, podgryzając ją lekko, co wywołało przyjemne dreszcze, przebiagające wzdłuż całego jej ciała. Rebekah uśmiechnęła się pod nosem.
- Ten kołki to jednak całkiem fajna sprawa- zaczęła ostrożnie- dużo ich masz? Przydałoby mi się kilka.
Marcel zmarszczył brwi i uniósł wzrok, lustrując jej twarz.
- Czyżby braciszkowie zaczęli działać ci na nerwy?- zadrwił. Usta Rekebah rozciągnęły się w prowokacyjnym uśmieszku. Nie odpowiedziała. Po prostu przyciągnęła go do siebie w pocałunku.

***

- Ten nada się w sam raz- oznajmił Damon, wskazując podrzędny motelik, przed którym właśnie zaparkowali.
- Masz rację- przyznała Elena niechętnie i wysiadła z auta, ciągnąc za sobą niewielkich rozmiarów walizeczkę. Razem, ramię w ramię dotarli do recepcji.
- Dwa jednoosobowe pokoje- zwróciła się Elena do czarnowłosej dziewczyny, stojącej za ladą i już wyciągała portfel, gdy nagle Damon zatrzymał jej dłoń wpół gestu, stanowczo ściskając za nadgarstek.
- Chyba śnisz- prychnął- chcesz mieć osobny pokój, żeby znów próbować zwiać tak jak na tamtej stacji benzynowej?
- To nie byłaby próba, gdybyś tylko zachował się ja dżentelmen, zamiast wparować mi do łazienki- odpyskowała wściekła, wyrywając dłoń z jego uścisku- nie jestem twoją niewolnicą i nie mam pięciu lat, żebyś mnie musiał pilnować.
- Założymy się?- spytał groźnie, po czym pochylił się nad ladą, patrząc prosto w oczy recepcjonistce, z zafascynowaniem przysłuchującej się ich krótkiej wymianie zdań.
- Wynajmiesz nam jeden, dwuosobowy pokój…- zasugerował hipnotycznym półszeptem, uśmiechając się czarująco.
- Damon!- zawołała Elena w świętym oburzeniu, próbując odciągnąć go od wpatrzonej w niego jak w obrazek brunetki.
- … i nie będziesz słuchać tego skrzata obok…
- Damon!- teraz była naprawdę wściekła.
- Nie zwracaj uwagi na tego dupka- poradziła oszołomionej dziewczynie, używając wampirzego wpływu- wynajmiesz nam dwa OSOBNE pokoje a potem zapomnisz, że w ogóle nas poznałaś.
- Wynajmiesz nam WSPÓLNY pokój- warknął wampir, odsuwając dziewczynę na bok.
- Dwa osobne!- teraz to ona go popchnęła.
- Jeden wspólny!- kolejne pchnięcie.
- Dwa osobne…
- Jeden- w wampirzym tempie Damon przyparł ją do ściany. Dziewczyna rozwarła wargi szeroko ze zdumienia, nie mogąc uwierzyć, że tak nagle znów znalazł się na tyle blisko, by oszałamiać ją swoim męskim, zmysłowym zapachem. Jego ciało napierało na jej, zamykając ją w potrzasku. To wszystko działo się tak szybko, że kompletnie zbiło ją z tropu i chyba dokładnie o to chodziło. Elena zupełnie bezwiednie spuściła wzrok na jego lekko rozchylone wargi i dopiero po minucie zmusiła się, żeby znów spojrzeć mu w oczy. Te intensywnie zielono-niebieskie, hipnotyczne oczy…
- Jeden- wyszeptał wampir wprost w jej wargi i nie spuszczając z niej wzroku sięgnął po kluczyk, który właśnie podawała mu recepcjonistka. Gdy tylko Elena pojęła, co właśnie się stało odepchnęła go od siebie ze wściekłym pomrukiem, po czym ostentacyjnym krokiem zabrała walizkę, którą porzuciła przy recepcji i ruszyła w stronę głównego holu.
- Zapomnij, co się przed chwilą stało- nakazał Damon recepcjonistce- jesteśmy zwyczajnymi gośćmi- dodał i z szelmowskim uśmiechem ruszył za oddalającą się wampirzycą.

***

Caroline przeglądała stare fotografie nie mogąc powstrzymać łez. Widziała siebie, Bonnie i Elenę z czasów, gdy wszystko było takie proste: w trójkę były czirliderkami i jednocześnie największymi imprezowiczkami w szkole, Elena spotykała się z Mattem a Caroline próbowała dobierać się do Tylera, niestety bez powodzenia, bo ten był zaabsorbowany młodszą siostrą Donovana. Życie było beztroskie a oni uśmiechnięci i przebojowi, podziwiani i lubiani…. Wychowywali się razem, razem dorastali i wspólnie przeżywali wszystkie okropne rzeczy, które się wydarzyły: śmierć rodziców Eleny i jej rozstanie z Mattem, śmierć babci Bonnnie i siostry Matta, przemianę Caroline w wampira i Tylera w wilkołaka, zerwanie Caroline z Mattem a potem z Tylerem, jego przywiązanie do Klausa, powrót Rozpruwacza, śmierć Johna, Jenny, Isobell, Alaricka, matki Tylera… można by tak wymieniać bez końca. Przeżyli to wszystko, bo byli razem i nie bacząc na nic zawsze się wspierali, zawsze o siebie walczyli, walczyli o lepszą przyszłość, a teraz co? Tyler wyjechał „do ciotki” a Elena była przetrzymywana przez Klausa. Być może właśnie w tym momencie ją torturował, krzywdził a ona, mimo wampirzej natury nic nie mogła na to poradzić. Tak bardzo pragnęła znów uściskać przyjaciółkę, zobaczyć ją całą i zdrową, ale nie miała pomysłu, jak tego dokonać. Była taka bezradna…
Jej ponure rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Nie patrząc na wyświetlacz nacisnęła zieloną słuchawkę.
- Halo?- odezwała się niepewnie, pospiesznie ocierając łzy. W tej chwili czuła się taka krucha…
- Caroline- usłyszała zachrypnięty, męski głos i zamarła wpół gestu, ze słuchawką przy uchu.
- Tyler- szepnęła oszołomiona. Tak dawno nie słyszała jego głosu. Tak za nim tęskniła, tak bardzo pragnęła z nim porozmawiać a teraz zwyczajnie zabrakło jej słów- Tyler, ja…
- Rozłącz się- wysapał, nie dając jej dokończyć a Caroline zamurowało.
- Co?…
I wtedy jej uszu dobiegł rozdzierający skowyt, męski wrzask i wreszcie zapadła głucha, niczym niezmącona cisza.
- Tyler?! Tyler!- Caroline krzyknęła do telefonu, przerażona. Boże, co tam się wydarzyło…
- Witaj kochanie- po drugiej stronie aparatu usłyszała wesoły, zabarwiony brytyjskim akcentem baryton, którego tak nienawidziła.
- Klaus- szepnęła, a jej niepokój się wzmógł. Tyler ją zostawił, by zemścić się na Pierwotnym za wszystko, co im zrobił. Jeżeli teraz byli razem…
- Jeśli go tknąłeś…- zaczęła, starając się ukryć strach i zabrzmieć groźnie, ale Klaus tylko roześmiał się, rozbawiony.
Spokojnie, twojemu kochasiowi nic nie grozi- zapewnił ją- jest jednak za to cena…

***

- Klaus chce Eleny?- prychnął Matt dwie godziny później, gdy wszyscy zebrali się w salonie Salvatore’ów po zagadkowym telefonie Caroline- nic nowego.
- Nie rozumiesz- westchnęła Bonnie, pocierając skronie- on już ją miał, ale wtedy zjawił się Tyler i ją uratował. Teraz Klaus wykorzystuje go, by zdobyć to na czym mu zależy.
- Nie mamy pojęcia, gdzie jest Elena- dodał Stefan- Damon miał jej szukać…
- Najwyraźniej mu zwiała- stwierdziła Caroline- jest bezpieczna, ale Tyler…- głos jej się załamał.
- Spokojnie- pocieszył ją Stefan, ściskając delikatnie jej dłoń- nie damy mu zginąć. A teraz przepraszam-dodał, sięgając po telefon- ale muszę coś załatwić.
Troje przyjaciół odprowadzało go wzrokiem, gdy wychodził z pensjonatu. Napięcie, które panowało między nimi można by było kroić nożem. Matt przygryzł dolną wargę, myśląc nad czymś intensywnie i nagle zerwał się z kanapy, ignorując zaskoczone spojrzenia Bonnie i Caroline.
- Ja też już muszę lecieć- wyjaśnił pokrótce i już go nie było.
Gdy tylko znalazł się poza zasięgiem wścibskich uszu wyjął telefon i wybrał pierwszy numer, który przyszedł mu do głowy. Dziewczyna, do której należał odebrała po pierwszym sygnale.
- Rebekah? Musisz mi pomóc…

***

Elena właśnie penetrowała walizkę w poszukiwaniu piżamy, gdy do pokoju wszedł Damon, chowając telefon do tylnej kieszeni dżinsów.
- Dzwonił braciszek- wyjaśnił, widząc jej pytające spojrzenie- a ty musisz mi odpowiedzieć na kilka pytań- dodał stanowczo, zbliżając się do niej z założonymi rękami. Dziewczyna odruchowo zrobiła krok do tyłu i rzuciła jedno szybkie spojrzenie w kierunku okna, głośno przełykając ślinę.
Bała się z nim rozmawiać?
Bała się jego bliskości?
- To twoje zachowanie w klubie… cała ta podróż…- zaczął Damon, mrużąc oczy w zamyśleniu, jakby próbował dopasować do siebie fragmenty wyjątkowo skomplikowanej układanki- chciałaś być jak Katherine, prawda? Chciałaś zmylić Klausa, żeby nie wiedział, która z was to prawdziwa Elena Gilbert. To była tylko gra na czas, zgadłem?
Elena wbiła wzrok w dywan, przygryzając dolną wargę niemal do krwi. Długo milczała, nie wiedząc jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji.
- Po części- przyznała w końcu- ale tylko po części. Damon, ja tak wiele straciłam w ciągu tych dwóch lat! Teraz na nowo odkrywam tę część siebie, o której zapomniałam. Nie masz pojęcia, jak mi było ciężko… nadal jest.
- Wiem o tym- zapewnił ją Damon miękko, ostrożnie ujmując jej twarz w swoje dłonie- dlatego teraz musisz mnie uważnie posłuchać: udało ci się nabrać Klausa. Gdy tylko Katherine zawitała do Nowego Yorku Klaus porwał ją myśląc, że to ty.
- Co?! Nie, nie chciałam tego…
- Nie żałuj tej suki- prychnął Damon z odrazą- Tyler uratował ją myśląc, że to ty a ona zostawiła go na pastwę tej pierwotnej gnidy.
Na moment szok odebrał Elenie zdolność mówienia.
- Cooo?!- wydukała w końcu, mając wrażenie, że zaraz zemdleje- nie, to niemożliwe…. O Boże…. Tyler….Musimy go uratować…. Musimy…
- Wiem…..
- Damon, trzeba coś zrobić!- wrzasnęła dziewczyna spanikowana, miotając się po pokoju.
- Wiem! Wiem!- Damon chwycił ją za ramiona i unieruchomił- uspokój się.
- Biedny Tyler- jęknęła Elena- biedna Caro. Co ja narobiłam….
- Hej! To nie twoja wina- zapewnił ją Damon zaskakująco łagodnie- znajdę go, ale ty musisz tutaj zostać…
- Nie ma mowy- zaprotestowała dziewczyna natychmiast- jestem teraz wampirem a w starciach z Klausem wyjdę na pewno lepiej niż ty. Nie możesz mi tego zabronić wiedząc, że mam rację.
Damon jęknął przeciągle, sfrustrowany.
- Masz trzymać się mnie i być mi posłuszna- nakazał jej surowo, a gdy skinęła głową dodał- gdy tylko dowiemy się, gdzie oni są plan jest następujący: wchodzimy i wychodzimy. Wszytko jasne?
- Tak- odparła Elena natychmiast. W jej oczach dostrzegł upór i zdecydowanie jak zawsze, gdy w grę wchodził los któregoś z jej przyjaciół. Dla nich była gotowa chociażby na śmierć i to właśnie tak przerażało Damona.
- Chodź- westchnął- nie mamy wiele czasu.

***

- Nie musiałeś jej zabijać- syknęła Elena jakieś trzy godziny później, skręcając z Damonem w ciemny zaułek w jednej z najgorszych dzielnic Nowego Yorku.
- Owszem, musiałem-odparł tamten szeptem- to była hybryda podporządkowana Klausowi. Wydałaby nas, zanim zdołalibyśmy ocalić Tylera.
- Uwiodłeś ją i wyciągnąłeś z niej informacje tak, by nic nie podejrzewała- Elena pokręciła głową z niedowierzaniem- po czym wyrwałeś jej serce- zakończyła grobowym tonem.
- I to wszystko zaledwie w godzinę- zauważył z dumą wampir, błyskając w ciemności zębami- czekaj- dodał i nim się spostrzegła przycisnął ją do chłodnej ściany budynku za jej plecami- patrz.
Elena ostrożnie wychyliła się ze swojej „bezpiecznej strefy” i zaniemówiła, widząc hybrydy krzątające się przed magazynem niczym strażnicy, broniący wejścia do starożytnej fortecy.
- To tutaj- wyszeptała, przerażona tym widokiem i ciężko przełknęła ślinę.
Och, na pewno nie wyjdą stąd żywi…
Ale to przecież Tyler…
Zrobiła jeden jedyny krok do przodu, ale nim zdołała opuścić kryjówkę i wstąpić w snop światła, jakie dawała jedyna działająca lampa Damon brutalnie pociągnął ją do tyłu i unieruchomił, przyciśniętą do chłodnej powierzchni ściany. Oczywiście, próbowała mu się wyrwać, ale z prawie stu siedemdziesięcioletnim wampirem nie miała szans.
Cóż, musiał przyznać, że mimo ich tragicznego położenia jej wściekłość wciąż niesamowicie go bawiła.
- Pamiętasz plan?- spytał, ostrzej niż zamierzał.
- Wchodzimy. Wychodzimy. Plan „B” jest tylko w wypadku sytuacji awaryjnych. Czy coś pominęłam?- nie mogła powstrzymać złośliwości. Damon zmrużył drapieżnie oczy i w końcu cofnął się zrezygnowany. No tak, teraz już nie było odwrotu…
Chwycił Elenę za rękę, gestem nakazując jej milczenie, po czym razem powoli zaczęli przesuwać się do przodu, wzdłuż ścian. Sługi Klausa pod żadnym pozorem nie mogły ich zauważyć, bo to element zaskoczenia dawał im jakiekolwiek szanse w tym starciu…
Już mieli opuścić swoją „Kryjówkę”, gdy nagle coś lub ktoś brutalnie wyrwał drobną dłoń Eleny z żelaznego uścisku Damona. Wampir przystanął, zszokowany i rozejrzał się dookoła, ale nigdzie nie było młodej wampirzycy. Wszystko spowijała ciemność…
-Którą z suk jesteś? Przez mój głupi błąd nie mogę was odróżnić- dobiegł go przytłumiony szept, który zwykłemu człowiekowi mógł kojarzyć się z sykiem powietrza, wydobywającego się z przebitego balonika. Damon zmarszczył brwi i bez wahania ruszył w tamtym kierunku. Skręcił w lewo, potem w prawo…
„- Do diaska, czemu wszystkie te uliczki muszą wyglądać dokładnie tak samo?”- pomyślał sfrustrowany, gdy nagle jego oczom ukazał się nie kto inny, tylko Rebekah Mikealson, unosząca Elenę za szyję jakieś dwa metry nad ziemią z taką łatwością, jakby ważyła tyle co piórko. Dziewczyna bezradnie wierzgała nogami w powietrzu, rozpaczliwie próbując złapać oddech. Widząc to Damon bez namysłu rzucił się na niczego niespodziewającą się blondynkę i powalił ją na ziemię.
- To Elena idiotko- warknął, pomagając wstać z ziemi brunetce, która teraz rozmasowywała obolałe gardło.
- Skąd ta pewność? Mój brat raz już się pomylił- stwierdziła Pierwotna, zbliżając się do dziewczyny, ale w ostatniej chwili Damon zasłonił ją własnym ciałem, ustawiając się w pozycji bojowej. Rebekah zatrzymała się a na jej wydatne usta wkradł się kpiący uśmiech.
- Katherine Pierce jest w mieście a twoja słodka, kochana Elena zwodziła Klausa i zgrywała największą zdzirę numer dwa- powiedziała spokojnie- jeżeli wywłoka za twoimi plecami nie potwierdzi swojej tożsamości po dobroci wymuszę to na niej siłą.
Damon westchnął ciężko, próbując poskromić mordercze zapędy. Niespełna dwustuletni wampir i pisklak kontra ponad tysiącletnia Pierwotna… to nie mogło skończyć się dobrze. Jęknął w duchu nad takim marnotrawstwem cennego czasu po czym przybrał na twarz maskę uprzejmości i odwrócił się do Eleny.
- Które wspomnienie jej zaserwujemy?- mruknął z szelmowskim błyskiem w oku- może znów te z naszymi pocałunkami…
Dziewczyna przewróciła oczami i wbiła mordercze spojrzenie w rozbawioną blondynkę.
- Może powinnam przypomnieć ci dlaczego tak mnie nienawidzisz?- zaproponowała beznamiętnie- no bo poza tym, że mam normalną rodzinę, przyjaciół i ludzi, którzy mnie kochają wbiłam ci sztylet prosto w serce , chcąc ocalić plan, który i tak legł w gruzach. Zabawne, że własny brat nie spieszył się z przywróceniem cię do życia. Chyba nie bardzo tęsknił za wybuchową, rozhisteryzowaną, plastikową laleczką, jaką jesteś. A ty co myślisz?
- Auć- syknął Damon krzywiąc się przy tym, jakby naprawdę coś go rozbolało, zaraz jednak na jego usta powrócił ten cwany półuśmiech.
- Myślę, że jesteś prawdziwą suką, Eleno Gilbert- stwierdziła Rebekah i niespodziewanie jej usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu. Sięgnęła do wewnętrznej kieszeni skórzanej kurteczki, którą miała na sobie i wyciągnęła dwa ostre jak brzytwa kołki z białego dębu. Damon i Elena zaniemówili na moment.
- Skąd to masz?- wyszeptała w końcu brunetka, bezwiednie wyciągając dłoń przed siebie, ale Rebekah momentalnie się cofnęła, zabierając kołki z jej zasięgu.
- Skąd to masz- powtórzyła Elena stanowczo- przecież spaliliście wszystkie białe dęby i most, który został z nich zbudowany….
- Myślę, że „skąd to masz” to bardzo dobre pytanie Eleno- wtrącił Damon z diabelskim błyskiem w oku- ale ważniejsze brzmi: co z tym zrobimy?
Na twarzy Rebekah pojawił się zagadkowy uśmiech. Damon i Elena wymienili spojrzenia. Czyżby przybycie Pierwotnej mogło się okazać zbawienne?

***

Elena skrzywiła się ze wstrętem na widok ciał, zaściełających wejście do magazynu. Mimo tylu okropności, których już doświadczyła wciąż nie potrafiła spokojnie patrzeć na cierpienie innych, nie ważne czy to był człowiek, czy istota nadprzyrodzona. Wiedziała, że Damon i Rebekah oczyszczali jej drogę, ale widok Pierwotnej, ściskającej wciąż bijące serce jednego z mieszańców naprawdę ją odrzucił. Siłą woli zmusiła się, żeby iść naprzód i wejść do magazynu.
Wokół panował nieprzenikniony mrok. Jedynie jej ulepszony wzrok pozwalał wychwycić takie szczegóły jak tona żelastwa i jakieś drewniane bale, walające się na podłodze, czy Tyler, przymocowany grubymi łańcuchami za nogi do sufitu…
-Tyler!- krzyknęła Elena i popędziła w jego kierunku, zapominając kompletnie o ostrożności. Chłopak zwisał bezwładnie głową w dół a z niewielkiej ranki na jego szyi miarowo kapała krew, ściekając po twarzy i włosach i uderzając w betonową podłogę. Dziewczyna dostrzegła także na jego odsłoniętym, umięśnionym torsie powoli gojące się siniaki, zadrapania i ranki. Z pewnością nie obchodzono się tu z nim delikatnie.
- Tyler- wyszeptała Elena po raz kolejny i już miała go uwolnić, gdy wtem drogę zagrodził jej Klaus we własnej osobie. Pierwotny przekrzywił głowę, przyglądając się jej z żywym zainteresowaniem przemieszanym z rozbawieniem a na jego kształtnych ustach błąkał się ironiczny uśmiech.
Wnioskuję, że tym razem naprawdę mam zaszczyt spotkać uroczą pannę Gilbert- stwierdził swobodnie, jakby rozmawiali o pogodzie i zbliżył się do niej na odległość pocałunku- – Witaj Eleno-szepnął czule, niespodziewanie wbijając dłoń w jej klatkę piersiową, co kompletnie pozbawiło ją tchu- żegnaj Eleno- dodał, próbując zacisnąć palce na jej sercu.
„-Zaraz umrę”-pomyślała Elena, czując niesamowity ból w każdym nerwie swego ciała, lecz nim Klaus zdołał dokończyć dzieła, rozpędzony Damon wbił mu kołek z białego dębu prosto w brzuch. Jedyna broń zdolna go zabić i szok wywołany tym niespodziewanym atakiem osłabiły go na tyle, że tan osunął się na kolana, spazmatycznie łapiąc oddech i wypuścił Elenę, która opadła na ziemię niczym szmaciana lalka- zmęczona i obolała, ale żywa. Podczas gdy ona próbowała uspokoić rozszalałe serce, które tłukło się o jej żebra z taką siła, jakby próbowało wydostać się na zewnątrz, Damon mocniej dociskał kołek do ciała Pierwotnego, rozkoszując się jękiem bólu, jaki blondyn mimowolnie z siebie wydał.
- Jeszcze raz się do niej zbliżysz a a obedrę cię tym ze skóry i sprawię, że sam będziesz mnie błagał o śmierć- powiedział uprzejmie, jakby zwracał się do starego przyjaciela a w jego oczach pojawiły się niebezpieczne ogniki, co w połączeniu zabrzmiało tym bardziej groźnie.
- No tak, słodka Elena nie mogła przecież przyjść bez swego walecznego rycerza- wysapał Pierwotny i mimo swego żałosnego położenia jego usta wykrzywiły się w ironicznym uśmiechu- ciekawi mnie tylko, gdzie w tym wszystkim nasz kochany Stefan.
Damon warknął wściekle na te słowa sprawiając, że kołek zatopił się w ciele Klausa niemal po sam trzon, na co ten odpowiedział stłumiony jękiem bólu a tymczasem Elena z wysiłkiem podniosła się z ziemi i chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku Tylera. Rana co prawda w jednej chwili się zagoiła, ale okropne wrażenie, jakie pozostawił dotyk Klausa w jej wnętrzu sprawiło, że wzdrygnęła się ze wstrętem z trudem hamując odruch wymiotny. Musiała wziąć się w garść- w tej chwili najważniejszy był Tyler. Podeszła do niego, czule dotknęła jego zakrwawionej twarzy i uroniła jedną łzę. Chłopak był w fatalnym stanie, ale większość ran, w tym ta na szyi zdążyło się już zagoić. Pocieszona tym odkryciem sięgnęła do oplatającego bruneta łańcucha i jednym ruchem go zerwała. Chłopak opadł na ziemię z głuchym łoskotem a Elena zaraz go objęła odruchowo rozcierając jego ramiona, choć przecież wiedziała, że nie mógł odczuwać chłodu.
- Tyler- szepnęła potrząsając nim i całując w ciemne włosy- obudź się. Tyler, musimy…
I właśnie w tym momencie Elena usłyszała jęk bólu, który na pewno nie należał do Klausa…
… Zajętego miażdżeniem kości prawej dłoni Damona. Pierwotny wstał z ziemi, strzepał z koszuli niewidzialny pyłek i odrzucił kołek z białego dębu daleko za siebie, po czym kopnął zwijającego się u jego stóp z bólu Damona tak, że ten osunął się po przeciwległej ścianie magazynu.
- Damon!- wrzasnęła Elena przerażona i to właśnie ten wrzask sprawił, że Tyler wzdrygnął się i niepewnie uchylił powieki.
- Elena- wyszeptał słabo, niezdarnie próbując dźwignąć się na nogi. Dziewczyna pomogła mu, pozwalając oprzeć się na sobie całym ciężarem ciała, ale dokładnie w tym momencie Klaus znalazł się tuż przed nimi w wampirzym tempie i z mściwym uśmiechem odrzucił ją do tyłu w wyniku czego zarówno ona jak i Tyler upadli na ziemię z głuchym sapnięciem. Nie zdołali ponownie wstać, gdy Hybryda zbliżyła się do nich chcąc zadać kolejny cios, jednak nagle znikąd pojawiła się Rebekah. Okrążyła brata kilkukrotnie w wampirzym tempie i wbiła kołek z białego dębu tuż pod jego żebrami, po czym stanęła nad nim niczym mroczny anioł zemsty, uśmiechając się z wyższością.
Klaus warknął przeciągle, podczas gdy jego siostra leniwie obracała kolejny kołek w palcach.
- Dłużej się nie dało?- spytał Damon z przekąsem, przyciskając do piersi zmiażdżoną, krwawiącą dłoń.
- Brat nasłał na mnie całą armię swoich kundli- odparła Rebekah, po czym mocniej docisnęła drewniane narzędzie do ciała mężczyzny. Klaus ryknął niczym rozwścieczona bestia, próbując chwycić siostrę za nadgarstek i odepchnąć, jednak ta w porę się odsunęła.
- Uważaj Nick- rzuciła ze śmiechem- jak tak dalej pójdzie szybko stracisz wszystkich żołnierzy a wiesz, że następnych nie będzie.
Pospieszmy się- wtrąciła Elena, podtrzymując Tylera za ramiona. Chłopak ledwo trzymał się na nogach i sprawiał wrażenie, jakby lada moment miał zemdleć.
Zabierz go stąd- poleciła Rebekah tonem nieznoszącym sprzeciwu i odwróciła głowę w stronę dziewczyny, chcąc sprawdzić jej reakcję. To ta chwila nieuwagi wystarczyła, by Klaus zdołał wytrącić jej kołek z dłoni i rozkruszyć w drzazgi ten, który jeszcze niedawno tkwił w jego ciele.
Złe posunięcie siostrzyczko- stwierdził chłodno, po czym uderzył w jej klatkę piersiową z taką siłą, że ta przeleciała dobre parę metrów, nim opadła na ziemię. Zaraz jednak z wampirzą prędkością podniosła się do pionu. W tym samym momencie Damon ponownie zaatakował Pierwotnego. Zmiażdżona dłoń i wiek już na starcie czyniły go przegranym, ale furia w jaką wpadł dawały mu siłę, by przeciwstawić się Klausowi i nie tyle go pokonać, ile zatrzymać i unieruchomić. Ten parszywy mieszaniec po raz kolejny zranił Elenę, jego delikatną, słodką, niewinną Elenę i to w najgorszy z możliwych sposobów. Porwał kogoś, kto był dla niej ważny a potem niemal wyrwał jej serce. Na samą myśl o tym, co mogłoby się stać, gdyby tylko przyszedł za późno oblewały go zimne poty a oczy wilgotniały.
Zabierz stąd Tylera- poprosiła Elena, stając przed Rebekah, która właśnie z kołkiem w ręku, jedynym którym im pozostał, zmierzała w stronę walczących.
Rebekah, proszę- ponagliła ją Elena gestem nakazując, aby przekazała broń w jej ręce- nie zabijemy go, ale musimy go zatrzymać, zanim wykończy nas wszystkich. Jesteś od nas szybsza, wydostań stąd Tylera. Proszę- dodała błagalnie. Rebekah zawahała się i wbiła spojrzenie błękitnych oczu w czekoladowe tęczówki Eleny. Przez moment obie mierzyły się wzrokiem i wreszcie blondynka wolno pokiwała głową na znak zgody.
Nie zawiedź mnie tym razem- ostrzegła brunetkę groźnie i oddała jej kołek, po czym niemal wyszarpała Tylera z jej objęć i ulotniła się wraz z nim w wampirzym tempie. Elena odetchnęła głęboko, ważąc kołek w palcach i powoli odwróciła się w stronę walczących.
Z przerażeniem odkryła, że teraz szala zwycięstwa zdecydowanie przechyla się na stronę Klausa. Pierwotny dociskał Damona do ściany magazynu i choć brunet wciąż się z nim siłował jasne było, że nie wygra. Bez namysłu dziewczyna rzuciła się w ich kierunku i niemal staranowała Klausa w wampirzym tempie i po raz kolejny tego dnia ulokowała mordercze narzędzie w jego ciele, ten jednak jednak szybko się po tym otrząsnął i teraz spoglądał na brunetkę z żądzą mordu.
- Elena, uciekaj stąd!- warknął Damon, ponownie ustawiając się w pozycji bojowej tak, by osłonić ją własnym ciałem.
- Plan „B”- odparła dziewczyna i z wewnętrznej kieszeni skórzanej kurteczki wyjęła miniaturową bombę-dzieło Alaricka- którą zabrała z Mystick Falls przed wyjazdem. Damon warknął przeciągle, gdy odbezpieczyła zawleczkę i wyrzuciła niepozorną kuleczkę w górę… Od tej chwili mieli jakieś trzy sekundy na ucieczkę…
JEDEN- Damon odrzucił od siebie Klausa, który właśnie próbował wydrapać mu oczy…
DWA- Damon chwycił Elenę wpół i w wampirzym tempie przeniósł…
TRZY- Elena padła na chodnik jak długa a Damon na nią, osłaniając ją własnym ciałem przed odłamkami, które rozproszyły się w atmosferze, gdy potężny wybuch wstrząsnął magazynem i całą ulicą, roznosząc go na kawałki.
- W porządku?- spytała Elena, dysząc ciężko i ujęła jego powoli zdrowiejącą dłoń. Damon był cały umazany sadzą i krwią, jego koszula była poszarpana a twarz podrapana i dziewczyna uświadomiła sobie, że pewnie sama musi wyglądać podobnie.
Miałaś słuchać mnie we wszystkim- przypomniał jej Damon z wyrzutem- i użyć tego Alarick’owego wynalazku tylko w razie konieczności. Przecież wiesz, że nie mieliśmy pewności, że zadziała właściwie.
- Wiem, ale…
- Ciii- wampir zbliżył się do niej jeszcze bardziej i odruchowo ujął jej twarz w obie dłonie- uratowałaś nas- szepnął, kciukami delikatnie gładząc jej policzki. Elena poczuła, że skóra pod jego dotykiem zaczyna ją parzyć. Zamarli tak na dobrą minutę. Wampir spuścił wzrok na jej kształtne usta, które rozchyliły się delikatnie pod wpływem tego gorącego spojrzenia. Powoli, niczym w transie zbliżyli się do siebie i…
I wtedy ktoś odchrząknął znacząco sprawiając, że oboje podskoczyli w miejscu,w jednej chwili zrywając się na równe nogi.
Za nimi stała Rebekah, podtrzymująca słaniającego się na nogach Tylera i przyglądała im się ze złośliwym uśmiechem.
- Wybaczcie, że przerywam,ale zapewne dokładnie w tej chwili mój szalejący ze złości braciszek obmyśla plan zemsty, więc jeśli nie chcecie się z nim spotkać ponownie, tym razem bez broni to radzę…
Racja- przyznała Elena zmieszana i ostrożnie podeszła do Tylera. Bała się jego „świadomej” reakcji na jej widok, w końcu to przez nią tak naprawdę tu trafił, ale gdy ten tylko ją ujrzał wyrwał się z uścisku Rebekah i słaniając się na nogach podszedł do brunetki, obejmując ją z całej siły.
- Spokojnie… już dobrze- szeptała mu do ucha- wszystko będzie dobrze…

***

Pół godziny później siedzieli w pokoju hotelowym, wynajętym dzięki wampirzemu wpływowi i opatrywali rany. Wszyscy odświeżyli się dokładnie a po tym, jak Tyler się pożywił i umył prezentował się już zdecydowanie lepiej. Teraz Elena z całych sił starała się go namówić na powrót do Mystick Falls.
- Wiesz, po co wyjechałem- przypomniał jej brunet uparcie- ty wyjechałaś z tego samego powodu…
- W moim przypadku to miało sens- syknęła wampirzyca- ty zostawiasz za sobą Caroline, rodzinę, przyjaciół i całe swoje życie. Nie dostaniesz drugiej szansy, by to odzyskać. Wiesz o ty?
- Wiem- przyznał mieszaniec niechętnie.
- I mimo to ranisz wszystkich wokół a przede wszystkim siebie? W imię zemsty?
- Tyler- dodała już łagodniej i ujęła jego dłoń w swoje drobne dłonie- prawda jest taka, że nie pokonasz Klausa w pojedynkę. Musimy działać razem a póki co i tak wszyscy przez niego cierpimy. Po prostu nie pozwól na to, żebyśmy cierpieli jeszcze bardziej, dobrze?
Przez dłuższą chwilę Elena wpatrywała się w niego tymi oczami niewinnymi jak u łani i w końcu Tyler niechętnie pokiwał głową.
Piętnaście minut później dziewczyna odprowadzała jego i Rebekah do drzwi.
- Dbaj o niego- szepnęła błagalnie do ucha blondynce, którą niespodziewanie objęła- o nich wszystkich, a najlepiej zachowaj to, że mnie widziałaś dla siebie.
- Nie bądź egoistką Eleno- powiedziała Rebekah zaskakująco łagodnie- mają prawo wiedzieć, zresztą nawet jeśli nic nie powiem kundel się wygada.
W takim razie niech wiedzą, że bardzo ich kocham- odparła Elena z trudem hamując łzy- i że wszystko u mnie w porządku.
Rebekah zerknęła ukradkiem na Damona, przysłuchującego się tej rozmowie ze szklanką whysky w ręku.
- Bez wątpienia- rzekła ze złośliwym błyskiem w oku, po czym zniknęła za drzwiami. Parę sekund później Elena patrzyła przez okno za ich odjeżdżającym samochodem. Wierzchem dłoni otarła wilgotne oczy, starając się uspokoić. Tak bardzo tęskniła…
- Musimy znaleźć to lekarstwo- powiedziała, wyczuwając obecność Damona za plecami.
- Znajdziemy- zapewnił ją wampir, kładąc dłonie na jej ramionach- ale nie dziś. Dziś mamy jeden samolubny dzień, który spożytkujemy na dziki koncert w Cleveland, tańce do białego rana i nieprzyzwoite ilości alkoholu- dodał wesoło.
Elena parsknęła śmiechem.
- Oto złote rady Damona Salvatore.
Brunet wzruszył tylko ramionami, również się śmiejąc.
- Szykuj się. Zaraz wyjeżdżamy.

***

Elena zawsze lubiła bawić się z Damonem, a dzisiejszy wieczór przypomniał jej o ich wspólnej podróży do Georgii. To tam po raz pierwszy spędzili czas tylko we dwoje i to tam zrodziło się między nimi zaufanie i ta swoista nić porozumienia, która z czasem przekształciła się w przyjaźń.
„-Teraz wyglądam lepiej niż wtedy”- pomyślała dziewczyna z zadowoleniem, gdy po koncercie ACDC zmierzali w stronę najlepszego klubu w mieście. Na tę okazję Elena postanowiła nie prostować włosów, pozwalając swobodnym lokom miękko opaść na ramiona, pomalowała się nieco ostrzej niż zazwyczaj i ubrała obcisłą ciemnozieloną sukienkę, sięgającą jej za uda, czarną skórzaną
kurteczkę i szpilki w tym samym kolorze. Damon nie raz tego wieczoru powtarzał, że wygląda bosko, ale dopiero podziw innych mężczyzn utwierdził ją w przekonaniu, że mówi prawdę. W końcu on wcale nie był obiektywny…
Dziewczyna kątem oka zerknęła na swego towarzysza. On też prezentował się nieziemsko w tych swoich czarnych, skórzanych spodniach i granatowej koszuli, idealnie podkreślającej jego świetnie zbudowane ciało. Co tu dużo gadać: już sam uśmiech i spojrzenie niebiesko-zielonych oczu zwalało z nóg.
Panie przodem- powiedział Damon z przebiegłym uśmiechem, otwierając przed nią drzwi do klubu. Elena skinęła głową rozbawiona i wkroczyła do środka.
Gęsty tłum tańczących do muzyki techno dzielił ich od baru a jarzeniowe światła, jakie dawała wisząca pod sufitem dyskotekowa kula zapewne oślepiały większość znajdujących się w sali ludzi, ale poza tym nie mogli narzekać. Przepchali się do baru i zamówili po drinku- „tak na rozgrzewkę”- jak to określił Damon.
- Teraz zabawimy się w moim stylu- szepnął jej do ucha, gdy barman podał im trunek i jednym haustem wychylił swoją porcję. Elena roześmiała się jak mała, psotna dziewczynka i dołączyła do niego. Pili, tańczyli, grali w bilard, znów tańczyli… W tej chwili byli najbardziej beztroskimi wampirami pod słońcem.
- Jednak cieszę się, że za mną pojechałeś- wyznała Elena, gdy Damon okręcał ją w takt jakiejś szybkiej piosenki.
- A więc przyznajesz, że za mną tęskniłaś?- wymruczał jej do ucha, uwodzicielsko mrużąc oczy, jakieś dziesięć minut później, w drodze po kolejnego drinka.
- Hej, jestem pijana- zawołała dziewczyna i jakby na potwierdzenie swoich słów wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem- w tym stanie zrobię wszystko, co zechcesz.
- Wszystko?- powtórzył Damon z przebiegłym uśmiechem, zbliżając się do niej na odległość pocałunku.
- Nie łap mnie za słówka- roześmiała się perliście, odpychając go od siebie i rozkosznie przygryzła dolną wargę- zresztą co za przyjemność wykorzystać pijaną dziewczynę, która jutro niczego nie będzie pamiętać?
- To świetna okazja, żeby spróbować- wymruczał Damon, delikatnie przyciągając ją do siebie. Elena czuła jego męski, kuszący zapach a od jego elektryzującego dotyku zawróciło jej się w głowie. Wbił w nią swe intensywne, przewiercające duszę spojrzenie zmuszając ją do uległości. Bezwiednie spuściła wzrok na jego kształtne wargi, które wykrzywiły się teraz w przekornym uśmiechu. Gdy twarz wampira zbliżyła się do jej twarzy a jego wargi dzieliły od niej milimetry jej oddech gwałtownie przyspieszył.
- Przestań- szepnęła słabo, głośno przełykając ślinę. Teraz niemal muskali się wargami…
- Zatańczysz?- męski głos tuż obok przerwał tę chwilę. Elena, wciąż w objęciach Damona przeniosła zamglony wzrok na miedzianowłosego chłopaka, uśmiechającego się teraz do niej przyjaźnie i po dłuższej chwili odwzajemniła uśmiech.
- Jasne- zgodziła się i ignorując kompletnie Damona chwyciła nieznajomego za rękę i poprowadziła na parkiet. Wampir zacisnął dłonie w pięści patrząc, jak chłopak dotyka Elenę w taki sposób, na jaki jemu pozwoliła tylko raz, wtedy w motelu gdy rzuciła się na niego.
O co mogło chodzić? Nie chciała tego? Owszem chciała, widział pragnienie w jej oczach, słyszał jej przyspieszony puls a mimo to… Uciekała. Tak, to jest dobre określenie jej zachowania. Uciekała, bo bała się jego bliskości. Bała się do czego to mogłoby doprowadzić… No i pewnie podświadomie wciąż myślała o Stefanie. Cholera, co on miał poradzić na to, że tak bardzo pragnął ją pocałować zawsze, gdy tylko ją widział? Co mógł poradzić na to, że była dla niego niczym zakazany owoc, że darzył ją tak rozpaczliwą miłością? Jeden jej uśmiech, jeden dotyk, jeden nawet niewinny pocałunek czyniły z nim więcej niż seks z najseksowniejszą kobietą świata. Za każdym razem, gdy na nią spoglądał musiał się powstrzymywać, by się na nią nie rzucić. Ta tortura trwała już półtora roku…
„-Dosyć tego”- pomyślał wściekle, gdy miedzianowłosy frajer zaczął masować pośladki Eleny i w wampirzym tempie podszedł do tańczącej pary.
- Odbijany- warknął wyrywając dziewczynę z objęć „rudego” i przyciągnął ją do siebie jak najbliżej.
- Co ty robisz?- syknął- jeśli chciałaś się z kimś macać zawsze miałaś mnie do dyspozycji. Przynajmniej miałabyś pewność, że nie zarażę cię żadnym syfem.
- A skąd ja mam to niby wiedzieć?- prychnęła Elena, nie na żarty wkurzona- przeleciałeś pół Mystick Falls, jestem pewna, że nie pytałeś żadnej z tych dziewczyn o kartę zdrowia.
Eleno…
- Daj spokój- warknęła dziewczyna, wyrywając się z jego objęć- nie rozumiem, dlaczego jesteś zazdrosny. Przyjaciele nie powinni się tak zachowywać. I nie masz prawa prawić mi morałów. Peter jest świetnym chłopakiem a ja jestem dorosła. Mam prawo do własnych znajomych, czy o ich wyborze też zamierzasz za mnie decydować, „tatusiu”?
To mówiąc odwróciła się na pięcie i nie oglądając się za siebie wyszła z klubu, wściekle postukując obcasami. Damon westchnął ciężko, przeczesując aksamitne, zaczesane do tyłu kruczoczarne włosy palcami i w końcu ruszył za nią. Nie mógł pozwolić na to, by po raz kolejny mu uciekła.
Mam spokojnie patrzeć na twoją autodestrukcję?-zawołał za nią widząc, że zmierza w stronę ich zaparkowanego po drugiej stronie ulicy cadilaca i w jednej chwili znalazł się tuż za nią.
- Zamierzasz ukraść mi samochód?- zapytał z rozbawieniem obserwując, jak z furią usiłuje otworzyć drzwi od strony kierowcy. -Hej hej, spokojnie wampirku- dodał łagodnie, chwytając ją za nadgarstek w momencie, gdy miała zamiar wybić szybę pięścią, wykorzystując swą nadludzką siłę- chyba trochę szalejesz, co?
W takim razie coś nas jednak łączy- warknęła Elena, obrzucając go niechętnym spojrzeniem. Damon ściągnął brwi a w jego niesamowitych oczach pojawił się jakiś niebezpieczny błysk. Wampir w jednej sekundzie przyparł ją do samochodu, pokładając dłonie po obu stronach jej głowy i obdarzył ją uwodzicielskim uśmiechem, mrużąc seksownie oczy.
- Masz na myśli to, że oboje mamy na siebie ochotę?- spytał konspiracyjnym szeptem. Jego słodki oddech owionął jej twarz a ona głośno przełknęła ślinę, próbując się odsunąć najdalej, jak było to możliwe w tej niezręcznej pozycji. Gdyby tego nie zrobiła ich usta jak nic by się spotkały… Był tak blisko…Oszołamiał ją…. Uwodził…
Jedyne na co mam ochotę to kawa i gorąca kąpiel- odparła dziewczyna twardo i zebrała się w sobie, alby go odepchnąć- a teraz przepraszam- dodała, zmierzając w stronę miejsca pasażera. Damon uśmiechnął się pod nosem, wsiadając do auta.

***

Caroline, Jeremy, Stefan, profesor Shane i Matt rozmawiali właśnie w salonie Salvatore’ów o podróży Bonnnie do Kalifornii, gdzie miała nadzieję znaleźć swoją mamę , gdy nagle do Pensjonatu wkroczyła Rebekah a za nią….
- Tyler!- zawołała Caroline z niedowierzaniem i nie czekając ani chwili rzuciła mu się na szyję. Brunet mocno ją do siebie przycisnął, ledwo powstrzymując łzy szczęścia. Wzruszenie odebrało zebranym zdolność mówienia. Tak bardzo się o niego martwili… Tak za nim tęsknili…
Rebekah uśmiechnęła się pod nosem, gdy Matt podszedł do przyjaciela i dyskretnie ulotniła się z Pensjonatu. Jeszcze tyle rzeczy musiała załatwić…
- Rebekah- usłyszała krzyk, którego nie mogła pomylić z żadnym innym i odwróciła się z uśmiechem. W jej stronę biegł Matt Donovan. Jego cudowne, błękitne oczy błyszczały szczerą radością a na łagodnych ustach gościł szeroki uśmiech.
Dziękuję ci- wyznał szczerze- dziękuję, to wiele dla mnie znaczy. Dla nas.
- Wiem- odparła blondynka – to nie tylko moja zasługa. To Elena go uratowała…
- Rozmawiałaś z nią?- podchwycił blondyn natychmiast- Wszystko z nią w porządku?
- Tak, ma się dobrze- zapewniła go Rebekah i głośno przełknęła ślinę. Zapadła niezręczna cisza i po chwili Matt zbliżył się do niej nieznacznie.
- Znów uciekasz?- bardziej stwierdził niż zapytał, spoglądając na nią wyczekująco- gdzie ty się podziewałaś….
- Świat jest wielki Matt- powiedziała- ale możesz być pewny, że gdy tylko załatwię swoje sprawy natychmiast tu wrócę. Obiecuję- dodała, spontanicznie chwytając jego dłoń. Matt nie odpowiedział. Po prostu ją pocałował.

***

Nawet się nie przebrali ze stroju „imprezowego” na codzienny- po prostu ruszyli w drogę do nikąd. Właśnie, donikąd. Nie mieli pojęcia, gdzie szukać informacji o lekartwie i mknęli boczną drogą jadąc tak naprawdę przed siebie. Był środek nocy, minęła godzina a oni nie zamienili ze sobą nawet słowa. Damon za pomocą lusterka obserwował Elenę, pogrążoną we własnych myślach. W dłoni ściskała naszyjnik, który otrzymała od Stefana na samym początku ich znajomości. To był symbol ich wiecznej miłości, symbol więzi jaka ich łączyła. Zabawny był fakt, że ozdoba tak naprawdę nawet nie należała do Eleny tylko do Rebekah, która w latach dwudziestych spotykała się ze Stefanem, jednak on za sprawą hipnozy Klausa nie miał o tym pojęcia, gdy podarował go ukochanej brunetce. Teraz to było tylko wspomnienie…
- Mam już tego dość- warknął Damon, wyrywając tym samym dziewczynę z zamyślenia. Wampirzyca spojrzała na niego ze zdziwieniem, gdy z piskiem opon zaparkował samochód na poboczu.
- Co ty wyprawiasz?- spytała, nic z tego nie rozumiejąc. Damon jednak ani myślał odpowiedzieć- spojrzał jej głęboko w oczy, po czym wpił się w jej usta z niezwykłą gwałtownością. Elena westchnęła cicho wprost w jego wargi, oddając pocałunek z żarliwością, o jaką nawet się nie podejrzewała. Tak bardzo go pragnęła… Tak doskonale całował…. Naprawdę można się w tym było zatracić bez reszty. Dziewczyna wplotła palce w jego aksamitnie czarne włosy i zadrżała, czując jego elektryzujacy dotyk w każdej części swego rozpalonego ciała. Wampir mocniej docisnął ją do fotela niemal się na niej kładąc i podciągnął jej sukienkę delikatnie do góry, masując jej uda. Gdy jednak jego natarczywe usta przeniosły się z pocałunkami na jej szyję i dekolt wrócił jej zdrowy rozsądek.
„- Co ja wyprawiam?”- zganiła się w duchu i niewiele myśląc zrzuciła z siebie bruneta, w wyniku czego jego głowa doznała bliskiego spotkania z dachem auta. Nie czekając na jego reakcję uciekła w wampirzym tempie.
„- To wszystko przez wampiryzm”- powtarzała sobie, biegnąc przez ciemny las- mam podwyższone libido, to przez to. Nie mogę….
Lecz nim zdołała dokończyć tę myśl coś gwałtownie ścisnęło ją za gardło i przycisnęło do drzewa nieopodal. Elena spojrzała wprost w roznamiętnione oczy Damona….
- Przestań- zażądała, gdy jego wargi ponownie niebezpiecznie się do niej zbliżyły.
- Przestanę, gdy ty przestaniesz- odparł i ponownie ją pocałował. Gdy tylko jego wargi dotknęły jej ust po jej silnej woli nie pozostało nawet śladu. Dziewczyna podskoczyła, oplatając go biodrami, splotła się z nim w namiętnym uścisku, odpowiadając na każdy jego pocałunek, każdy dotyk, wszystko….
Jak w transie rozerwała jego ciemną koszulę bładząc dłońmi gwałtownie po jego rozgrzanym torsie. Podobało jej się, jak reaguje na jej dotyk, jak szepcze wprost w jej usta jak bardzo mu tego brakowało…. Jak wzdycha w oszołomieniu, gdy ta oddaje każdy jego pocałunek….
Damon podciągnał jej sukienkę i uniósł ją za biodra, sprawiając, że jego twarz znajdowała się teraz pomiędzy jej udami… Rozkoszował się drżeniem jej ciała i rozpaczliwymi jękami, gdy językiem pięścił jej najczulsze miejsca, ssał jej delikatną skórę, wzbudzając jej podniecenie. Drażnił chłodnym językiem jej wejście, całował ją, chuchał…. Elena przygryzła dolną wargę niemal do krwi, starając się utrzymać równowagę opierając się o jego ramiona. Nigdy dotąd nie przeżyła niczego tak intensywnego, tak gwałtownego, tak elektryzującego… Nie umiała powstrzymać rozpaczliwych krzyków. Gdy jednak poczuła, że koniec jest blisko postanowiła zamienić role. Teraz to ona przyciskała go do drzewa, to ona pieściła jego tors, schodząc w dół. Nie myślała już jasno, gdy ścisnęła jego męskość, wywołując jego ciche westchnienie. Uśmiechnęła się zadziornie, wkładając ją sobie do ust. Pieściła go gwałtownie, niemal dziko, była tak spragniona jego bliskości… Nie zarejestrowała nawet momentu w którym Damon ponownie ją uniósł sprawiając, że oplotła go nogami i wszedł w nią jednym gwałtownym ruchem. Tak, ten facet doskonale wiedział, co robi. Poruszał się w niej, obsypując jednoczenie pocałunkami jej szyję, piersi, obojczyk doprowadzając ją do szału. Robił to czule, gwałtownie, dziko, namiętnie… Sprawiał wrażenie, jakby marzył o tym od dawne. Elena krzyczała w rytm jego ruchów a on robił wszystko, by opóźnić moment spełnienia. Gdy wreszcie ta potężna fala rozkoszy zalała ją wyginając jej ciało w łuch Elena wbiła paznokcie w plecy Damona i wrzasnęła w niebogłosy, nie mogąc zrozumieć, dlaczego to trwa tak długo. Była wyczerpana, spocona i… wciąż nienasycona. Damon nie zakończył jednak połączenia z jej ciałem… Wciąż się w niej poruszał, wydobywając z jej ust kolejne jęki rozkoszy…
Ta noc była przecież jeszcze młoda, prawda?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii